Reklama

Zima w Polsce potrafi odebrać chęci do życia każdemu, ale dla samotnej emerytki styczeń jest jak wyrok. Wstajesz rano – jest ciemno. Jesz kolację – jest ciemno. Mój mąż, Marek, zmarł dziesięć lat temu na zawał. Był dobrym człowiekiem, ale nasze małżeństwo… cóż, powiedzmy, że było poprawne. Bez fajerwerków, bez wielkich dramatów, ale też bez tego ognia, o którym czyta się w książkach. Po jego śmierci wpadłam w rutynę, która stała się moją zbroją.

Usychałam w samotności

Pamiętam ten konkretny wtorek na początku stycznia. Stałam przed lustrem w łazience, nakładając drogi krem przeciwzmarszczkowy, który kupiła mi córka, Agata, na Gwiazdkę. „Mamo, musisz o siebie dbać” – powtarzała tonem, jakim mówi się do dziecka. Patrzyłam na swoje odbicie. Siwe włosy, starannie ufarbowane na kasztan, cienie pod oczami, skóra, która straciła elastyczność. Czułam się niewidzialna.

Dla świata byłam panią Basią, starszą panią z trzeciego piętra, która zawsze mówi „dzień dobry”, płaci czynsz w terminie i robi zakupy przed południem, żeby nie przeszkadzać pracującym ludziom. Byłam przezroczysta. Moje ciało było już tylko magazynem na dolegliwości – tu strzykało, tam bolało. O kobiecości zapomniałam dawno temu. Spakowałam ją do kartonu razem z letnimi sukienkami, w które już się nie mieściłam.

– Basiu, ty już nic nie musisz, tylko odpoczywać – mówiła mi sąsiadka, Krysia, wdowa, która całe dnie spędzała na oglądaniu tureckich seriali i dzierganiu szalików dla wnuków.

Ale we mnie coś krzyczało. Jakaś niezgoda. Bunt. Nie chciałam tylko odpoczywać. Chciałam żyć. I może właśnie ten cichy krzyk sprawił, że tego dnia zamiast skręcić do domu, poszłam do Domu Kultury na rogu, gdzie wisiał wyblakły plakat: „Komputerowy Świat Seniora – kurs dla początkujących”. Nie potrzebowałam kursu. Umiałam obsługiwać media społecznościowe lepiej niż Agata myślała, ale potrzebowałam wyjścia. