Reklama

Czekałam na ten dzień dokładnie trzysta sześćdziesiąt pięć dni, choć czasami wydawało mi się, że minęła cała dekada. Każda godzina spędzona w ukryciu, każdy skradziony pocałunek w samochodzie i każda samotna noc karmiły mnie nadzieją, że w końcu nadejdzie ten moment. Kiedy stanął w moich drzwiach z wielką, szarą walizką, byłam pewna, że wygrałam los na loterii. Nie wiedziałam jeszcze, że moja wygrana ma krótszy termin ważności niż otwarte pudełko mleka, a mężczyzna mojego życia okaże się jedynie turystą w moim świecie.

Zaczęło się od niewinnej kawy

Nigdy nie planowałam być tą drugą. Właściwie, gardziłam takimi kobietami. W moich oczach były niszczycielkami rodzin, pozbawionymi skrupułów i moralnego kręgosłupa. Życie jednak ma specyficzne poczucie humoru i lubi weryfikować nasze sztywne zasady w najmniej oczekiwanych momentach. Roberta poznałam w pracy, przy ekspresie do kawy, w tym banalnym miejscu, gdzie rodzą się największe korporacyjne romanse i dramaty.

Był konsultantem zewnętrznym, przychodził do naszego biura dwa razy w tygodniu. Zawsze nienagannie ubrany, z tym rodzajem pewności siebie, która nie jest arogancją, ale spokojną świadomością własnej wartości. Początkowo nasze rozmowy dotyczyły wyłącznie projektów, terminów i budżetów. Szybko jednak zauważyłam, że szuka mojego wzroku częściej, niż wymagała tego sytuacja zawodowa. Kiedy po raz pierwszy zaproponował lunch, wahałam się. Widziałam obrączkę na jego palcu. Złoty krążek lśnił w biurowym oświetleniu jak znak ostrzegawczy na drodze szybkiego ruchu.

– To tylko lunch, Magda – powiedział wtedy, uśmiechając się w sposób, który sprawiał, że miękły mi kolana. – Muszę coś zjeść, ty też. Dlaczego mamy to robić osobno?

Zgodziłam się. Podczas posiłku dowiedziałam się o nim wszystkiego, co chciał, żebym wiedziała. Że jego małżeństwo istnieje tylko na papierze. Że żyją z żoną obok siebie, jak dwójka współlokatorów, których łączy jedynie kredyt i przyzwyczajenie. Że od lat nie czuł się tak zrozumiany, jak podczas naszych krótkich rozmów przy kawie. To klasyczny scenariusz raczej. Słyszałam go w filmach, czytałam w książkach, a jednak, gdy te słowa padały z ust mężczyzny, który fascynował mnie intelektualnie i fizycznie, brzmiały jak najszczersza prawda objawiona. Zakochałam się nie w momencie, gdy pierwszy raz mnie dotknął, ale wtedy, gdy po raz pierwszy opowiedział mi o swojej samotności. Czułam się wybrana. Czułam, że tylko ja potrafię wypełnić jego pustkę.

Moje życie czekało w poczekalni

Przez kolejne miesiące żyłam w dwóch równoległych rzeczywistościach. W jednej byłam profesjonalistką, zorganizowaną kobietą sukcesu. W drugiej byłam cieniem, kobietą czekającą na sygnał, na SMS-a, na telefon. Nasz romans rozkwitał w hotelowych pokojach, w samochodzie zaparkowanym na leśnych drogach, w kradzionych godzinach między jego pracą a powrotem do domu, którego rzekomo nienawidził. Moja przyjaciółka, Anka, od początku była sceptyczna.

– On mydli ci oczy, Magda – mówiła, mieszając nerwowo herbatę, kiedy spotykałyśmy się w naszej ulubionej kawiarni. – Facet, który chce odejść, po prostu odchodzi. Nie potrzebuje roku na przygotowanie gruntu.

– Nie rozumiesz – broniłam go zaciekle. – Tam są skomplikowane sprawy majątkowe, ich rodziny się znają od lat. On nie chce jej zranić publicznie, musi to zrobić delikatnie. Obiecał mi, że to kwestia czasu.

I rzeczywiście obiecywał. Każdego dnia słyszałam, że jestem miłością jego życia, że przy mnie odzyskuje oddech, że tamten dom go przytłacza. Planowaliśmy naszą przyszłość z detalami architekta. Wiedzieliśmy, gdzie pojedziemy na pierwsze wspólne wakacje (Toskania), jaki kolor ścian będzie w naszej sypialni (szałwiowa zieleń) i jakiego psa weźmiemy (labrador). Te wizje były tak plastyczne, tak namacalne, że ignorowałam rzeczywistość.

A rzeczywistość była brutalna. Święta spędzałam sama, wpatrując się w telefon i czekając na krótką wiadomość z życzeniami, wysłaną pewnie z łazienki. Sylwester był najgorszy. On bawił się na balu ze swoimi znajomymi i żoną, a ja siedziałam przed telewizorem, udając przed rodzicami, że jestem po prostu zmęczona pracą i nie mam ochoty na imprezy. Prawda była taka, że nie chciałam iść nigdzie bez niego. Czułam się jak rezerwowa zawodniczka, która siedzi na ławce i patrzy, jak inni grają w najważniejszym meczu sezonu. Wmawiałam sobie, że to tylko okres przejściowy. Że wielka miłość wymaga poświęceń. Że warto czekać na kogoś, kto sprawia, że czujesz się jak centrum wszechświata – przynajmniej przez te dwie godziny, kiedy jest obok.

Ultimatum zmieniło zasady gry

Przełom nastąpił w rocznicę naszego poznania. Zarezerwowałam stolik w kameralnej restauracji za miastem, gdzie ryzyko spotkania kogoś znajomego było minimalne. Kupiłam nową sukienkę, poszłam do fryzjera. Czekałam tam na niego godzinę. Potem drugą. Telefon milczał. Dopiero po dwudziestej drugiej dostałam wiadomość: „Przepraszam, mała awaria w domu, nie wyrwę się. Wynagrodzę ci to jutro”. Wtedy coś we mnie pękło. Ta „mała awaria” mogła być czymkolwiek – cieknącym kranem, bólem głowy żony, albo po prostu jego niechęcią do konfrontacji. Poczułam się upokorzona. Nie byłam priorytetem. Byłam opcją. Rozrywką. Odskocznią od nudnej codzienności, do której jednak zawsze wracał na noc. Następnego dnia, kiedy przyjechał do mnie z bukietem róż i skruszoną miną, nie wpuściłam go od razu w ramiona.

– To koniec, Robert – powiedziałam spokojnie, choć w środku cała drżałam. – Nie mam już siły być tą trzecią. Albo ona, albo ja. Masz tydzień na decyzję. Jeśli w przyszły piątek nie przyjdziesz tu z walizką i papierami rozwodowymi, albo chociaż dowodem na to, że złożyłeś pozew, nie chcę cię więcej widzieć. Zablokuję twój numer i zniknę z twojego życia.

Był w szoku. Przyzwyczaił się do mojej dostępności, do mojej wyrozumiałości. Próbował negocjować, tłumaczyć, że to nie takie proste, że potrzebuje więcej czasu.

– Miałeś rok – ucięłam krótko. – Rok to trzysta sześćdziesiąt pięć dni na podjęcie decyzji. Tydzień to aż nadto, żeby się spakować.

Przez ten tydzień nie spałam, nie jadłam, funkcjonowałam jak zombie. Bałam się, że to koniec. Że wybierze wygodę, stabilizację i pozorny spokój u boku żony. Anka trzymała mnie za rękę wirtualnie, wysyłając motywujące memy i przypominając, że zasługuję na kogoś, kto będzie ze mną na sto procent.

Stanął u progu z wielką walizą

Piątek nadszedł szybciej, niż się spodziewałam. Była osiemnasta, kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi. Serce podeszło mi do gardła. Podeszłam do wizjera i zobaczyłam go. Stał tam. Obok niego stała duża, szara walizka na kółkach. Otworzyłam drzwi szeroko. Robert wszedł do środka, ciągnąc bagaż. Wyglądał na zmęczonego, bladego, ale był tu.

– Zrobiłem to – powiedział cicho, stawiając walizkę na środku mojego przedpokoju. – Powiedziałem jej. Wyprowadziłem się.

Rzuciłam mu się na szyję, płacząc ze szczęścia. To był ten moment. Mój triumf. Dowód na to, że nasza miłość była prawdziwa, że nie byłam naiwna, wierząc w jego słowa. Wreszcie byliśmy razem, legalnie, oficjalnie. Wyobrażałam sobie, jak teraz zacznie się nasze nowe życie. Bez ukrywania się, bez szeptów, bez kłamstw. Zaprowadziłam go do salonu. Przygotowałam wcześniej kolację – jego ulubioną pieczeń, wino, świece. Chciałam świętować. Chciałam, żeby poczuł, że podjął najlepszą decyzję w życiu.

– Jesteś głodny? – zapytałam, nalewając wino do kieliszków.

– Trochę – odpowiedział, siadając na kanapie. Nie zdjął marynarki. Wyglądał, jakby wpadł tylko na chwilę, a nie wprowadził się na stałe.

