„Przez 6 lat marzyłem o dziecku i wreszcie doczekałem się syna. Żona nic o tym nie wie, a ja boję się przyznać”
„Po 3 latach nasz dom, który miał tętnić śmiechem dzieci, stał się laboratorium smutku. Każda kolejna porażka była jak cios w serce. Widziałem, jak Ewa gaśnie. Unikała rodzinnych spotkań, bojąc się pytań ciotek. Ja starałem się być silny, być jej opoką, ale w środku też pękałem. Czułem się winny”.

- Redakcja
Trzymałem w dłoni telefon, a na ekranie widniało zdjęcie pomarszczonej, czerwonej buzi noworodka. Mój syn. Własny, biologiczny, wyczekany. Powinienem skakać z radości, otwierać szampana i dzwonić do rodziców z radosną nowiną. Zamiast tego siedziałem w samochodzie zaparkowanym dwie przecznice od własnego domu, czując, jak żołądek zawiązuje mi się w ciasny supeł. Bałem się przekręcić kluczyk w stacyjce. Bałem się wrócić do miejsca, które miało być moją oazą. Bo tam, w salonie, czekała na mnie Ewa. Kobieta, którą kochałem nad życie i z którą od sześciu lat marzyliśmy o dziecku. Ten chłopiec, na którego patrzyłem z mieszanką miłości i przerażenia, nie był jej synem.
Kiedy nadzieja umierała po cichu
Wszystko zaczęło się od marzeń. Kiedy braliśmy ślub z Ewą, mieliśmy plan idealny. Najpierw mieszkanie, potem stabilizacja w pracy, a po dwóch latach powiększenie rodziny. Byliśmy młodzi, zdrowi i pewni, że świat leży u naszych stóp. Nie przewidzieliśmy tylko jednego scenariusza – że natura może mieć wobec nas inne plany. Przez pierwsze miesiące starań żartowaliśmy. To był czas ekscytacji, ukradkowych spojrzeń i planowania imion. Potem, gdy minął rok, a testy ciążowe wciąż uparcie pokazywały jedną kreskę, w nasze życie wradł się niepokój. Zaczęły się wizyty u lekarzy. Początkowo rutynowe, potem coraz bardziej specjalistyczne.
Po trzech latach nasz dom, który miał tętnić śmiechem dzieci, stał się laboratorium smutku. Każda kolejna porażka była jak cios w serce. Widziałem, jak Ewa gaśnie. Przestała spotykać się z przyjaciółkami, które zachodziły w ciążę. Unikała rodzinnych spotkań, bojąc się pytań ciotek. Ja starałem się być silny, być jej opoką, ale w środku też pękałem. Czułem się winny, choć wyniki badań nie wskazywały jednoznacznie na żadną stronę. Po prostu – nie wychodziło. Nasze rozmowy przy kolacji ograniczały się do monosylab. Temat dziecka stał się słoniem w salonie, omijanym szerokim łukiem, a jednocześnie zajmującym całą przestrzeń. Zaczęliśmy się od siebie oddalać. Ewa zamknęła się w swoim bólu, a ja uciekłem w pracę. Zostawałem po godzinach nie dlatego, że musiałem, ale dlatego, że powrót do cichego, smutnego domu był ponad moje siły.
Chciała spróbować na nowo
Rok temu nastąpił kryzys. Ewa stwierdziła, że nie ma już siły. Powiedziała, że patrzenie na mnie przypomina jej o tym, czego nie możemy mieć. Zasugerowała separację. Nie rozwód, ale przerwę. Chciała pobyć sama, poukładać sobie w głowie świat bez dziecka. Zgodziłem się, choć serce mi pękało. Wyprowadziłem się do małego wynajętego mieszkania na drugim końcu miasta. To był najgorszy okres w moim życiu. Czułem się jak wygnaniec. Samotne wieczory, pusta lodówka i cisza, która dzwoniła w uszach. Wtedy poznałem Natalię. Pracowała w kawiarni, w której codziennie rano kupowałem kawę przed pracą. Była ciepła, uśmiechnięta i zupełnie niezwiązana z moim dramatem. Nie wiedziała o Ewie, o staraniach, o latach porażek. Dla niej byłem po prostu facetem w garniturze, który ma smutne oczy.
Zaczęliśmy rozmawiać. Najpierw o kawie, potem o pogodzie, w końcu o życiu. Natalia była jak powiew świeżego powietrza. Przy niej nie byłem kimś kto zawiódł żonę. Byłem Tomaszem, który potrafi żartować i słuchać. Nasza relacja nie była wielkim, ognistym romansem rodem z filmów. To było szukanie bliskości w momencie totalnego osamotnienia. Spędziliśmy ze sobą kilka wieczorów. Było miło, bezpiecznie i… nieodpowiedzialnie.
Wiedziałem, że wciąż kocham Ewę. Natalia też nie szukała stałego związku, była świeżo po rozstaniu i potrzebowała jedynie czyjejś obecności. To trwało niespełna dwa miesiące. W międzyczasie Ewa zadzwoniła. Spotkaliśmy się na neutralnym gruncie. Zobaczyłem w jej oczach coś, czego nie widziałem od lat – spokój. Powiedziała, że przemyślała wszystko. Że kocha mnie bardziej niż pragnienie bycia matką. Że chce, żebyśmy wrócili do siebie i spróbowali być szczęśliwi we dwoje. To był moment zwrotny. Zakończyłem znajomość z Natalią, tłumacząc uczciwie, że wracam do żony. Przyjęła to ze zrozumieniem. Wróciłem do domu, do Ewy. Postanowiliśmy zamknąć rozdział starań o dziecko. Zaczęliśmy planować wakacje w Tajlandii, Ewa zapisała się na kurs ceramiki. Odzyskiwaliśmy nasze życie.
Wiadomość z przeszłości
Sielanka trwała trzy miesiące. Właśnie wybieraliśmy kolor farby do sypialni, którą chcieliśmy odświeżyć, by pozbyć się aury smutku, gdy dostałem SMS-a. Nieznany numer: „Musimy porozmawiać. To ważne. Natalia”. Zrobiło mi się gorąco. Spotkałem się z nią następnego dnia w parku. Kiedy ją zobaczyłem, od razu wiedziałem. Była w luźnej sukience, ale charakterystyczny gest dłoni spoczywającej na brzuchu zdradził wszystko. Była w ciąży.
– To twoje – powiedziała prosto z mostu, nie bawiąc się w podchody. – Policzyłam terminy. Nie ma innej opcji.
Świat mi zawirował. Przez sześć lat walczyłem o to zdanie z moją żoną. Przez sześć lat modliłem się, by usłyszeć: „będziemy mieli dziecko”. A teraz usłyszałem je od kobiety, z którą łączyła mnie tylko chwila zapomnienia podczas separacji. Natalia była spokojna. Powiedziała, że urodzi, że chce tego dziecka, ale nie oczekuje ode mnie, bym zostawił żonę. Chciała tylko, żebym wiedział i partycypował w kosztach. Zapytała, czy chcę być obecny w życiu dziecka. Stałem tam jak wryty, nie mogąc wydusić słowa. Z jednej strony czułem przerażenie – co to oznacza dla mojego małżeństwa z Ewą? Z drugiej strony, gdzieś głęboko, poczułem ukłucie pierwotnej radości. Będę ojcem. Mimo wszystko, będę ojcem.
Wróciłem do domu z postanowieniem, że powiem Ewie od razu. Ale kiedy weszła do przedpokoju, uśmiechnięta, z nowymi próbkami tapet, tchórz we mnie wygrał. Pomyślałem: „Nie dzisiaj. Jest taka szczęśliwa”. I tak mijały dni, tygodnie, miesiące. Żyłem w dwóch równoległych światach. W jednym byłem oddanym mężem, który planuje egzotyczne wakacje. W drugim – ukradkiem chodziłem na USG z Natalią, widząc, jak rozwija się mój syn. To był koszmar. Każdy uśmiech Ewy był jak wyrzut sumienia. Każde jej słowo o tym, jak dobrze nam we dwoje, wbijało szpilę w moje serce. Wiedziałem, że ta bańka mydlana pęknie, ale odwlekałem ten moment w nieskończoność. Łudziłem się, że znajdę „idealny czas”.
Nie mogłem już dłużej kłamać
Dziś rano dostałem wiadomość od Natalii: „Zaczęło się. Jadę do szpitala”. Powiedziałem Ewie, że mam awarię w firmie i muszę wyjść. Pojechałem pod szpital, ale nie miałem odwagi wejść na oddział. Siedziałem w samochodzie, gryząc kłykcie dłoni. Po pięciu godzinach dostałem to zdjęcie. Antoś. Tak dała mu na imię. Ważył 3600 gramów i był absolutnie doskonały. Patrzyłem na ekran telefonu i płakałem. Płakałem ze szczęścia, bo mój syn był na świecie. I płakałem z rozpaczy, bo wiedziałem, że właśnie nadszedł koniec mojego życia, jakie znałem.
Nie mogłem dłużej kłamać. Nie mogłem udawać, że ten chłopiec nie istnieje. Każdy dzień zwłoki byłby teraz podłością – wobec Ewy, wobec Antosia i wobec samego siebie. Nie poszedłem do szpitala. Pojechałem do domu. Jazda trwała wieczność. Każde światła, każde skrzyżowanie wydawały mi się ostatnim etapem podróży na szafot. Gdy wszedłem do domu, Ewa siedziała na kanapie, przeglądając katalog z meblami. W domu pachniało pieczonym ciastem. Było tak przytulnie, tak bezpiecznie.
– O, już jesteś! – zawołała wesoło. – Słuchaj, myślę, że ta sofa w kolorze butelkowej zieleni będzie idealna, co sądzisz?
Stanąłem w progu salonu. Nie zdjąłem nawet kurtki. Musiałem wyglądać strasznie, bo uśmiech powoli zszedł z jej twarzy. Odłożyła katalog.
– Tomek? Co się stało? – Wstała i podeszła do mnie. – Jesteś blady. Czy coś z rodzicami?
Pokręciłem głową. Gardło miałem tak ściśnięte, że ledwo mogłem oddychać. Wyjąłem telefon z kieszeni. Palce mi drżały, gdy odblokowywałem ekran. Wyświetliłem zdjęcie Antosia i podałem jej aparat.
– Co to jest? – zapytała, marszcząc brwi. Spojrzała na ekran, potem na mnie, potem znowu na ekran. W jej oczach nie było zrozumienia, tylko konsternacja. – Czyj to dzidziuś? Kogoś z pracy?
Wziąłem głęboki oddech. To był ten moment. Skok w przepaść.
– Ewa… – zacząłem, a mój głos załamał się w połowie słowa. – To jest mój syn. Urodził się dzisiaj rano.
Cisza głośniejsza niż krzyk
Spodziewałem się krzyku. Spodziewałem się, że rzuci telefonem o ścianę, że zacznie mnie bić, wyzywać, płakać. Byłem na to gotowy. Zasłużyłem na to. Ale Ewa zamarła. Stała nieruchomo, wpatrując się we mnie z taką intensywnością, jakby widziała mnie po raz pierwszy w życiu. Telefon wysunął się z jej dłoni i upadł głucho na dywan. Nawet nie drgnęła.
– Twój… syn? – powtórzyła szeptem, jakby próbowała nauczyć się tego zwrotu w obcym języku.
– Pamiętasz, jak mieliśmy separację? – mówiłem szybko, chcąc wyrzucić z siebie wszystko, zanim braknie mi odwagi. – Poznałem kogoś. To nie było nic poważnego, naprawdę. To trwało chwilę. Kiedy do siebie wróciliśmy, myślałem, że to koniec. Nie wiedziałem. Dowiedziałem się trzy miesiące po naszym powrocie. Nie wiedziałem, jak ci powiedzieć. Bałem się, że cię stracę.
Ewa cofnęła się o krok. Wyglądała, jakby ktoś uderzył ją w twarz niewidzialną ręką.
– Wiedziałeś od sześciu miesięcy? – zapytała cicho. To pytanie bolało bardziej niż fakt zdrady. – Przez sześć miesięcy patrzyłeś mi w oczy, planowałeś ze mną życie, wybierałeś meble… i wiedziałeś, że inna kobieta nosi twoje dziecko? Dziecko, o które my… – głos jej się załamał.
– Przepraszam – wydukałem. To słowo brzmiało tak żałośnie, tak pusto.
Ewa usiadła na kanapie. Nie płakała. Patrzyła w jeden punkt na podłodze.
– Przez sześć lat – zaczęła mówić, a jej głos był wyprany z emocji, chłodny i mechaniczny – moim największym marzeniem było dać ci dziecko. Czułam się gorsza, wybrakowana, bo nie mogłam tego zrobić. Każdego miesiąca czułam, że cię zawodzę. A teraz… teraz przychodzisz i mówisz, że dostałeś to, czego pragnąłeś. Ale nie ode mnie.
– Ewa, to nie tak… Ja nie pragnąłem dziecka z inną. Pragnąłem dziecka z tobą. To był wypadek, przypadek…
– Dziecko to nie przypadek, Tomek. To człowiek. – Podniosła wzrok. Jej oczy były szkliste, ale wciąż nie płynęły z nich łzy. – Masz syna. Spełniło się twoje marzenie.
– Nasze marzenie – poprawiłem ją odruchowo.
– Nie – przerwała ostro. – To było nasze marzenie, kiedy dotyczyło nas. Teraz to jest twoja rzeczywistość i mój koszmar.
Zapadła cisza. Słyszałem tylko tykanie zegara w kuchni. To tykanie odmierzało czas do końca naszego małżeństwa, jakie znaliśmy. Wiedziałem, że cokolwiek teraz zrobię, nie cofnę czasu. Mój syn jest na świecie. I choć kocham go instynktownie, od pierwszego wejrzenia na to zdjęcie, to jego istnienie zburzyło fundamenty mojego świata.
Dwie miłości, które się wykluczają
Minęły trzy godziny. Ewa zamknęła się w sypialni. Słyszałem przez drzwi, że rozmawia z kimś przez telefon, prawdopodobnie ze swoją matką. Ja siedzę w salonie, na tej starej kanapie, którą mieliśmy wymienić. Patrzę na telefon, na zdjęcie Antosia. Ma moje oczy. Widzę to nawet na tej niewyraźnej fotografii. Czuję dumę, której nie potrafię stłumić, i poczucie winy, które mnie dusi. Jestem ojcem. Mam syna, ale cena, jaką za to zapłaciłem, może okazać się zbyt wysoka.
Z jednej strony mam kobietę mojego życia, z którą przeszedłem przez piekło i którą kocham nad wszystko. Z drugiej strony mam syna, moją krew, niewinną istotę, która potrzebuje ojca. Nie wiem, jak to połączyć. Nie wiem, czy Ewa będzie w stanie zaakceptować dziecko innej kobiety. Nie wiem, czy będzie w stanie wybaczyć mi te miesiące kłamstwa. Drzwi sypialni się otworzyły. Ewa wyszła z małą walizką.
– Jadę do mamy – powiedziała, nie patrząc na mnie. – Nie dzwoń do mnie. Nie pisz. Muszę… muszę pomyśleć, czy w tym obrazku jest jeszcze miejsce dla mnie.
Chciałem ją zatrzymać, błagać, prosić. Ale nie miałem prawa. Zrobiłem krok w jej stronę, ale wyciągnęła rękę w geście „stop”.
– Jedź do niego – powiedziała cicho, stojąc już przy drzwiach wyjściowych. – Jedź do szpitala. To twoje dziecko. Nie może być samo tylko dlatego, że jego ojciec jest tchórzem.
Wyszła. Zostałem sam w wielkim, pustym domu. Wsiadłem w samochód i pojechałem do szpitala. Kiedy wziąłem Antosia na ręce, poczułem to niesamowite ciepło i ciężar, o którym marzyłem przez tyle lat. Był realny. Był mój. Spojrzał na mnie, mrużąc oczy, i zacisnął maleńką dłoń na moim palcu. W tym momencie wiedziałem, że będę go kochać do końca życia, bez względu na to, jak skomplikowane to życie będzie. Ale wiedziałem też, że ta mała dłoń, która tak mocno trzymała mój palec, właśnie zburzyła mój świat, by zbudować na jego gruzach coś zupełnie nowego. Czy Ewa wróci? Nie wiem. Wiem tylko, że dziś stałem się najszczęśliwszym i najbardziej nieszczęśliwym człowiekiem na ziemi jednocześnie. Los dał mi to, o co prosiłem, ale wystawił rachunek, którego nie wiem, czy zdołam spłacić.
Tomasz, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Byłem zły na siostrę, że muszę sam opiekować się starszą mamą. Stać ją było tylko na dobre słowo na odległość”
- „Mój syn bał się chodzić do szkoły przez jedną osobę. Jego nauczycielka matematyki powinna brać korepetycje z empatii”
- „W dniu ślubu myślałem, że jestem szczęściarzem. Teraz nasz dom wygląda jak magazyn pełen drogich torebek i perfum żony”