Ostatnie miesiące były dla mnie pasmem niekończących się wydatków. Najpierw pękła rura w mojej łazience, zalewając nie tylko moje mieszkanie, ale i sąsiadów z dołu. Remont pochłonął wszystkie moje oszczędności, a zapach wilgoci unosił się w powietrzu przez długie tygodnie. Byłam wykończona, zestresowana i marzyłam tylko o tym, by chociaż na chwilę oderwać się od szarej rzeczywistości. Wtedy zadzwoniła Weronika. Znałyśmy się od czasów liceum. Zawsze uważałam ją za zaradną, przebojową osobę, która potrafiła załatwić niemal wszystko. Pracowała w dziale kadr dużej korporacji i często opowiadała o swoich służbowych wyjazdach.
WIDEO…
– Musisz ze mną polecieć – zaczęła entuzjastycznie, zanim zdążyłam na dobre przywitać się do słuchawki. – Mam niesamowitą okazję. Tydzień na Cyprze, opcja all inclusive, pełen relaks.
– Weronika, wiesz przecież, jaka jest moja sytuacja – odpowiedziałam ze spuszczoną głową, gładząc dłonią zniszczony blat w kuchni. – Nie stać mnie teraz na żadne luksusy. Ledwo spięłam budżet po tym nieszczęsnym zalaniu.
– Ale ty nic nie rozumiesz! – przerwała mi wesoło. – To wyjazd praktycznie za darmo. Znajomy z mojej firmy zrezygnował w ostatniej chwili, a rezerwacja jest opłacona z góry. Wystarczy, że kupisz sobie bilet lotniczy i dorzucisz się parę groszy do wynajmu auta na miejscu. Reszta jest załatwiona. Pomyśl tylko: słońce, lazurowa woda i zero zmartwień. Należy ci się to po tym wszystkim.
Wahałam się przez chwilę, ale jej słowa brzmiały jak spełnienie marzeń. Sprawdziłam ceny biletów. Rzeczywiście, przelot tanimi liniami w tym terminie był w zasięgu moich skromnych możliwości. Wyobraziłam sobie, jak leżę na leżaku, nie martwiąc się o rachunki, schnące ściany i codzienne obowiązki. Postanowiłam zaryzykować. Zgodziłam się.
Dziwne przeczucia na lotnisku
Dzień wylotu był pełen pośpiechu. Spotkałyśmy się na lotnisku wczesnym rankiem. Weronika była dziwnie poddenerwowana, cały czas zerkała w telefon i unikała mojego wzroku. Początkowo zrzucałam to na karb stresu przed lotem, chociaż przecież latała tak często.
– Wiesz co, do jakiego właściwie hotelu jedziemy? – zapytałam, zapinając pasy w samolocie. – Chciałam sprawdzić opinie w sieci, ale zapomniałam zapytać o nazwę.
– To nie jest taki zwykły hotel – odpowiedziała szybko, odwracając twarz w stronę małego okienka. – To prywatna willa z dostępem do basenu. Została udostępniona przez zarząd naszej firmy na specjalnych warunkach. Jest tam o wiele ciszej i bardziej kameralnie niż w tych ogromnych molochach turystycznych. Zobaczysz, będziesz zachwycona.
Brzmiało to dobrze, choć poczułam lekkie ukłucie niepokoju. „All inclusive w prywatnej willi?” – pomyślałam. Zazwyczaj takie udogodnienia wiążą się z obsługą, kucharką i ogromnymi kosztami. Postanowiłam jednak nie drążyć tematu. W końcu miałam przed sobą tydzień słońca. Po wylądowaniu czekała nas długa droga. Zgodnie z umową zapłaciłam kaucję za wynajem niewielkiego samochodu, ponieważ karta Weroniki z jakiegoś powodu została odrzucona przez terminal. Tłumaczyła to błędem banku. Prowadziłam przez wąskie, kręte drogi, coraz bardziej oddalając się od cywilizacji. Zamiast obiecanych turystycznych kurortów, widziałam tylko wyschniętą ziemię, skały i rzadkie zabudowania.
Gdzie podział się ten cały luksus
Willa wyglądała imponująco, ale tylko z zewnątrz. Duży biały budynek, taras z widokiem na oddalone o kilka kilometrów morze i basen. Kiedy jednak weszłyśmy do środka, uderzył mnie zaduch i tumany kurzu. Wszędzie leżały powłoki zabezpieczające meble, a na podłogach widać było wyraźną warstwę piasku naniesionego przez wiatr.
– Co tu się stało? – zapytałam, stawiając walizkę na środku przestronnego salonu. – Tu chyba nikt nie mieszkał od miesięcy.
– Spokojnie, to tylko powierzchowne zabrudzenia – Weronika machnęła ręką, zdejmując jedną z folii z kanapy. – Osoba, która miała to posprzątać przed naszym przyjazdem, najwyraźniej zawiodła. Przetrzemy kurze, zmyjemy podłogę i będzie idealnie. Przynieś mi mopa z łazienki, dobrze?
Byłam zmęczona po podróży, ale pomyślałam, że to niewielka cena za darmowy pobyt. Sprzątałyśmy przez cztery godziny. Zamiast leżeć na leżaku, szorowałam kafelki i wycierałam ramy okienne. Basen również wymagał czyszczenia z liści i owadów. Wieczorem poczułam burczenie w brzuchu. Zajrzałam do lodówki, ale była całkowicie pusta. Nie było nawet butelki wody.
– Weronika, a co z tym all inclusive? – zapytałam, opierając się o blat kuchenny. – Gdzie jest jakieś jedzenie?
Przyjaciółka westchnęła ciężko, nie odrywając wzroku od ekranu telefonu.
– Doszło do małego nieporozumienia z lokalnym dostawcą. Będą jutro. Musimy podjechać do miasteczka i zrobić jakieś zakupy. Weźmiesz swoją kartę? Ja oddam ci pieniądze, jak tylko odblokują mi konto. Mój bank wciąż coś weryfikuje.
Zrobiło mi się słabo. Miałam na koncie tylko resztki oszczędności przeznaczone na czarną godzinę. Musiałam jednak coś zjeść. Pojechałyśmy do oddalonego o kilkanaście kilometrów miasteczka. W lokalnym markecie ceny były zawrotne. Kupiłam podstawowe produkty: pieczywo, warzywa, wodę i trochę wędliny. Wydałam kwotę, za którą w domu żyłabym przez tydzień. Weronika nawet nie zaoferowała, że spakuje zakupy do toreb.
Zaczęłam łączyć kropki
Kolejne dwa dni wyglądały absurdalnie. Weronika wstawała późno, zajmowała jedyny czysty leżak na tarasie i godzinami rozmawiała przez telefon w sprawach służbowych. Ja czułam się jak pokojówka. Sama przygotowywałam posiłki ze składników, za które zapłaciłam, zmywałam naczynia i ogarniałam dom. Za każdym razem, gdy wspominałam o rzekomym dostawcy jedzenia, Weronika zbywała mnie, twierdząc, że to cypryjskie tempo i musimy uzbroić się w cierpliwość.
Trzeciego dnia moje frustracje sięgnęły zenitu. W willi zepsuła się pralka, z której zaczęła wyciekać woda. Wybierając kałużę z podłogi, poczułam, jak łzy bezsilności napływają mi do oczu. Przecież to miały być moje wakacje. Ucieczka od problemów z zalaniem w moim mieszkaniu zakończyła się sprzątaniem czyjejś podłogi na drugim końcu Europy. Poszłam na taras, by poprosić Weronikę o pomoc. Siedziała odwrócona do mnie plecami, w słomkowym kapeluszu, rozmawiając przez telefon. Jej ton był zupełnie inny niż zazwyczaj. Uprzejmy, wręcz służbowy. Zatrzymałam się w połowie kroku, słysząc swoje imię.
– Tak, panie Dawidzie, wszystko idzie zgodnie z planem – mówiła z uśmiechem w głosie. – Dom jest już prawie gotowy na przyjazd pańskiej rodziny. Wynajęłam zaufaną osobę do pomocy przy porządkach, tak jak pan prosił. Tak, ta dziewczyna, o której wspominałam. Ogród i basen są już czyste. Zakupy też zrobię jutro z samego rana, lodówka będzie pełna. Zgodnie z naszą umową, do końca tygodnia wszystko będzie dopięte na ostatni guzik. Oczywiście, dziękuję za możliwość zatrzymania się tu na te kilka dni w zamian za przygotowanie obiektu.
Słowa docierały do mnie jak przez mgłę. Poczułam, jakby ktoś uderzył mnie w brzuch. Zamarłam, nie mogąc złapać tchu. „Wynajęłam zaufaną osobę do pomocy przy porządkach”. Wszystko stało się jasne. Nie było żadnego odwołanego wyjazdu. Nie było żadnego błędu banku. Nie było żadnego all inclusive. Weronika dostała od swojego szefa darmowy nocleg pod warunkiem, że doprowadzi zapuszczoną willę do porządku przed jego urlopem. A żeby samej nie brudzić sobie rąk, ściągnęła mnie. Znalazła darmową siłę roboczą. Co gorsza, siłę roboczą, która sama finansuje swoje wyżywienie.
Prawda, która bolała najbardziej
Nie czekałam, aż skończy rozmawiać. Podeszłam bliżej i wyrwałam jej telefon z ręki. Spojrzała na mnie w szoku, a potem szybko wcisnęła czerwoną słuchawkę.
– Co ty wyprawiasz?! – krzyknęła, podrywając się z leżaka.
– Słyszałam wszystko – powiedziałam lodowatym tonem, choć wewnątrz cała się trzęsłam. – Wynajęłaś zaufaną osobę do porządków? Naprawdę? Zrobiłaś ze mnie swoją darmową sprzątaczkę?
Jej twarz zmieniła kolor, ale szybko odzyskała rezon. Zamiast skruchy, zobaczyłam w jej oczach irytację.
– Przesadzasz, jak zwykle robisz z igły widły – fuknęła, krzyżując ręce na piersi. – Siedzisz tu za darmo. Wiesz, ile kosztowałby cię taki widok? Nie stać cię nawet na porządne zakupy w Polsce, a tu masz willę z basenem. Powinnaś mi dziękować, że cię wzięłam, zamiast robić sceny o kilka machnięć mopem.
To był ten moment, w którym zrozumiałam, że nasza przyjaźń była iluzją. Znała moją trudną sytuację po zalaniu mieszkania. Wiedziała, jak bardzo potrzebowałam odpoczynku, a mimo to z premedytacją wykorzystała moją naiwność i zaufanie. Patrzyłam na kobietę, z którą dzieliłam tajemnice przez ponad dekadę, i widziałam obcą, wyrachowaną osobę.
Bilet w jedną stronę do godności
Nie powiedziałam już ani słowa. Odwróciłam się na pięcie, minęłam ją bez mrugnięcia okiem i skierowałam się prosto do swojej sypialni. Wyciągnęłam walizkę z szafy i zaczęłam metodycznie wrzucać do niej swoje rzeczy. Ręce wciąż mi się trzęsły z nerwów, ale umysł miałam niezwykle jasny. Weronika wpadła za mną do pokoju ledwie minutę później.
– Co ty robisz? Obraziłaś się jak mała dziewczynka? – zapytała, chociaż w jej głosie słychać było już wyraźną nutę paniki. – Przecież nie masz jak wrócić, bilety powrotne mamy na sobotę!
Zapięłam zamek walizki z głośnym trzaskiem, po czym podniosłam na nią wzrok.
– Samochód został wypożyczony na moje nazwisko, a z mojej karty pobrano kaucję – odpowiedziałam powoli, akcentując każde słowo. – Biorę go i jadę prosto na lotnisko. Zmienię datę lotu albo kupię nowy bilet. A ty, skoro jesteś tą polecaną i zaufaną osobą od porządków, bierz się do pracy. Pan Dawid na pewno liczy na lśniące okna.
Jej twarz wykrzywił grymas przerażenia.
– Zwariowałaś?! Zostawisz mnie tu samą? – krzyknęła, stając w drzwiach, jakby chciała zablokować mi wyjście. – Przecież tu do najbliższego sklepu czy przystanku jest kilkanaście kilometrów! Jak ja sobie poradzę bez auta?
– Trzeba było o tym pomyśleć, zanim postanowiłaś zaoszczędzić na ekipie sprzątającej moim kosztem – rzuciłam chłodno, odpychając lekko jej ramię i wychodząc na korytarz.
Zabrałam z kuchni butelkę wody i resztkę jedzenia, za które sama zapłaciłam, po czym wyszłam z willi. Weronika wybiegła za mną na podjazd, krzycząc coś o braku lojalności, ale nawet się nie odwróciłam. Wrzuciłam bagaż na tylne siedzenie, wsiadłam za kierownicę i z piskiem opon wyjechałam na piaszczystą drogę. Widok jej zszokowanej twarzy we wstecznym lusterku był jedyną rzeczą, która przyniosła mi satysfakcję podczas tych fałszywych wakacji.
Na lotnisku wydałam absolutnie ostatnie pieniądze z karty kredytowej na najbliższy lot do Polski. Czekały mnie długie miesiące zaciskania pasa, jedzenia najtańszych posiłków i odmawiania sobie wszystkiego, by spłacić ten dług. Ale kiedy kilka godzin później samolot wreszcie oderwał się od ziemi, poczułam głęboką ulgę. Straciłam przyjaciółkę i resztki oszczędności, ale odzyskałam szacunek do samej siebie. Zrozumiałam, że najdrożej płaci się za rzeczy, które rzekomo dostajemy całkowicie za darmo.
Alicja, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Matka chciała wyprawić wesele stulecia, więc wziąłem kredyt na 120 tysięcy. Łzy narzeczonej sprawiły, że nie wytrzymałem”
- „Na własnym ślubie chciałam wyglądać jak gwiazda filmowa. Teraz zamiast bajki mam kredyt na karku i lodowatą ciszę w domu”
- „Byliśmy spłukani, a narzeczona nagle wyskoczyła z kasą na ślub. Wolałbym nigdy nie wiedzieć, w jaki sposób ją załatwiła”



























