Reklama

Nie jestem kobietą, która lubi się wtrącać. Naprawdę. To, że czasem coś doradzę, coś podpowiem, coś przyniosę – to nie żadne tam wtrącanie się. To troska. Tak zostałam wychowana. U nas w domu nic się nie marnowało, a o bliskich się dbało. I właśnie dlatego wzięłam ten słoik konfitury z żurawiny, który zrobiłam sama, z owoców z działki. Dla dobra uroczystej kolacji. Dla podkreślenia smaku mięsa.

A że moja synowa miała inne plany... Cóż. Młodzi teraz wszystko robią po swojemu. Nowocześnie. Minimalistycznie. Bezemocjonalnie, powiedziałabym. Ale czy to znaczy, że mam siedzieć cicho jak trusia, kiedy całe życie byłam głosem rozsądku w tej rodzinie? Nie przypuszczałam, że jeden słoik narobi tyle zamieszania. Ani że ten wieczór skończy się tak, jak się skończył – wyrzutami, łzami, ciszą. I moim synem, który wcale nie stanął po mojej stronie. Choć nic nie powiedział. A może właśnie przez to, że nie powiedział nic. I do dziś nie wiem, kto w tym wszystkim naprawdę zawinił.

Dałam przecież od serca

– Mamo, tylko proszę… nie przynoś nic na kolację, dobrze? – powiedziała mi przez telefon, tym swoim napiętym głosem.

– A co, już nawet konfitury nie można przynieść? – odparłam żartobliwie.

– No właśnie, zwłaszcza konfitur. Chcę, żeby wszystko było spójne z moim menu. Nowoczesne, lekkie, nie za słodkie – tłumaczyła, jakbym miała zamiar zanieść wiadro tłustego bigosu z kiełbasą.

– Oj, dziecko. Nie przesadzaj – mruknęłam. – Przecież to tylko żurawina. Idealna do mięsa. Tradycja.

– Właśnie. Tradycja. A ja chciałam coś innego. Proszę, zaufaj mi – powiedziała i się rozłączyła.

No i co miałam zrobić? Żurawina już gotowa, zamknięta w ślicznym słoiczku z lnianym kapturkiem. Pachniała, że aż ślinka ciekła. Miała nie iść? Miała się zmarnować? Przy stole siedziało nas ośmioro. Oni wszyscy tacy postępowi, wszystko eko, hummus i „pire” z batatów, a ja cicho wyciągnęłam mój słoik i postawiłam obok mięsa.

– Mamo, przecież prosiłam... – powiedziała Marta, zerkając na żurawinę jak na bombę.

– A ja przyniosłam z serca. Myślałam, że się jednak ucieszysz – odpowiedziałam spokojnie.

– To nie o to chodzi, tylko... to moja kolacja. Wszystko miało pasować. Miało być inne – westchnęła.

– No to jest. Inne. Domowe, zrobione z miłości. Takie rzadko teraz spotykane – spojrzałam jej prosto w oczy.

Milczała. Tylko mój syn, Michał, włożył sobie łyżeczkę konfitury na talerz. Nie spojrzał ani na mnie, ani na nią. Czułam, jak w powietrzu zaczyna gęstnieć napięcie. A przecież to dopiero początek wieczoru.

Życie nie jest jak z reklamy

– Chce może pani spróbować tej pasty dyniowej z imbirem? – zapytała mnie sąsiadka Marty, młoda blondynka o uśmiechu jak z reklamy pasty do zębów. – Sama piekłam!

– Dziękuję, kochanie, ale ja dynię to tylko dekoracyjną w ogródku uznaję. Ewentualnie marynowane patisony. Z imbirem? To chyba na przeziębienie – uśmiechnęłam się uprzejmie, odstawiając talerzyk z czymś, co przypominało papkę dla niemowląt.

Zerknęłam na Michała. Grzebał w jakiejś sałatce z rukoli i granatu, jakby szukał w niej sensu życia.

– A mięsko dobre? – zapytałam go półgłosem.

– Dobre, mamo – odpowiedział bez entuzjazmu. – Tylko nieco inne.

– Mhm. Widzisz, bo to kaczka w glazurze z mirinem – wtrąciła Marta, z wyraźnym podkreśleniem słowa „mirinem”, jakby to był święty graal nowoczesnej kuchni. – To japońska przyprawa. Słodko-słona. Super modna teraz.

– Acha – przytaknęłam, sięgając po łyżkę i kładąc obok mięsa odrobinę mojej żurawiny.

– Mamo... – Marta zamarła, widząc, co robię. – Ja naprawdę się starałam. Wszystko zaplanowałam. Menu, smaki, nawet kolory talerzy. A ty... z tą żurawiną...

– Marto, przecież to tylko dodatek. Nie zepsułam ci przecież wieczoru jednym słoikiem – westchnęłam. – Ty się uparłaś, żeby wszystko było jak z reklamy. A życie nie jest jak z reklamy.

– Właśnie dlatego chciałam, żeby chociaż raz... było idealnie – powiedziała cicho, prawie szeptem.

I wtedy zrozumiałam. To nie o żurawinę chodziło, ale za późno było, żeby ten słoik schować.

Poczułam się jak intruz

– Mamo, mogłaś po prostu zaufać. Raz. Po prostu posłuchać, co mówię – Marta odsunęła talerz i spojrzała na mnie z miną, jakiej u niej jeszcze nie widziałam. Nie złości, nie frustracji. Żalu.

– A ja myślałam, że to będzie miłe. Że... no nie wiem, że się ucieszysz – odpowiedziałam, czując, jak coś mnie ściska w gardle.

– Ale ja mówiłam jasno. Wyraźnie. Nie przynoś nic. Przecież wiedziałaś, że to dla mnie ważne.

– Wiedziałam. I może dlatego przyniosłam. Bo znam cię. I wiem, jak się spinasz. Jak chcesz, żeby wszystko było perfekcyjne. A czasem trzeba to rozluźnić. Dać na stół coś od serca.

– To nie była twoja kolacja, mamo – wtrąciła spokojnie, ale ostro. – Nie ty zapraszałaś gości. Nie ty gotowałaś trzy dni.

– A ty myślisz, że ja nie wiem, co to znaczy? Że nigdy nikogo nie zapraszałam, nie gotowałam, nie starałam się, żeby wszystko było jak trzeba? – uniosłam głos, nie chcąc, ale nie umiałam już milczeć.

– Ale to nie jest o tobie! – powiedziała, nagle ostro. – Cały czas wszystko musisz robić po swojemu. Nawet jak cię proszę, żebyś nie robiła nic, to i tak coś zrobisz. Dla zasady.

Przy stole zapadła cisza. Michał wciąż milczał. Sąsiedzi nerwowo udawali, że rozmawiają o pogodzie. A ja poczułam się jak intruz. Jakbym wtargnęła w życie, w którym już nie ma dla mnie miejsca. Tylko słoik stał nadal na stole. Nieruszony. Śmiesznie samotny.

Byłam tam sama jak palec

– Michał, możesz coś powiedzieć? – rzuciłam w końcu, zmuszając się do opanowania. – Siedzisz jak posąg. Może ty to rozstrzygniesz?

– Mamo... nie wiem, co mam powiedzieć – wymamrotał, nie podnosząc wzroku znad talerza.

– Serio? – Marta parsknęła nerwowym śmiechem. – Nie wiesz? Może dlatego, że znowu nie chcesz nikogo urazić? Bo jak zwykle – siedzisz między młotem a kowadłem?

– Marta, nie zaczynaj – westchnął Michał.

– Nie zaczynaj? A co ja robię przez cały dzień? Starałam się jak głupia. Żeby było ładnie. Inaczej. A wystarczył jeden „gest od serca”, żeby wszystko się roz… rozwaliło – dodała szybko.

Dziewczyno, to nie teatr! – uniosłam się. – Zrobiłam tylko konfiturę, nie zamówiłam orkiestry dętej! Ty naprawdę wierzysz, że ten wieczór poszedł na marne przez jeden słoik?

– Tak, mamo. Bo to nie słoik. To symbol. Symbol tego, że nie szanujesz mojego zdania. Że zawsze wiesz lepiej. Zawsze musisz „ratować sytuację”, nawet gdy nie ma czego ratować.

– A ty może byś raz zapytała, dlaczego to zrobiłam. Może nie wszystko, co robię, jest złośliwe! – czułam, że głos mi się łamie.

Michał siedział cicho. Jak zawsze. Jak już nie raz, gdy matka mówiła jedno, a żona drugie. Jak wtedy, gdy było mu wygodniej się nie mieszać.

– Powiedz coś. Cokolwiek. Którejkolwiek z nas – wyszeptałam.

Nie odpowiedział. Patrzył tylko w talerz. I wtedy wiedziałam, że stoję sama. Tak samo jak ten głupi słoik.

Zrobiła z tego dziką awanturę

Zebrałam się, żeby wstać od stołu. Najchętniej wyszłabym bez słowa, z godnością, jak w tych wszystkich filmach, które Marta oglądała. Ale zostałam.

– Wiesz co? – zaczęłam cicho, ale z każdym słowem głos mi się wzmacniał. – Ty mnie tak naprawdę nigdy nie lubiłaś. Udawałaś. Dla Michała, dla świętego spokoju. Ale ja ci w tym układzie zawsze przeszkadzałam.

– Przestań, mamo. Proszę – Michał w końcu spojrzał na mnie, ale już było za późno.

– Nie! Teraz ja mówię. Bo przez całe lata siedziałam cicho. Udawałam, że mnie nie rusza, jak mnie poprawiasz przy gościach, jak robisz miny, kiedy mówię coś po swojemu. Ale dziś przyniosłam słoik żurawiny, a ty zrobiłaś z tego awanturę. Z mojego gestu zrobiłaś zamach stanu.

– To ty zawsze musisz coś przynieść, wtrącić się, postawić na swoim. Zawsze musisz być obecna, nawet kiedy cię nikt nie prosi – wybuchła Marta.

– Bo nie umiem być niewidzialna! – wrzasnęłam. – Bo mnie nikt tego nie nauczył. Zawsze byłam potrzebna. A teraz, nagle, mam zniknąć? Bo nowoczesne menu nie przewiduje starych matek?

Nikt się nie odezwał.

– Wiecie co? Może to był mój ostatni słoik – dodałam chłodno, poprawiając sweter.

Wzięłam torebkę. Słoik zostawiłam. Nie dlatego, że chciałam, by go spróbowali, ale dlatego, że był mój. I miał tam zostać. Tak jak zostają słowa, których nie da się cofnąć. A Michał... Michał nawet się nie ruszył.

Zamknięci w swoich racjach

Wróciłam do domu pieszo, choć Michał mógłby mnie odwieźć. Mógłby, gdyby wstał. Gdyby cokolwiek powiedział. Ale on wybrał milczenie – jakby było najbezpieczniejsze. Jakby neutralność miała uchronić go przed wyborem. Nie uchroniła. W domu zapaliłam tylko jedną lampkę, tę przy fotelu. Zdjęłam płaszcz, postawiłam czajnik i usiadłam. I nagle zrobiło mi się strasznie... pusto.

Nie dlatego, że było mi żal siebie. Tylko dlatego, że poczułam, jak bardzo oddaliliśmy się od siebie. Michał. Marta. I ja. Wszyscy zamknięci w swoich racjach, jak w osobnych słoikach. Następnego dnia dostałam SMS-a od Michała: „Mamo, przepraszam za wczoraj. Marta też. Chcesz, żebym wpadł na herbatę?”

Nie odpisałam. Jeszcze nie. Nie z powodu urażonej dumy. Tylko dlatego, że nie wiedziałam, co mam napisać. Co powiedzieć? Jak zacząć? Bo czasem słowa są jak konfitura – jak już się je otworzy, to nie da się ich zamknąć na nowo. Słoik został u nich. Nie wiem, czy go spróbowali. Już nie zapytam. Czasem najtrudniejsza rozmowa to ta, której się nie odbyło. I może to ona najbardziej boli. Ale jeśli kiedyś Marta zrobi swoją żurawinę i przyniesie ją do mnie – to ja ją postawię na stół. I nic nie powiem. Po prostu spróbuję.

Weronika, 72 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama