Reklama

Od początku naszego małżeństwa słyszałam jedno: „Gdyby nie mama, nie dalibyście rady”. Powtarzał to mój mąż, jego siostra, a nawet sąsiadka z dołu. Z czasem sama zaczęłam w to wierzyć. Aż przyszedł weekend, kiedy teściowa wyjechała do sanatorium. I wtedy wszystko, co wydawało się oczywiste, rozsypało się jak domek z kart.

„Gdyby nie ona”

Kiedy wprowadziliśmy się do mieszkania po babci Kamila, jego mama była tam szybciej niż ekipa remontowa. Stała w przedpokoju, z rękami założonymi na piersi i patrzyła, jakby to był jej własny projekt.

– Kuchnia musi być jasna – oznajmiła bez przywitania. – Ciemne kolory przytłaczają. A ty nie masz ręki do urządzania.

Uśmiechnęłam się wtedy nerwowo. Chciałam dobrze wypaść. Chciałam, żeby mnie polubiła. Z czasem jej obecność stała się czymś stałym. Wpadała bez zapowiedzi, przestawiała rzeczy w szafkach, zmieniała ustawienie naczyń.

– U was zawsze taki chaos – mówiła, odkładając kubki w inne miejsce. – Ja to robię szybciej i lepiej.

Kamil tylko wzruszał ramionami.

Mama chce pomóc. Wiesz, jaka ona jest. Gdyby nie ona, pogubilibyśmy się.

Słyszałam to tyle razy, że zaczęłam wątpić w siebie. Gdy coś się nie udało – przypalony obiad, niezapłacony na czas rachunek – komentarz był zawsze ten sam.

– Mama by o tym pamiętała.

Kiedy urodziła się nasza córka, Lena, teściowa właściwie wprowadziła się do nas. To ona decydowała, jak ubierać małą, co gotować, o której godzinie powinna spać.

– Ty jesteś zmęczona, ja się zajmę – mówiła, biorąc dziecko z moich rąk.

Czułam się jak gość we własnym domu. Nawet Kamil, gdy wracał z pracy, najpierw szukał wzrokiem matki.

– Mamo, wszystko w porządku? – pytał, zanim spojrzał na mnie.

Pewnego wieczoru, kiedy Lena miała już dwa lata, próbowałam z nim porozmawiać.

– Kamil, ja naprawdę potrafię sama ogarnąć dom i dziecko – powiedziałam cicho, żeby nie słyszała z kuchni. – Chciałabym, żebyśmy spróbowali bez ciągłej pomocy twojej mamy.

Westchnął ciężko.

– Bądź rozsądna. Mama ma doświadczenie. Bez niej byśmy się pogubili.

To „my” zabolało mnie najbardziej. Bo ja wcale nie czułam, że jesteśmy zespołem. Czułam, że jesteśmy dodatkiem do jego matki. I wtedy pojawiła się okazja. Teściowa wygrała dwutygodniowy pobyt w sanatorium nad morzem. Przez kilka dni pakowała się u nas w salonie, komentując każdy szczegół.

– Tylko pamiętajcie, żeby nie zapomnieć o rachunku za prąd. I nie dawaj Lenie za dużo słodyczy. A pranie rozdzielajcie na jasne i ciemne, bo potem będzie płacz.

– Damy radę, mamo – odpowiedział Kamil, choć w jego głosie słyszałam wątpliwość.

Kiedy wreszcie zamknęły się za nią drzwi, w mieszkaniu zapadła cisza. Spojrzałam na męża.

No to co? – zapytałam z lekkim uśmiechem. – Sprawdzimy, czy naprawdę bez niej sobie nie poradzimy?

Kamil rozejrzał się, jakby pierwszy raz widział nasze mieszkanie.

– Obyś miała rację – mruknął.

Nie wiedziałam jeszcze, że ten weekend zmieni nie tylko jego zdanie, ale i moje wyobrażenie o tym, kto tak naprawdę stał za naszymi problemami.

Mąż zdał testy

Pierwszy poranek bez teściowej był dziwnie spokojny. Nie obudził mnie dźwięk otwieranych szafek ani komentarz zza pleców, że powinnam wcześniej nastawić wodę na herbatę. Lena przyszła do naszej sypialni z potarganymi włosami i przytuliła się do mnie.

– Dzisiaj babci nie będzie? – zapytała z powagą.

