„Przygotowałam mężowi wyjątkową kolację na walentynki. Razem z jego kochanką zaserwowałyśmy mu słodko-gorzką zemstę”
„Wszystko zaczęło się od drobiazgu. Dzień wcześniej znalazłam w kurtce mojego męża rachunek z kawiarni. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie data. Dokładnie wtedy, kiedy miał być na spotkaniu służbowym. Zignorowałam to, tłumacząc sobie, że czasem umawia się z kolegami. Ale nie mogłam zapomnieć”.

- Redakcja
Zawsze byłam kobietą, która wierzyła w święta i małe rytuały. Walentynki wydawały mi się idealną okazją, żeby przypomnieć sobie z mężem, że jeszcze potrafimy być blisko – mimo rutyny, dzieci i codziennych kłótni o bzdury. W tym roku przygotowania do święta zakochanych zaczęłam już kilka dni wcześniej. Zaplanowałam romantyczną kolację przy świecach, kupiłam najlepsze składniki i wyciągnęłam z piwnicy nasze ulubione wino. Nie spodziewałam się jednak, że tego dnia, zanim zapalę pierwszą świeczkę, mój świat wywróci się do góry nogami. Odkryłam, że osoba, której bezgranicznie ufałam, przez wiele miesięcy prowadziła podwójne życie. Tylko nie sądziłam, że w ten wyjątkowy wieczór w mojej kuchni, zamiast czułości, zagoszczą łzy i... niespodziewana sojuszniczka.
Wiedziałam już, co się święci
Wszystko zaczęło się jak zwykle – od drobiazgu. Dzień wcześniej znalazłam w kurtce mojego męża rachunek z kawiarni. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie data: dokładnie wtedy, kiedy miał być na spotkaniu służbowym. Zignorowałam to, tłumacząc sobie, że przecież czasem umawia się z kolegami. Jednak tego dnia nie potrafiłam wyrzucić tego z głowy. Od rana panowała między nami napięta atmosfera, choć starałam się nie pokazywać po sobie emocji. Uśmiechałam się, kroiłam warzywa i nuciłam pod nosem, żeby zająć czymś myśli. W pewnej chwili zadzwonił telefon. Odruchowo spojrzałam na wyświetlacz – numer nieznany.
– Halo? – odezwałam się.
– Dzień dobry, czy rozmawiam z żoną Wojciecha? – zapytała kobieta po drugiej stronie. Jej głos był drżący, jakby walczyła z własnym lękiem.
– Tak, to ja. O co chodzi?
– Ja… To będzie trudne, ale muszę z panią porozmawiać. Proszę mi dać piętnaście minut. Spotkajmy się w waszym bloku, na klatce. Nie jestem wrogiem, proszę mi wierzyć.
Chwilę siedziałam z telefonem przy uchu, wpatrując się w ścianę. Wiedziałam już, co się święci, ale nie miałam odwagi się do tego przyznać. Wyszłam z mieszkania, żeby spotkać się z tą nieznajomą, a serce waliło mi jak oszalałe.
Myślałam, że zaraz zemdleję
Stanęłyśmy naprzeciwko siebie w zimnym świetle klatki schodowej. Miała na sobie beżowy płaszcz i trzymała nerwowo torebkę. Przez chwilę patrzyłyśmy sobie w oczy w milczeniu, jakby żadna nie chciała pierwsza przełamać bariery.
– Nazywam się Renata – powiedziała w końcu, łamiącym się głosem. – I… spotykam się z pani mężem od kilku miesięcy. Wiem, że to okropne. Wiem, że nie mam prawa tu być, ale… musiałam przyjść. Bo już nie mogę tak żyć.
Przez chwilę myślałam, że zaraz zemdleję. Oparłam się o ścianę, żeby nie upaść. Zrobiło mi się gorąco i zimno jednocześnie.
– Skąd wiesz, gdzie mieszkam? – zapytałam, z trudem panując nad głosem.
– Znalazłam rachunek w jego płaszczu, był tam twój adres. Przepraszam… Chciałam tylko raz spojrzeć ci w oczy. Powiedzieć ci prawdę. On mi obiecał, że cię zostawi. Kłamał, prawda? On was nigdy nie zostawił…
Milczałam. W głowie kręciły mi się obrazy: nasza rocznica, uśmiech Wojtka, jego dłonie na moich plecach. Poczułam się, jakby ktoś kopnął mnie w brzuch.
– Co teraz zrobisz? – spytała nagle Renata. Jej oczy były pełne łez.
– Nie wiem – wycedziłam. – Ale jedno jest pewne: dziś wieczorem nic już nie będzie po staremu.
Obie wyszłyśmy na idiotki
Wróciłyśmy razem do mojego mieszkania. Wciąż nie wierzyłam, że w moim własnym salonie siedzi kobieta, z którą mój mąż spędzał popołudnia, zamiast wracać do domu. Przez chwilę obie milczałyśmy, oswajając się z absurdalnością tej sytuacji. Patrzyłam na nią uważnie – nie była ani piękniejsza, ani młodsza ode mnie. Po prostu… inna.
– Przepraszam, że tak tu weszłam – wyszeptała Renata, bawiąc się łyżeczką przy herbacie. – On opowiadał mi o waszych kłótniach, mówił, że już dawno się od siebie oddaliliście. Głupio to zabrzmi, ale… zaczęłam mu współczuć.
Pokręciłam głową.
– Może rzeczywiście czasem się oddalaliśmy, ale to nie tłumaczy tego, co zrobiliście.
Zerknęła na mnie smutno.
– Chciałam zakończyć ten romans, tylko nie miałam odwagi. Myślałam, że on naprawdę się zmieni, coś wybierze. Dzisiaj miałam z nim kolację, ale… tobie ją przygotowałam.
Spojrzałam z niedowierzaniem.
– Jak to?
– Zadzwonił do mnie rano i poprosił, żebym mu pomogła w czymś wyjątkowym na walentynki. Żebym przygotowała dla was kolację, bo „żona uwielbia domowe jedzenie”. Wiesz, teraz czuję się jak idiotka.
Zakręciło mi się w głowie. On naprawdę tak to wymyślił? A ja zamierzałam jeszcze zapalić świece, żeby pokazać mu, że mi zależy…
Zaplanowałyśmy kolację marzeń
Przez chwilę siedziałyśmy w kuchni, każda z własnymi myślami. Renata wpatrywała się w swoje dłonie, ja z trudem hamowałam łzy. Nagle obie zaczęłyśmy się śmiać, choć wcale nie było nam do śmiechu. To wszystko było tak absurdalne, że przez ułamek sekundy przestałam się czuć ofiarą.
– Czy ty to sobie wyobrażasz? – parsknęłam, ocierając łzy. – Dwie kobiety, które z miłości do tego samego faceta, siedzą razem przy stole i… szykują mu kolację.
Renata uśmiechnęła się krzywo.
– Wyobrażam sobie tylko, jak bardzo chciałby mieć nas obie na raz pod kontrolą. Może nadszedł czas, żeby przestać grać w jego grę.
Zastanowiłam się przez chwilę.
– Wiesz, gdybyś nie przyszła, pewnie dalej bym nic nie wiedziała. Nadal byłam gotowa się starać. To zabawne, prawda?
– Ani trochę – mruknęła Renata. – On jest świetnym aktorem. Może dzisiaj my odegramy rolę?
W tym momencie w mojej głowie zaświtał plan. Skoro już urządziłyśmy sobie walentynkowy wieczór we trójkę, mogłyśmy przynajmniej sprawić, by Wojtek go zapamiętał na długo.
– Zróbmy mu kolację marzeń – powiedziałam cicho. – Ale taką, której długo nie zapomni.
Wiedział już, że przegrał
W kuchni uwijałyśmy się jak rasowe szefowe kuchni. Kroiłyśmy warzywa, marynowałyśmy mięso, dekorowałyśmy stół świecami i różami, a między nami co chwilę padały drobne złośliwości na temat „naszego” Wojtka. Po raz pierwszy od dawna czułam w sobie siłę, a nie tylko rozczarowanie. W końcu uzgodniłyśmy plan – dziś wieczorem zagramy przed nim teatr, w którym to on zostanie zaskoczony. Gdy usłyszałyśmy klucz w zamku, każda z nas przywdziała sztuczny uśmiech. Wojtek wszedł do domu z miną zwycięzcy i z bukietem czerwonych tulipanów.
– O, jakie przyjęcie! – zawołał, zdziwiony widokiem dwóch kobiet w kuchni. – To... wy się znacie?
– Oczywiście, kochanie – odpowiedziałam słodko. – Razem przygotowałyśmy dla ciebie coś wyjątkowego.
Renata puściła mi oko.
– Wojtku, dziś możesz poczuć się jak król. Dwie kobiety, dwie kolacje, jeden wybór.
Przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć. Patrzył na nas to z przerażeniem, to z niedowierzaniem. Nakładałyśmy mu na talerz kolejne dania, a każde podane było z ironicznym komentarzem – każda potrawa była symbolem jego kłamstw.
– To na deser – uśmiechnęłam się, podając mu ciasto z napisem „Game Over”.
Wojtek siedział przy stole bez słowa. Wiedział, że już przegrał.
Nie ufałam mu już zupełnie
Po tamtym wieczorze wszystko się zmieniło. Wojtek jeszcze przez kilka dni próbował coś tłumaczyć, tłumaczyć swoje zdrady, zarzekać się, że to „nic nie znaczyło”. Nie wierzyłam mu już ani trochę. Z Renatą widywałam się jeszcze kilka razy, żeby omówić ostatnie formalności – paradoksalnie to ona pomogła mi przejść przez najbardziej upokarzający etap w moim życiu. Wspierałyśmy się, rozmawiałyśmy szczerze, nawet żartowałyśmy, że powinnyśmy zostać terapeutkami dla zdradzonych kobiet.
Najdziwniejsze było to, że nie czułam żalu. Zamiast tego pojawiła się ulga. Nie musiałam już żyć w ciągłym napięciu, nie musiałam się domyślać, czy mąż mnie okłamuje. Miałam przed sobą pustą kartę – i mogłam wreszcie napisać na niej coś dla siebie. Pozwoliłam sobie na łzy, ale i na śmiech. Byłam gotowa odbudować siebie od nowa. Walentynki już zawsze będą mi się kojarzyć z tamtym wieczorem – pełnym ironii, śmiechu przez łzy, ale i siły, której się po sobie nie spodziewałam. To miał być dzień miłości. Okazał się dniem, w którym zakochałam się w sobie na nowo. I zyskałam nieoczekiwaną przyjaciółkę.
Alicja, 37 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Ukochana pogardziła bukietem róż na walentynki, więc dostała figę z makiem. Nie wiem, czemu teraz chodzi obrażona”
- „Na walentynki mąż dał mi skandynawskie perfumy. Zwykle dostawałam pachnący bukiet róż, więc czułam, że coś tu śmierdzi”
- „Marzyłam o dubajskiej czekoladzie na walentynki. Niestety mój mąż to sknera i żal mu kasy ma prezenty dla żony”