Zaczęliśmy jeść, ale atmosfera była gęsta. Robert co chwilę zerkał na swój telefon, który położył ekranem do dołu na stole.

– Jak ona zareagowała? – zapytałam ostrożnie, wiedząc, że wchodzę na grząski grunt, ale musiałam wiedzieć.

– Była w szoku – mruknął, bawiąc się widelcem. – Płakała. Krzyczała. To było... trudne. Nie chcę o tym teraz rozmawiać.

Zrozumiałam. Potrzebował czasu, żeby ochłonąć. Przecież właśnie zburzył swoje dotychczasowe życie dla mnie. Powinnam być wyrozumiała. Zaczęłam więc opowiadać o czymś lekkim, o planach na weekend, o tym, że możemy w końcu pojechać w góry, tak jak marzyliśmy. On jednak milczał. Odpowiadał półsłówkami. Jego wzrok błądził po moim mieszkaniu, jakby szukał drogi ucieczki. Z każdą minutą moja euforia gasła, ustępując miejsca niepokojowi.

Cisza była głośniejsza niż słowa

Minęły dwie godziny. Robert wypił trzy kieliszki wina, co było do niego niepodobne. Zazwyczaj delektował się alkoholem, teraz pił, żeby zagłuszyć myśli.

– Wszystko w porządku? – usiadłam obok niego, kładąc dłoń na jego kolanie. Było spięte jak kamień.

– Tak, tak... Po prostu dużo emocji – westchnął ciężko.

Wtedy jego telefon zawibrował. Nie odebrał, nawet nie spojrzał, ale zobaczyłam, jak drgnęła mu powieka.

– Może powinieneś się rozpakować? – zaproponowałam, próbując zmienić dynamikę wieczoru. – Zrobiłam ci miejsce w szafie. Półka na górze jest cała twoja.

Spojrzał na walizkę stojącą w przedpokoju z takim przerażeniem, jakby znajdowała się w niej bomba z opóźnionym zapłonem.

– Później – rzucił szybko. – Może obejrzymy jakiś film?

Włączyliśmy telewizor, ale nikt nie patrzył na ekran. Siedzieliśmy obok siebie, a jednak dzieliła nas przepaść. Czułam, jak on fizycznie jest obecny, ale myślami błądzi gdzieś indziej. Gdzieś, gdzie została jego żona, jego wygodny fotel, jego ekspres do kawy i jego rutyna. Minęła trzecia godzina. Robert wstał i zaczął nerwowo chodzić po pokoju.

– Jest gorąco tutaj, nie uważasz? – zapytał, luzując krawat.

– Otworzę okno – zaproponowałam.

– Nie, nie trzeba. Po prostu... – urwał w pół słowa.

Czwarta godzina. Robert poszedł do łazienki. Siedział tam dwadzieścia minut. Słyszałam przytłumiony głos. Rozmawiał z kimś. Kiedy wyszedł, był jeszcze bledszy niż wcześniej.

– Kto dzwonił? – zapytałam wprost. Nie miałam już siły na gry.

– Nikt ważny. Kolega z pracy.

– W piątek o dwudziestej drugiej? W łazience?

Milczał. Usiadł na brzegu fotela, splatając dłonie tak mocno, że zbielały mu knykcie.

Wystarczyło jedno spojrzenie

Piąta godzina od jego przyjścia. Wybiła dwudziesta trzecia. Atmosfera była nie do zniesienia. Czułam się jak strażnik więzienny, a on jak osadzony, który planuje ucieczkę. W końcu jego telefon zadzwonił głośnym dzwonkiem. Nie wibracją. Dzwonkiem. Na ekranie wyświetliło się imię „Ewa”. Patrzyliśmy na ten telefon jak zahipnotyzowani. On nie odebrał, ale też nie odrzucił połączenia. Dzwonek wybrzmiał do końca, a potem nastała cisza, która była głośniejsza niż jakikolwiek krzyk.

– Odbierz, jeśli musisz – powiedziałam lodowatym tonem.

– Nie muszę – odpowiedział, ale jego głos drżał.

Wtedy przyszła wiadomość SMS. Sygnał był krótki, ale zadziałał na niego jak wystrzał pistoletu startowego. Robert chwycił telefon i przeczytał wiadomość. Jego twarz zmieniła się w ułamku sekundy. Zniknęło napięcie, pojawiła się determinacja.

– Muszę jechać – powiedział, wstając gwałtownie.

Zamarłam.

– Słucham? Gdzie musisz jechać? Przecież tu mieszkasz. Właśnie się wprowadziłeś.

– Magda, przepraszam. Ona... ona napisała, że nie radzi sobie z piecem gazowym. Że czuje gaz. Boi się, że dom wyleci w powietrze. Muszę to sprawdzić.

Patrzyłam na niego z niedowierzaniem. To była najbardziej żałosna wymówka, jaką słyszałam w życiu. Dorosła kobieta, która mieszka w tym domu od lat, nagle nie radzi sobie z piecem akurat w dniu, w którym mąż się wyprowadził?

– Robert, to manipulacja – powiedziałam spokojnie, choć w środku gotowało się we mnie. – Ona robi to specjalnie, żebyś wrócił. Jeśli czuje gaz, niech dzwoni po pogotowie gazowe, a nie do męża, który ją zostawił.

– Nie mogę ryzykować – zaczął ubierać buty. Robił to w pośpiechu, jakby gonił go demon. – Pojadę, sprawdzę i wrócę. Obiecuję.

Wiedziałam, że kłamie. On też to wiedział. Podszedł do walizki. Zawahał się przez ułamek sekundy. Zostawić czy zabrać? Jeśli zostawi, będzie miał pretekst do powrotu. Jeśli zabierze... to koniec. Chwycił rączkę walizki.

– Wezmę to na wszelki wypadek, może będę musiał przebrać się w coś roboczego do tego pieca – wymamrotał, nie patrząc mi w oczy.

To był ten moment, w którym zrozumiałam swój błąd. Nie błąd polegający na tym, że mu zaufałam tego wieczoru. Błąd polegający na tym, że poświęciłam rok swojego życia dla człowieka, który nie miał odwagi cywilnej, by przyznać się do własnego tchórzostwa.

– Jeśli teraz wyjdziesz z tą walizką – powiedziałam, opierając się o framugę drzwi do salonu – to nie masz po co wracać. Nie otworzę ci.

Zatrzymał się w drzwiach wyjściowych. Spojrzał na mnie, a w jego oczach zobaczyłam ulgę. Ulgę, że to ja stawiam kropkę nad i, że to ja zwalniam go z obowiązku bycia ze mną.

– Przepraszam, Magda. To wszystko mnie przerosło – powiedział cicho i wyszedł.

Pojęłam, że nigdy nie był mój

Drzwi zamknęły się z cichym stuknięciem. Pięć godzin. Tyle trwało moje „nowe życie”. Tyle wytrzymał w rzeczywistości, którą rzekomo budowaliśmy w marzeniach przez rok. Pięć godzin wystarczyło, by zatęsknił za swoją bezpieczną klatką, za kobietą, której rzekomo nie kochał, i za piecem gazowym, który był ważniejszy niż moje uczucia. Podeszłam do okna. Zobaczyłam, jak wychodzi z klatki, wrzuca walizkę do bagażnika swojego luksusowego samochodu i odjeżdża z piskiem opon. Nie jechał do awarii. Jechał do domu. Do swojego azylu, gdzie wszystko było znane, przewidywalne i bezpieczne. Usiadłam na podłodze w przedpokoju i zaczęłam się śmiać. To był histeryczny śmiech, który po chwili zamienił się w szloch. Płakałam nie za nim, ale za sobą. Za tą Magdą, która wierzyła w bajki. Za tym czasem, którego nikt mi nie zwróci. Zadzwoniłam do Anki.

– Przyjedź – powiedziałam tylko.

– Już jadę – odpowiedziała, nie pytając o nic. Wiedziała.

Kiedy godzinę później siedziałyśmy przy tym samym winie, które otworzyłam dla Roberta, Anka powiedziała coś, co zostało ze mną na zawsze:

– On nie wrócił do niej po pięciu godzinach, Magda. On nigdy od niej nie wyszedł. Fizycznie przeniósł walizkę, ale mentalnie cały czas siedział na swojej kanapie. Potrzebował tego teatru, żeby udowodnić sobie, że próbował. Że to nie on jest tchórzem, tylko „sytuacja jest skomplikowana”.

Miała rację. Robert wrócił do żony. Widziałam ich tydzień później w centrum handlowym. Szli pod rękę. Ona się śmiała, on niósł jej zakupy. Wyglądali na idealne, szczęśliwe małżeństwo. Nie było śladu po awarii pieca, po rozwodzie, po wielkiej miłości do mnie. Dziś wiem, że ta noc była mi potrzebna. To było bolesne cięcie, które usunęło z mojego życia złudzenia. Zrozumiałam, że mężczyzna, który przez rok mówi o odejściu, po prostu tylko mówi. Mężczyzna, który chce odejść, pakuje walizkę i robi to, nie czekając na oklaski czy odpowiedni moment. Moja walizka doświadczeń jest teraz cięższa, ale przynajmniej należy tylko do mnie. I nikt mi jej nie zabierze po pięciu godzinach.

Magda, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama