„Przez lata byłam singielką, bo myślałam, że tak jest wygodniej. Remont mieszkania sprawił, że całkiem zmieniłam zdanie”
„Zaczęłam wpadać na budowę nie tylko po to, by kontrolować, ale by po prostu tam być. Pewnego popołudnia, gdy przywiozłam im brakujące kafelki, zastałam Pawła siedzącego na worku z klejem i pijącego kawę z termosu”.

Moje życie przypominało do złudzenia apartament, który właśnie kupiłam: na pierwszy rzut oka imponujące, przestronne i z potencjałem, ale gdy przyjrzeć się bliżej, wiało chłodem i pustką, której nie potrafiłam zapełnić najdroższymi meblami.
Lubiłam swój spokój
Zawsze szczyciłam się tym, że moje życie jest uporządkowane. Jako kierowniczka zawodowo zajmowałam się przewidywaniem problemów i ich eliminowaniem, zanim w ogóle się pojawią. Tę samą strategię stosowałam w życiu prywatnym. Mężczyźni? Owszem, pojawiali się, ale żaden nie zostawał na tyle długo, by zaburzyć moją rutynę. Poranna joga, szybkie espresso, praca do wieczora, a potem błoga cisza w sterylnie czystym mieszkaniu. To był mój azyl.
Dzieci, mąż, teściowa to ciągłe kompromisy. Ja nie musiałam iść na żaden kompromis. Chcę sushi? Zamawiam sushi. Chcę lecieć na weekend do Mediolanu? Kupuję bilet. Nikt mnie nie pyta, czy nas na to stać albo czy ma ochotę iść do muzeum.
Wierzyłam w to. Dlatego, gdy trafiła się okazja zakupu zaniedbanego, ale przepięknego mieszkania w przedwojennej kamienicy w centrum miasta, nie wahałam się ani chwili. To miał być mój ostateczny dowód na to, że sama mogę wszystko. Wizja była jasna: wysokie sufity, sztukaterie, dębowy parkiet ułożony w jodełkę i ja – królowa na włościach.
To był mój azyl
Klucze odebrałam w deszczowy listopadowy czwartek. Mieszkanie pachniało wilgocią i historią. Farba łuszczyła się płatami, podłoga skrzypiała tak głośno, że sąsiedzi z dołu pewnie słyszeli każdy mój krok, a instalacja elektryczna pamiętała czasy, gdy w domach jedynym urządzeniem było radio. Ale ja widziałam tylko potencjał. Zatrudniłam ekipę, którą polecił mi znajomy z pracy. Szefem był pan Mietek, człowiek o szerokim uśmiechu i jeszcze szerszych obietnicach.
– Pani kochana, zrobimy to na błysk! – zapewniał, opukując ściany. – Dwa miesiące i wchodzi pani na gotowe. Będzie jak w pałacu.
Przez pierwszy tydzień czułam ekscytację. Przyjeżdżałam po pracy, patrzyłam na postępy rozbiórki i czułam tę specyficzną dumę inwestora. Jednak szybko okazało się, że rzeczywistość remontowa rządzi się prawami, których nie uwzględniono w moich korporacyjnych podręcznikach.
Pan Mietek, mimo swojego uroku, miał dość swobodne podejście do czasu i geometrii. Ściana, która miała być prosta, uciekała w bok o dobrych kilka centymetrów, a gruz, który miał zniknąć w kontenerze, zalegał na klatce schodowej, generując wściekłość sąsiadów.
Oszukał mnie
Pewnego dnia, wchodząc do mieszkania, zastałam ciszę. Była dziesiąta rano, ekipa powinna pracować pełną parą. Zamiast tego zobaczyłam porzucone narzędzia i niedokończoną wylewkę. Telefon pana Mietka milczał. Przez dwa dni żyłam w stresie, jakiego nie znałam z pracy. Tam, gdy dostawca zawalał, miałam procedury, umowy, kary umowne. Tutaj miałam tylko ustne zapewnienia i zaliczkę, która zniknęła wraz z wykonawcą.
Zostałam sama z rozgrzebanym mieszkaniem, brakiem prądu w połowie lokalu i terminem wypowiedzenia najmu obecnego lokum, który zbliżał się nieubłaganie. Moja twierdza niezależności zaczęła się sypać, a ja stałam pośrodku tego gruzowiska, czując narastającą panikę. Próbowałam to ogarnąć sama. Szukałam fachowców w internecie, dzwoniłam po ogłoszeniach. Wszyscy albo mieli terminy na przyszły rok, albo rzucali kwoty, które przyprawiały o zawrót głowy. W końcu, zdesperowana, zadzwoniłam do mojej przyjaciółki Anki.
– Słuchaj – zaczęłam. – Masz może namiar na kogoś od remontów? Mój wykonawca… zniknął
– Ojej, przykro mi… – w jej głosie nie było satysfakcji, tylko szczera troska. – Czekaj, mój brat cioteczny, Paweł, ma firmę wykończeniową. Zazwyczaj robi biura, ale może da się namówić, jak go ładnie poproszę.
Potrzebowałam pomocy
Przyjechał następnego dnia wieczorem. Nie wyglądał jak typowy budowlaniec, jakiego sobie wyobrażałam po doświadczeniach z panem Mietkiem. Czyste ubranie robocze, notes w ręku, spokojne spojrzenie. Przeszedł się po mieszkaniu, obejrzał krzywe ściany, sprawdził instalację. Nie komentował, nie wyśmiewał poprzedników, nie wzdychał teatralnie.
– Dużo pracy – powiedział w końcu, patrząc mi prosto w oczy. – Ale da się to uratować. Tylko musimy ustalić priorytety. Kiedy musi się pani wprowadzić?
Jego spokój był zaraźliwy. Po raz pierwszy od tygodni poczułam, że może nie wszystko stracone. Przez kolejne tygodnie moje życie kręciło się wokół remontu, ale tym razem atmosfera była zupełnie inna. Paweł i jego dwaj pracownicy byli punktualni, słowni i po prostu ludzcy. Zaczęłam wpadać na budowę nie tylko po to, by kontrolować, ale by po prostu tam być. Pewnego popołudnia, gdy przywiozłam im brakujące kafelki, zastałam Pawła siedzącego na worku z klejem i pijącego kawę z termosu.
– Napije się pani? – zapytał, unosząc kubek. – Mam zapasowe papierowe kubeczki do wody.
– Chętnie – odpowiedziałam, siadając na sąsiednim worku, wciąż w biurowym garniturze, który absurdalnie kontrastował z wszechobecnym pyłem.
To była katastrofa
Rozmawialiśmy o płytkach, o tym, jak światło będzie padać w salonie, a potem rozmowa zeszła na inne tory. Dowiedziałam się, że Paweł jest po architekturze, ale woli pracę fizyczną, bo, jak stwierdził, lubi widzieć natychmiastowy efekt swojej pracy. Wychowuje psa ze schroniska i lubi góry. Ja, która zawsze trzymałam dystans, nagle zaczęłam opowiadać mu o swoim zmęczeniu korporacją, o tym, że to mieszkanie miało być moją nagrodą, a stało się udręką.
– To nie udręka – powiedział, patrząc na obdrapaną ścianę. – To proces. Czasem trzeba wszystko zburzyć, żeby zbudować coś trwałego. Trochę jak w życiu, nie?
To zdanie uderzyło we mnie mocniej, niż powinno. Spojrzałam na niego inaczej. Nie jak na wykonawcę, ale jak na mężczyznę, który rozumie coś, czego ja unikałam przez lata. Wszystko szło zgodnie z planem, aż do momentu, gdy pękła rura w pionie kanalizacyjnym. To nie była wina Pawła, to była wina starej infrastruktury budynku, ale efekt był katastrofalny. Świeżo pomalowana ściana w kuchni zaczęła nasiąkać wodą, a na podłodze pojawiła się kałuża o wątpliwym zapachu.
Była sobota, późny wieczór. Stałam w kuchni i płakałam. Po prostu wyłam z bezsilności. Wszystkie moje mechanizmy obronne runęły. Czułam się mała, samotna i pokonana przez materię. Nie miałam do kogo zadzwonić. Rodzice mieszkali w innym mieście i tylko by się martwili. Anka była z dziećmi na feriach.
Nikogo nie miałam
Zadzwoniłam do Pawła, choć wiedziałam, że to nie jego godziny pracy.
– Przyjadę – powiedział krótko, gdy usłyszał mój łamiący się głos.
Był u mnie w ciągu dwudziestu minut. Nie wszedł z pretensjami, nie narzekał, że to sobota. Wszedł, zakręcił zawór główny w piwnicy, ocenił sytuację i wziął się do roboty. Przez trzy godziny walczył z awarią, kując świeżo położone tynki, by dostać się do rury. Ja siedziałam na taborecie w przedpokoju i podawałam mu narzędzia, czując się kompletnie bezużyteczna, a jednocześnie bezpieczna. Gdy skończył, był brudny, spocony i zmęczony.
– Uratowane – powiedział, ocierając czoło wierzchem dłoni. – Ściana do poprawki, ale reszta ocalała.
– Dziękuję – wyszeptałam. – Nie wiem, co bym zrobiła.
– Od tego jestem – uśmiechnął się, ale w jego oczach było coś więcej niż tylko zawodowa uprzejmość.
Zamówiliśmy pizzę. Jedliśmy ją na podłodze w salonie, na kartonach chroniących parkiet. Była pierwsza w nocy. Wokół panował bałagan, śmierdziało wilgocią i klejem, a ja czułam się szczęśliwsza niż w najdroższej restauracji.
– Wiesz – powiedział nagle Paweł, biorąc kolejny kawałek pizzy. – To mieszkanie ma duszę. Ale dusza potrzebuje towarzystwa. Same mury to za mało.
Zrozumiałam swój błąd
– Zawsze myślałam, że mury wystarczą, żeby czuć się bezpiecznie – przyznałam cicho.
– Mury chronią przed wiatrem, ale nie przed samotnością – odparł.
Wtedy zrozumiałam, jak bardzo się myliłam. Moja wygoda, o którą tak walczyłam, była w rzeczywistości pustką. Brak konieczności chodzenia na kompromisy oznaczał też brak kogoś, kto poda ci rękę, gdy świat wali ci się na głowę – dosłownie i w przenośni. Remont dobiegł końca. Mieszkanie wyglądało obłędnie. Było dokładnie takie, jak sobie wymarzyłam. Eleganckie, stylowe, dopracowane w każdym detalu. Paweł oddał mi klucze, rozliczyliśmy się co do grosza. Uścisnęliśmy sobie dłonie.
– Powodzenia – powiedział, stojąc w drzwiach. – Niech ci się tu dobrze mieszka.
– Dziękuję. Za wszystko.
Drzwi się zamknęły. Zostałam sama. Przeszłam się po pokojach. Dotknęłam idealnie gładkich ścian, stanęłam boso na ciepłym parkiecie. Było idealnie. I było potwornie cicho. Ta cisza, którą kiedyś tak kochałam, teraz wydawała mi się ogłuszająca. Usiadłam na nowej kanapie i rozejrzałam się. Nie było już pyłu, nie było narzędzi, nie było Pawła i jego termosu z kawą.
Brakowało mi go
Wygoda. To słowo nagle straciło dla mnie znaczenie. Co z tego, że nikt nie brudzi, skoro nikt też nie pyta, jak minął dzień? Co z tego, że mogę spać na środku łóżka, skoro budzę się i nikt nie oddycha obok? Remont pokazał mi, że życie to nieustanny plac budowy. Zawsze coś pęka, coś trzeba naprawić, coś trzeba zmienić. I próba ogarnięcia tego w pojedynkę jest nie tyle bohaterska, co po prostu smutna i wyczerpująca.
Zobaczyłam w lustrze w przedpokoju kobietę sukcesu, która ma wszystko, a jednocześnie nie ma najważniejszego. Zrozumiałam, że przez lata myliłam niezależność z izolacją. Że unikałam relacji nie dlatego, że były niewygodne, ale dlatego, że wymagały pracy, zaangażowania i ryzyka zranienia – czyli wszystkiego tego, czego bałam się bardziej niż krzywych ścian.
Przez trzy dni biłam się z myślami. Analizowałam, racjonalizowałam, szukałam wymówek. „To tylko syndrom wdzięczności”, „On jest z innego świata”, „Znowu stracę kontrolę”. Ale potem przypomniałam sobie ten wieczór z pękniętą rurą. To poczucie bezpieczeństwa, którego nie dał mi żaden system alarmowy. Chwyciłam telefon. Wybrałam numer.
– Halo? – jego głos był nieco zaskoczony. – Coś się dzieje? Farba odchodzi?
– Nie – zaśmiałam się nerwowo. – Wszystko jest idealnie. Aż za bardzo.
– To w czym problem?
– Problem w tym, że w kuchni odpadła jedna listwa przypodłogowa. Wiem, że to drobiazg, ale… pomyślałam, że to świetny pretekst, żeby zaprosić cię na kolację. Taką, której nie jemy na kartonach.
Podjęłam decyzję
Po drugiej stronie zapadła cisza. Moje serce biło tak mocno, że bałam się, iż słyszy to przez telefon.
– Listwa, mówisz? – w jego głosie usłyszałam uśmiech. – To poważna sprawa. Wymaga natychmiastowej interwencji. Może być jutro o dziewiętnastej?
– Może być.
Rozłączyłam się i oparłam plecami o ścianę. Tę samą, którą on naprawił. Rozejrzałam się po moim pięknym mieszkaniu. Wciąż było moją twierdzą, ale po raz pierwszy od lat postanowiłam opuścić most zwodzony.
Byłam singielką, bo uważałam, że tak jest wygodniej. Ale wygoda to za mało, by być szczęśliwym. Czasem trzeba trochę nabrudzić, zrobić hałas i wpuścić kogoś do środka, by dom stał się naprawdę domem. I choć wiem, że życie z drugim człowiekiem to niekończący się remont charakterów, kompromisów i przyzwyczajeń, to po raz pierwszy w życiu jestem gotowa podjąć to wyzwanie. Bo niektóre rzeczy warto budować we dwoje.
Magda, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Po rozwodzie potrzebowałem remontu nie tylko w domu, ale w i sercu. 7 lat związku wyrzuciłem do kosza razem z bibelotami”
- „Teść pożyczył nam pieniądze na mieszkanie. Żałuję dnia, w którym wyciągnąłem do niego ręce po kasę”
- „Myślałam, że tanie perfumy na walentynki to sprawka teściowej. Okazało się, że to skąpy mąż ma sporo brudu za uszami”