Reklama

Nigdy nie sądziłam, że dźwięk zamykanych drzwi może brzmieć jak wyrok. Jeszcze miesiąc temu martwiłam się jedynie o to, czy zdążymy na samolot na Malediwy i jaki kolor sukienki wybrać na kolację charytatywną. Miałam wszystko: miłość, bezpieczeństwo i luksus, o jakim dziewczyna z małego miasteczka mogła tylko śnić. Czułam się wybrana i wyjątkowa. Dziś siedzę na kartonach w kawalerce z widokiem na śmietnik i zastanawiam się, jak jeden gest, jedna chwila bezmyślności, zburzyła mój świat. To miała być przysługa. Niewinna pomoc. A stała się końcem mojego bajkowego życia.

Nie szukałam przygód

Pamiętam dzień, w którym poznałam Piotra. To nie była scena z komedii romantycznej, gdzie wpadamy na siebie w parku. To była prozaiczna sytuacja w urzędzie, gdzie pracowałam za najniższą krajową. On przyszedł załatwić pozwolenia na budowę nowego osiedla. Był zdenerwowany, a ja – zmęczona i zrezygnowana. Mimo to pomogłam mu wypełnić skomplikowany wniosek, zostając po godzinach. Po prostu żal mi się zrobiło człowieka, który gubił się w gąszczu przepisów, mimo że jego zegarek był wart więcej niż mój roczny dochód. Kiedy zaprosił mnie na kawę, odmówiłam. Nie szukałam przygód, a mężczyźni w garniturach zazwyczaj omijali mnie szerokim łukiem. Piotr jednak był uparty. Wrócił następnego dnia z bukietem tulipanów.

– To tylko kawa – powiedział tym swoim niskim, spokojnym głosem, który od razu wzbudzał zaufanie. – Pozwól mi się odwdzięczyć za uratowanie przed urzędniczym piekłem.

Zgodziłam się. Pół roku później wprowadziłam się do jego rezydencji pod miastem. Przeszklone ściany, ogród jak z katalogu, garaż z trzema samochodami. Piotr był deweloperem, człowiekiem sukcesu, ale przy tym niesamowicie ciepłym i opiekuńczym. Nie traktował mnie jak trofeum. Słuchał mnie. Czułam się przy nim ważna. Zrezygnowałam z pracy w urzędzie. Piotr nalegał, twierdząc, że powinnam zająć się czymś, co kocham. Zaczęłam więc kurs projektowania wnętrz, o którym zawsze marzyłam. Życie nabrało barw, jakich wcześniej nie znałam.

Żyłam jak pączek w maśle

Przez pierwsze tygodnie czułam się jak oszustka. Budziłam się w pościeli z drogiej bawełny i bałam się dotknąć czegokolwiek, żeby nie zepsuć. Jednak człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrego. Zamiast liczyć każdy grosz w dyskoncie, robiłam zakupy w delikatesach. Piotr dbał o to, by niczego mi nie brakowało. Dał mi kartę do wspólnego konta.

Ufam ci – powiedział wtedy, patrząc mi głęboko w oczy. – Jesteśmy w tym razem.

To zaufanie było dla mnie cenniejsze niż te wszystkie drogie torebki. Moja rodzina była zachwycona. Mama płakała ze szczęścia, że w końcu „ustawiłam się w życiu”, siostra patrzyła z zazdrością, ale i podziwem. Wszyscy myśleli, że złapałam Pana Boga za nogi. Ja też tak myślałam. Żyłam jak pączek w maśle. Poranna joga, lunche z koleżankami z „wyższych sfer”, nauka projektowania, a wieczory z Piotrem przy kominku. Wydawało mi się, że to moja nowa definicja normalności. Zapomniałam o jednym: pycha kroczy przed upadkiem. A moją pychą stała się chęć zaimponowania komuś, kto na to nie zasługiwał.

Chciałam jej pomóc

Wtedy odezwała się Eliza. Znałyśmy się z liceum. Wtedy to ona była tą „lepszą” – córką biznesmena, królową balu. Ja byłam szarą myszką, która pomagała jej w matematyce. Po szkole nasze drogi się rozeszły, a o niej słyszałam tylko plotki o bankructwie ojca i długach. Znalazła mnie na portalu społecznościowym. Moje zdjęcia musiały przykuć jej uwagę. Napisała, że chętnie by się spotkała. Zaprosiłam ją do domu. Chciałam, przyznaję to ze wstydem, poczuć satysfakcję. Kiedyś ja zazdrościłam jej butów, teraz ona wchodziła do mojego salonu z oczami pełnymi podziwu i zawiści.

– Niesamowite – powiedziała, gładząc skórzaną kanapę. – Kto by pomyślał, że taka cicha myszka zajdzie tak daleko.

Siedziałyśmy na tarasie. Eliza opowiadała o swoim życiu, które było pasmem porażek. Praca przedstawicielki handlowej w podrzędnej firmie budowlanej, toksyczny szef, zaległości w czynszu. Słuchając jej, czułam litość. Byłam panią na włościach, łaskawą i hojną. Kiedy zaczęła płakać, mówiąc, że grozi jej zwolnienie, chciałam jej pomóc.

– Może mogłabym pogadać z Piotrem? – zaproponowałam, choć wiedziałam, że Piotr nie miesza życia prywatnego z zawodowym.

– Naprawdę? – Jej oczy zapłonęły. – Uratowałabyś mi życie. Chodzi tylko o jeden przetarg. Mój szef ma świetne ceny, ale nikt nie chce z nami gadać, bo jesteśmy mali. Potrzebujemy kontaktu do głównego inwestora, który buduje to centrum handlowe pod miastem. Wiem, że twój Piotr tam działa.

Znałam ten projekt. Piotr był jednym z głównych udziałowców konsorcjum budującego galerię.

Próżność wzięła górę

Eliza zaczęła mnie odwiedzać regularnie. Stała się moją „dwórką”. Komplementowała mój gust, utwierdzała mnie w przekonaniu, że jestem stworzona do luksusu, ale ciągle wracała do tematu pracy.

– Wiesz, mój szef powiedział, że jeśli załatwię ten kontakt, dostanę premię i awans – mówiła, sącząc wino. – Wreszcie stanęłabym na nogi.

Naciskała coraz mocniej, ale robiła to tak subtelnie, że brałam to za przejaw desperacji. Pewnego wtorku przyjechała rano, roztrzęsiona.

– Wywalą mnie. Dziś jest termin składania ofert, a ja nie wiem, do kogo wysłać maila. Błagam cię. Tylko nazwisko i bezpośredni mail do koordynatora. Nic więcej.

Piotra nie było. Wyjechał na dwa dni do Warszawy. Jego gabinet był otwarty – ufał mi. Wiedziałam, gdzie trzyma teczki. Czułam ucisk w żołądku. Wiedziałam, że nie powinnam tego robić. Piotr powtarzał, że informacja to towar. Jednak patrzyłam na zapłakaną Elizę, która teraz mnie błagała o pomoc. I moja próżność wzięła górę. Chciałam być tą dobrą wróżką.

– Poczekaj tutaj – powiedziałam.

Weszłam do gabinetu. Serce biło mi jak szalone. Znalazłam odpowiednią teczkę. Na pierwszej stronie była lista kluczowych podwykonawców i prywatne dane do zarządu inwestycyjnego, kwoty i inne dane niedostępne publicznie. Zrobiłam zdjęcie telefonem. Tylko jednej strony. Wróciłam do salonu.

Przepisz sobie, ale szybko – szepnęłam, pokazując ekran.

Eliza przepisała dane błyskawicznie. Jej łzy zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Nigdy ci tego nie zapomnę – rzuciła i chwilę później już jej nie było.

Czułam niepokój, ale tłumaczyłam sobie, że to tylko adres e-mail. Co złego może się stać? Przecież jej firma po prostu złoży ofertę. Jakże byłam naiwna.

Zrobiłam coś strasznego

Piotr wrócił z Warszawy w świetnym humorze, planowaliśmy weekend w górach. I wtedy, w piątkowy wieczór, zadzwonił jego telefon. Widziałam, jak jego twarz tężeje. Uśmiech zniknął, zastąpiony przez furię, którą próbował opanować. Rozłączył się i spojrzał na mnie wzrokiem, którego nigdy nie zapomnę. Był w nim zawód tak głęboki, że aż zabolało.

– Czy ty udostępniłaś komuś dokumenty z projektu? – zaczął cicho.

Zamarłam. Filiżanka herbaty zadzwoniła o spodek.

– Ja... tylko Elizie... ona potrzebowała maila... – zaczęłam się jąkać.

Piotr usiadł ciężko w fotelu i ukrył twarz w dłoniach.

– Oferta? Ona nie wysłała oferty. Jej firma to krzak. Wykorzystali te dane na swoją korzyść. Inwestor się wycofał. Wstrzymali finansowanie.

Milczałam. Rozumiałam tylko jedno: zrobiłam coś strasznego.

Straciłem kontrakt życia – powiedział, patrząc w podłogę. – Ale najgorsze jest to, że straciłem wiarygodność. W tym biznesie, jeśli nie jesteś szczelny, nie istniejesz. Moi partnerzy myślą, że to ja sprzedałem te informacje.

– Wyjaśnię im! Powiem, że to moja wina! – krzyknęłam, podbiegając do niego.

Chciałam go przytulić, ale odsunął się jak od ognia.

– Nie rozumiesz – rzucił chłodno. – To, że to twoja wina, niczego nie zmienia. To ja cię tu wpuściłem. Moim błędem było założenie, że jesteś lojalna.

Próbowałam się tłumaczyć. Mówiłam o Elizie, o chęci pomocy.

– Pomocy? – przerwał mi gorzko. – Chciałaś się poczuć ważna. Nakarmiłaś swoje ego moim kosztem. Ta twoja koleżanka cię urobiła. Sprawdziłem jej firmę. Są znani z takich zagrywek. Wystawiłaś mnie na tacy oszustom.

Ta noc była najdłuższą w moim życiu. Rano na stole leżała koperta.

– Masz tydzień na wyprowadzkę – powiedział Piotr, nie patrząc na mnie. – Nie mogę na ciebie patrzeć.

– Piotr, proszę, kocham cię... to był błąd... – błagałam.

Miłość to zaufanie. Złamałaś jedyną zasadę, o którą prosiłem. Dyskrecję i lojalność. Wyniosłaś tajemnice mojego biznesu, żeby zaimponować koleżance z liceum. Nie ma powrotu.

Byłam głupia

Wyprowadzka była koszmarem. Nie wzięłam niczego, co kupił mi Piotr. Spakowałam stare ubrania i kilka książek. Zamykając za sobą ciężkie drzwi rezydencji, wiedziałam, że zamykam rozdział, który mógł być historią mojego życia, a stał się jedynie gorzką lekcją. Próbowałam skontaktować się z Elizą. Chciałam jej wykrzyczeć w twarz, co mi zrobiła. Jej numer był nieaktywny, zniknęła z mediów społecznościowych. Wykorzystała mnie, przeżuła i wypluła, niszcząc przy okazji człowieka, który dał mi wszystko. Wróciłam do punktu wyjścia. Wynajmuję klitkę na obrzeżach i pracuję w biurze za mniejsze pieniądze, bo w moim mieście wieści rozchodzą się szybko – nikt nie chce „dziewczyny, która pogrążyła dewelopera”. Ludzie myślą, że tęsknię za SPA i drogimi kolacjami. Owszem, brakuje mi wygody. Jednak najbardziej brakuje mi Piotra. Jego spokoju, uśmiechu, wieczornych rozmów. Każdego dnia, jadąc zatłoczonym autobusem, mijam billboardy wstrzymanej budowy osiedla. To jak sól na ranę. Patrzę na nie i myślę o tym, jak cienka jest granica między rajem a piekłem. Przebiegała ona dokładnie tam, gdzie naiwność spotkała się z próżnością. Chciałam być wspaniałomyślna, a okazałam się po prostu głupia. Żyłam jak pączek w maśle, a teraz zostało mi tylko czerstwe pieczywo i gorzki smak żalu.

Malwina, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama