„Przez awarię ogrzewania teściowa zamieszkała z nami. Nie dokładała się do rachunków, za to zniszczyła moje małżeństwo”
„Teściowa zachowywała się tak, jakby była w hotelu all-inclusive. Nie ruszyła palcem, by pomóc w czymkolwiek. Zostawiała brudne naczynia na stole, oczekując, że magicznie znikną w zmywarce. Ręczniki rzucała na podłogę w łazience. Najgorsze było jednak ogrzewanie”.

- Redakcja
Nigdy nie sądziłam, że dźwięk przekręcanego klucza w zamku może wywoływać tak silny ścisk żołądka. Mój dom, który przez trzy lata był oazą spokoju, miejscem, gdzie ładowałam baterie po trudnym dniu w pracy, nagle stał się polem bitwy. Nie była to jednak walka na krzyki i rzucanie talerzami. To była cicha, wyniszczająca walka na spojrzenia, westchnienia i pasywną agresję, która sączyła się w moje życie jak trucizna.
Wszystko zaczęło się niewinnie, od mroźnego stycznia i jednego telefonu, który – jak się później okazało – zrujnował fundamenty mojego małżeństwa. Myślałam, że pomagam rodzinie w potrzebie. Nie wiedziałam, że zapraszam pod swój dach kogoś, kto systematycznie, cegła po cegle, rozbierze moje szczęście.
Telefon, który zmienił wszystko
Pamiętam ten wieczór dokładnie. Za oknem szalała zamieć, jedna z tych rzadkich, prawdziwych zim, które paraliżują miasto. Siedzieliśmy z Pawłem na kanapie, owinięci w koce, oglądając jakiś serial. W powietrzu unosił się zapach pieczonych jabłek, a ja czułam tę błogą pewność, że jesteśmy bezpieczni. Blisko i razem. Wtedy zadzwonił jego telefon.
Paweł spojrzał na wyświetlacz i westchnął ciężko. Wiedziałam, kto dzwoni. Jego matka, Teresa, miała zwyczaj dzwonienia w najmniej odpowiednich momentach, zazwyczaj z listą skarg na sąsiadów, zdrowie lub politykę. Tym razem jednak głos w słuchawce brzmiał inaczej. Nawet z odległości metra słyszałam jej piskliwy, spanikowany ton.
– Mamo, spokojnie. Co się stało? – dopytywał Paweł, prostując się gwałtownie. – Jak to piec wybuchł?
Spojrzeliśmy na siebie. Okazało się, że w starym domu teściowej doszło do poważnej awarii instalacji grzewczej. W środku zimy została bez ogrzewania i ciepłej wody. Decyzja była natychmiastowa i, wydawało się wtedy, jedyna słuszna. Nie mogliśmy pozwolić, by sześćdziesięcioletnia kobieta zamarzła we własnym domu.
– Przywieź ją – powiedziałam, nie wiedząc jeszcze, że właśnie podpisuję wyrok na nasz spokój. – Zostanie u nas, dopóki tego nie naprawią. Mamy wolny pokój.
Paweł pocałował mnie w czoło z wdzięcznością. Widziałam w jego oczach ulgę. Kochał matkę, mimo że była osobą trudną, a ja kochałam jego, więc akceptowałam ten pakiet. Sądziłam, że to kwestia tygodnia, może dwóch. Fachowcy przyjadą, wymienią części, a nasze życie wróci do normy. Nie przewidziałam jednak, że awaria pieca to tylko pretekst do znacznie dłuższej wizyty, a moja gościnność zostanie wykorzystana w sposób tak bezwzględny.
Rachunki zaczęły rosnąć
Teresa przyjechała następnego dnia rano. Wniosła ze sobą nie tylko trzy wielkie walizki, jakby wybierała się na roczną emigrację, ale też specyficzną atmosferę napięcia. Już w progu skrytykowała wycieraczkę, twierdząc, że taki materiał tylko roznosi błoto, a potem spojrzała na moje nowe zasłony z miną, jakbym powiesiła w oknach brudne ścierki.
– No, jakoś się tu pomieścimy – stwierdziła, wchodząc do salonu w butach. – Choć ciasno u was, Pawełku. W domu to jednak przestrzeń jest inna.
Zacisnęłam zęby. Nasze mieszkanie miało siedemdziesiąt metrów i byliśmy z niego dumni. Spłacaliśmy kredyt, ciężko pracowaliśmy na każde udogodnienie. Ale dla Teresy zawsze wszystko było albo za małe, albo za drogie, albo w złym guście.
Pierwszy tydzień minął we względnym spokoju, choć już wtedy zauważyłam pewne niepokojące sygnały. Teściowa zachowywała się tak, jakby była w hotelu all-inclusive. Nie ruszyła palcem, by pomóc w czymkolwiek. Zostawiała brudne naczynia na stole, oczekując, że magicznie znikną w zmywarce. Ręczniki rzucała na podłogę w łazience. Najgorsze było jednak ogrzewanie.
Zawsze staraliśmy się żyć oszczędnie i ekologicznie. Utrzymywaliśmy temperaturę na poziomie 21 stopni, co było komfortowe i zdrowe. Teresa jednak, gdy tylko wychodziłam do pracy, podkręcała termostat na maksimum. Wracając do domu, uderzała mnie fala gorąca, jakbym wchodziła do sauny.
– Mamo, jest strasznie duszno – mówiłam delikatnie, przykręcając kaloryfery. – Rachunki nas zjedzą.
– Ja jestem starszą osobą, mam słabe krążenie – odpowiadała tonem ofiary, owijając się szczelniej swetrem, mimo że siedziała w pomieszczeniu, gdzie było 26 stopni. – Chcesz, żebym się rozchorowała? Wtedy dopiero będziecie mieć problem.
Paweł, stojąc między nami, zazwyczaj milczał lub rzucał coś o kompromisie. Ale kompromis w wydaniu Teresy polegał na tym, że ona dostaje to, czego chce, a my płacimy.
Czułam się zdradzona
Prawdziwy dramat zaczął się w trzecim tygodniu. Awaria pieca okazała się skomplikowana. Podobno czekali na części z zagranicy. Przynajmniej tak twierdziła teściowa, która rzekomo była w kontakcie z serwisem. Nie miałam powodów, by jej nie wierzyć, choć moja siostra, Kaśka, już wtedy pukała się w czoło.
– Agata, sprawdź to – mówiła, gdy spotkałyśmy się na kawie. – Czeka się na części, ale nie miesiąc. Ona po prostu wygodnie się u was urządziła.
Zignorowałam ostrzeżenie Kaśki, zajęta gaszeniem pożarów we własnym domu. Teściowa zaczęła przejmować moją kuchnię. Nie gotowała, o nie. Ona reorganizowała. Wracając z pracy, zastawałam przyprawy w innych szafkach, mąkę przesypaną do słoików, których nie znosiłam, a moje ulubione kubki schowane głęboko, bo według niej były niepraktyczne.
– Zrobiłam ci porządek – oświadczyła pewnego dnia, gdy ze zdumieniem patrzyłam na przestawiony stół w jadalni. – Teraz jest lepszy przepływ energii. Tamto ustawienie blokowało czakry.
– Ale ja lubiłam tamto ustawienie – zaprotestowałam słabo, czując narastającą irytację. – To jest mój dom, mamo.
– Oj, nie bądź taka drażliwa. Chcę pomóc. Pawełkowi też się bardziej podoba, prawda synku?
Paweł, który właśnie wszedł do kuchni, spojrzał na mnie przepraszająco, a potem na matkę.
– Jest okej, kochanie. Nie róbmy problemu z błahostek – powiedział do mnie.
To był moment, w którym poczułam pierwsze pęknięcie w naszym związku. Mój mąż, mój partner, z którym ustalałam każdy detal naszego życia, nagle umniejszał moje uczucia, byle tylko nie urazić matki. Czułam się zdradzona w najprostszych, codziennych sprawach.
Chciałam przemówić jej do rozsądku
Kolejny miesiąc przyniósł rachunki. Kiedy otworzyłam kopertę z gazowni i elektrowni, musiałam usiąść. Kwoty były dwukrotnie wyższe niż zazwyczaj. Teściowa brała godzinne kąpiele, piekła ciasta w starym, prądożernym piekarniku elektrycznym (mimo że mieliśmy gazowy), a telewizor grał u niej w pokoju niemal całą dobę, nawet gdy spała.
Postanowiłam poruszyć ten temat przy kolacji. Starałam się być dyplomatyczna.
– Mamo, przyszły rachunki – zaczęłam, kładąc papiery na stole. – Są bardzo wysokie. Rozumiem sytuację, ale musimy trochę zacisnąć pasa albo prosić o dołożenie się do kosztów. Nasz budżet tego nie wytrzyma na dłuższą metę.
Zapadła cisza. Teresa odłożyła widelec z głośnym brzękiem. Jej dolna warga zaczęła drżeć.
– Czy ty właśnie wypominasz mi, że zużyłam trochę wody? – zapytała łamiącym się głosem. – Po tym wszystkim, co dla was zrobiłam?
– Nie wypominam, tylko stwierdzam fakty – próbowałam zachować spokój. – To są setki złotych więcej.
– Paweł, słyszysz to? – zwróciła się do syna, ignorując mnie. – Twoja żona każe mi płacić za to, że oddycham w waszym domu. A ja przecież nie mam pieniędzy, wiesz, jaką mam emeryturę. Wszystko idzie na leki.
Paweł oblał się rumieńcem. Wiedziałam, że jest mu wstyd, ale nie wiedziałam, czy za matkę, czy za mnie.
– Agata, daj spokój – mruknął. – Jakoś to ogarniemy. Mama jest gościem.
– Gościem się jest przez trzy dni, a nie przez dwa miesiące! – wybuchłam. – A poza tym, widziałam, że mama kupiła sobie wczoraj nowy płaszcz. Na to były pieniądze, a na prąd nie ma?
To był błąd. Teresa rozpłakała się teatralnie i uciekła do swojego pokoju. Paweł spojrzał na mnie z wyrzutem, jakiego nigdy wcześniej u niego nie widziałam.
– Przesadziłaś – syknął. – To starsza kobieta. Chcesz ją wpędzić do grobu? Płaszcz kupiła, bo w starym jej było zimno. Nie bądź taką materialistką.
Zostałam sama w kuchni, z rachunkami i poczuciem totalnej bezsilności. Byłam materialistką, bo chciałam opłacić rachunki? Bo dbałam o nasze finanse? Czułam, jak grunt usuwa mi się spod nóg.
Miałam dość bycia sponsorką
Sytuacja w domu stała się nie do zniesienia. Teresa przestała się do mnie odzywać, komunikując się wyłącznie przez Pawła. Robiła z siebie męczennicę, wzdychając ciężko, ilekroć wchodziłam do pomieszczenia. Jednocześnie nadal korzystała ze wszystkiego bez ograniczeń. Jadła jedzenie, które kupowałam – drogie wędliny, sery, owoce – a dla nas, w ramach "pomocy", gotowała najtańsze zupy na kościach, twierdząc, że to zdrowo i oszczędnie.
Pewnego dnia wróciłam z pracy wcześniej. Źle się czułam, bolała mnie głowa. Weszłam do domu cicho, marząc tylko o łóżku. Drzwi do pokoju teściowej były uchylone. Usłyszałam jej głos. Rozmawiała przez telefon, wesoła i zrelaksowana, zupełnie inna niż ta cierpiąca staruszka, którą grała przed Pawłem.
– No mówię ci, Grażynka, żyć nie umierać – śmiała się do słuchawki. – Obiady podstawione, ciepełko, a ja sobie oszczędzam. Ten mój stary dom to studnia bez dna, a tutaj? Luksus. Piec? A daj spokój, naprawiony już dawno. Józek zrobił to w tydzień. Ale po co mam wracać i płacić za opał, jak tu mam wszystko za darmo? A ta synowa to wiesz, trochę pyskuje, ale Pawełek ją trzyma krótko. Jeszcze trochę posiedzę, może do wiosny, uzbieram sobie na wyjazd do sanatorium.
Stałam w korytarzu jak sparaliżowana. Cała krew odpłynęła mi z twarzy. A więc to wszystko było kłamstwem. Awaria została usunięta tygodnie temu. Ona nas wykorzystywała z premedytacją, śmiejąc się z mojej naiwności i manipulując własnym synem. Co gorsza, miała pieniądze. Oszczędzała na nas, żeby pojechać na wczasy.
Wpadłam do pokoju bez pukania. Teresa podskoczyła, upuszczając telefon na łóżko.
– Słyszałam – powiedziałam cicho, ale mój głos był twardy jak stal. – Słyszałam każde słowo.
Jej twarz zmieniła się w ułamku sekundy. Zniknęła dobrotliwa staruszka, pojawiła się zacięta, wyrachowana kobieta.
– Podsłuchiwałaś? To bezczelność – warknęła.
– Wynoś się – powiedziałam. – Masz godzinę na spakowanie. Jeśli nie wyjdziesz, sama wyniosę twoje walizki na śnieg.
– Nie możesz mnie wyrzucić! To dom mojego syna!
– To również mój dom. I mam dość bycia twoją sponsorką.
Miałam dość tej farsy
Zadzwoniłam po Pawła. Przyjechał z pracy przerażony, myśląc, że stało się coś strasznego. I w pewnym sensie tak było. Weszliśmy do salonu, gdzie Teresa siedziała na fotelu, trzymając się za serce, znowu w roli ofiary.
– Pawełku, ona mnie wyrzuca! – załkała, zanim zdążyłam otworzyć usta. – Twoja żona krzyczała na mnie, groziła mi!
– Agata, co się dzieje? – Paweł spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
– Twoja matka kłamie, Paweł – powiedziałam, starając się opanować drżenie rąk. – Piec jest naprawiony od tygodni. Słyszałam, jak chwaliła się koleżance, że mieszka tu, żeby oszczędzić na opał i wyjechać do sanatorium. Wykorzystuje nas. Śmieje się z nas.
Paweł spojrzał na matkę. W jego oczach widziałam cień wątpliwości, ale Teresa była mistrzynią manipulacji.
– Synku, czy ty wierzysz w te brednie? – zapytała cicho. – Wymyśliła to, bo mnie nienawidzi. Od początku mnie tu nie chciała. Przeszkadzam jej. Jestem starym, niepotrzebnym gratem.
– Nie o to chodzi! – krzyknęłam. – Chodzi o uczciwość! Paweł, sprawdź to! Zadzwoń do sąsiada, niech sprawdzi, czy u niej w domu jest zimno. Zadzwoń do tego serwisanta!
– Nie będę nikogo sprawdzał – uciął Paweł, a jego twarz stężała. – Nie będę robił śledztwa przeciwko własnej matce. Agata, przeproś ją.
Zamarłam. Świat na chwilę przestał wirować.
– Co powiedziałeś? – zapytałam szeptem.
– Przeproś ją. Zachowujesz się histerycznie. Nawet jeśli piec jest naprawiony, to co z tego? Może bała się wracać sama do pustego domu? Może potrzebowała bliskości? A ty liczysz każdy grosz, jakby pieniądze były ważniejsze od rodziny. Zawiodłem się na tobie.
Te słowa uderzyły mnie mocniej niż fizyczny cios. "Zawiodłem się na tobie". Po trzech latach małżeństwa, po wspólnym budowaniu życia, po tym wszystkim, co dla nas zrobiłam, on wybrał kłamstwo matki zamiast prawdy żony. Wybrał manipulację zamiast partnerstwa. W tym momencie zrozumiałam, że to nie jest kwestia teściowej. To kwestia naszego małżeństwa. Jeśli teraz ustąpię, już zawsze będę tą drugą. Zawsze będę tą złą, tą chciwą, tą, która musi przepraszać za to, że ma granice.
– Nie przeproszę – powiedziałam spokojnie. – I nie będę dłużej brała udziału w tej farsie.
Poszłam do sypialni i wyciągnęłam walizkę. Nie, nie spakowałam rzeczy Teresy. Spakowałam swoje.
Przynajmniej odzyskałam siebie
Pakowanie zajęło mi godzinę. Przez ten czas nikt do mnie nie przyszedł. Słyszałam ciche rozmowy w salonie, brzęk filiżanek. Teresa pewnie dostała melisę, a Paweł ją pocieszał. Czułam się tak, jakbym umarła, a oni właśnie omawiali stypę. Kiedy wyszłam do przedpokoju z dwiema walizkami, Paweł stał w progu kuchni. Wyglądał na zszokowanego.
– Co ty robisz? – zapytał głupio.
– Wyprowadzam się. Skoro to dom twojej matki, to dla mnie nie ma tu miejsca.
– Agata, przestań. To dziecinada. Zostań, porozmawiamy, jak emocje opadną.
– Emocje opadły, Paweł. Została tylko jasność. Pozwoliłeś, żeby ona zniszczyła nasze poczucie bezpieczeństwa. Nazwałeś mnie materialistką, kiedy broniłam naszego domu przed pasożytowaniem. Nie stoisz po mojej stronie. Nigdy nie stałeś.
– Ale to moja matka! – krzyknął, w końcu tracąc panowanie nad sobą.
– A ja byłam twoją żoną – odpowiedziałam, zapinając płaszcz. – Ale widać, ta rola w twoim życiu jest drugoplanowa.
Wyszłam w zimną noc. Śnieg skrzypiał pod kołami walizki. Nie miałam planu, nie miałam dokąd pójść, poza kanapą u siostry. Ale czułam dziwną, bolesną ulgę. Wiedziałam, że zostawiłam za sobą coś, co i tak by zgniło.
Rozwód orzeczono pół roku później. Paweł próbował mnie odzyskać, kiedy Teresa w końcu wróciła do siebie (oczywiście po dwóch tygodniach od mojej wyprowadzki, gdy skończył jej się "darmowy catering" i obsługa, bo Paweł nie potrafił gotować ani sprzątać tak jak ja). Przepraszał, błagał, twierdził, że przejrzał na oczy.
Ale ja nie potrafiłam zapomnieć. Nie potrafiłam zapomnieć tego wzroku pełnego pogardy przy stole, gdy prosiłam o sprawiedliwość. Nie potrafiłam zapomnieć, że nie uwierzył kobiecie, z którą dzielił życie.
Dziś mieszkam sama, w małej kawalerce. Płacę swoje rachunki, ustawiam meble tak, jak chcę, i nikt nie przestawia moich kubków. Czasami doskwiera mi samotność, zwłaszcza w zimowe wieczory. Ale potem przypominam sobie duszną atmosferę w tamtym mieszkaniu i uśmiech teściowej, gdy kłamała mi w żywe oczy. I wtedy wiem, że wolę chłód samotności niż fałszywe ciepło tamtego domu. Zapłaciłam wysoką cenę za tę lekcję, ale przynajmniej odzyskałam siebie.
Agata, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Rodzice przyjaciółki zabrali mnie na ferie w Alpy. Ich miły gest kosztował mnie symboliczne 5 tysięcy”
- „W walentynki zamiast czekoladek kupowałam białe lilie na pogrzeb. Wraz z ukochanym pogrzebałam mój najcenniejszy skarb”
- „Moja żona była jak czerstwa bułka, a kochanka jak pączek w lukrze. Jednak zamiast słodkiej wolności, najadłem się wstydu”