– Nie, kochanie. Dzisiaj jesteśmy tylko my – odpowiedziałam i sama poczułam, jak to zdanie brzmi obco.

Kamil zszedł do kuchni pierwszy. Słyszałam, jak otwiera lodówkę, potem szuflady. Po chwili zawołał:

– Gdzie mama trzyma kawę?

Zeszłam i bez wahania wyjęłam ją z górnej półki.

– Tu. Zawsze tu stała.

Spojrzał na mnie z lekkim zaskoczeniem.

– Myślałem, że tylko ona wie, gdzie co jest.

Uśmiechnęłam się krótko. Nie skomentowałam. Śniadanie przygotowaliśmy razem. Jajka nie były idealnie ścięte, a Lena rozsypała płatki na podłogę, ale nikt nie stał nad nami, nie wzdychał, nie poprawiał talerzy.

– Widzisz? – powiedziałam pół żartem. – Jeszcze żyjemy.

Kamil nie odpowiedział, ale widziałam, że coś w nim pracuje.

Po południu usiedliśmy w salonie. Lena budowała wieżę z klocków, a my przeglądaliśmy rachunki. Zwykle robiła to jego mama, zostawiając karteczki z dopiskami.

– Ten za wodę jest już opłacony? – zapytał Kamil.

– Tak, zapłaciłam wczoraj. A internet ustawiony na stałe zlecenie od zeszłego miesiąca.

Podniósł wzrok znad papierów.

– Od zeszłego miesiąca?

– Tak. Wtedy, kiedy twoja mama mówiła, że znowu o czymś zapomnieliśmy.

Zapadła cisza. Słyszałam tylko stukanie klocków.

Wieczorem Lena zrobiła małą awanturę, bo nie chciała iść spać. Zwykle teściowa przejmowała dowodzenie.

– Daj, ja to załatwię – mówiła i brała wnuczkę na ręce.

Tym razem Kamil uklęknął przy łóżku córki.

– Lena, teraz tata czyta bajkę – powiedział spokojnie. – A potem gasimy światło.

Patrzyłam z progu. Mała marudziła jeszcze chwilę, ale w końcu przytuliła się do niego i zasnęła w połowie opowieści.

Kiedy wyszliśmy z pokoju, Kamil spojrzał na mnie inaczej niż zwykle.

Nie było tak źle – przyznał.

– Bo nigdy nie było źle – odpowiedziałam cicho. – Tylko ktoś nam wmawiał, że jest.

Sąsiadka miała donosić

W sobotę po południu wydarzyło się coś, co przelało czarę. Do drzwi zapukała sąsiadka z dołu, pani Halina.

– Przepraszam, że przeszkadzam – zaczęła niepewnie. – Twoja teściowa prosiła mnie kiedyś, żebym dała jej znać, jeśli usłyszę, że mała długo płacze. Martwiła się, że sobie nie radzicie.

Poczułam, jak robi mi się gorąco.

– Mówiła tak? – zapytałam.

– No… że jesteście młodzi i czasem trudno wam wszystko ogarnąć.

Kamil stał obok i słuchał. Twarz mu stężała.

Kiedy zamknęliśmy drzwi, odwrócił się do mnie.

– Ona naprawdę tak mówiła?

– Słyszałeś, co powiedziała.

Usiadł ciężko na kanapie.

– Myślałem, że mama tylko chce pomóc. Nie wiedziałem, że… że opowiada innym takie rzeczy.

W jego głosie pojawiło się coś, czego dawno nie słyszałam – wątpliwość wobec niej.

Wieczorem usiedliśmy przy stole z herbatą. Mieszkanie było posprzątane, dziecko spało, rachunki zapłacone.

– Czy ty…– zaczął powoli – czułaś się przez to wszystko odsunięta?

Zaśmiałam się krótko, bardziej ze zmęczenia niż z radości.

– Czułam się jak praktykantka we własnym domu.

Patrzył na swoje dłonie.

– Przepraszam. Chyba wolałem wierzyć, że mama ma rację, bo to było wygodne. Nie musiałem brać pełnej odpowiedzialności.

To było pierwsze tak szczere zdanie od dawna. Nie wiedziałam jeszcze, że prawdziwy test dopiero nadejdzie – i że telefon z sanatorium wywróci wszystko do góry nogami.

Teściowa zadzwoniła z sanatorium

Telefon zadzwonił w niedzielę rano. Kamil odebrał, a ja po jego minie od razu wiedziałam, kto jest po drugiej stronie.

– Tak, mamo… wszystko w porządku – mówił, chodząc po kuchni. – Nie, nie zapomnieliśmy o śniadaniu dla Leny… Tak, rachunki zapłacone.

Słyszałam podniesiony ton w słuchawce, choć nie rozróżniałam słów. Kamil w końcu zatrzymał się przy stole.

– Mamo, przestań. – Jego głos zrobił się twardszy. – Daj nam spokój na te dwa tygodnie. Naprawdę sobie radzimy.

Zapadła cisza. Po chwili dodał już spokojniej:

– Nie, to nie jest atak na ciebie. Po prostu chcemy spróbować sami.

Odłożył telefon i przez moment patrzył w okno.

– Była przekonana, że coś się zawaliło – powiedział cicho. – Że na pewno dzwonię, bo jest jakiś problem.

– A jest? – zapytałam.

Rozejrzał się po kuchni. Lena siedziała przy stole i rysowała kredkami. Na blacie stał garnek z zupą, którą ugotowaliśmy razem poprzedniego dnia.

– Nie – odpowiedział stanowczo. – Nie ma żadnego problemu.

Reszta weekendu minęła spokojnie, ale czułam, że coś w nas się przesunęło. Kamil częściej mnie przytulał, pytał o zdanie, planował ze mną kolejne dni. W niedzielę wieczorem usiedliśmy na kanapie.

– Kiedy mama wróci, musimy z nią porozmawiać – powiedział. – Razem.

Serce zabiło mi szybciej.

– Myślisz, że to coś zmieni?

– Jeśli nie spróbujemy, to na pewno nic się nie zmieni.

Mamo, tak jest dobrze!

Dwa tygodnie później odebraliśmy ją z dworca. Wysiadła z pociągu pełna energii i od razu zaczęła opowiadać o zabiegach i nowych znajomościach. W domu zdjęła płaszcz i jak zwykle skierowała się do kuchni.

– Ojej, znowu poprzekładaliście rzeczy – westchnęła, otwierając szafkę.

Kamil stanął w drzwiach.

– Mamo, zostaw. Tak jest dobrze.

Odwróciła się zdziwiona.

– Jak to dobrze? Przecież ja tylko chcę pomóc.

Podeszłam bliżej. Czułam, jak drżą mi dłonie, ale mówiłam spokojnie.

– Doceniamy to. Ale potrzebujemy przestrzeni. Chcemy sami decydować o naszym domu i o tym, jak wychowujemy Lenę.

Teściowa spojrzała na mnie tak, jakby pierwszy raz mnie zobaczyła.

– Czyli co, nie jestem już potrzebna?

Kamil podszedł do niej i ujął jej rękę.

– Jesteś potrzebna jako babcia. Nie jako kierownik naszego życia.

Przez chwilę panowała napięta cisza. Bałam się, że wybuchnie, że zacznie wyrzucać nam niewdzięczność. Zamiast tego usiadła przy stole.

– Myślałam, że wam pomagam – powiedziała ciszej. – Bałam się, że sobie nie poradzicie tak jak ja kiedyś.

Usiadłam naprzeciwko niej.

– Właśnie musimy mieć szansę, żeby się nauczyć. Nawet jeśli popełnimy błędy.

To nie była łatwa rozmowa. Padło wiele słów, kilka łez też się pojawiło. Ale pierwszy raz od lat mówiliśmy otwarcie. Ustaliliśmy, że zamieszkamy na stałe osobno i że ona nie będzie podejmować decyzji za nas. Że jeśli poprosimy o radę, chętnie jej wysłuchamy – ale to my zdecydujemy.

Tego wieczoru Kamil objął mnie mocno.

– Dziękuję, że się nie poddałaś – szepnął.

Spojrzałam na nasz salon. Nic się nie zawaliło. Lena spała spokojnie, naczynia czekały na zmywanie, a rachunki leżały w segregatorze. Zwykłe życie. Nasze. Dopiero wtedy zrozumiałam, że przez lata problemem nie był brak umiejętności, tylko brak granic. Wystarczył jeden weekend, żebyśmy zobaczyli, że potrafimy stać na własnych nogach. I że rodzina to wsparcie, a nie kontrola. Od tamtej pory teściowa bywa u nas często, ale już nie rządzi. A ja przestałam czuć się jak gość we własnym domu.

Jowita, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama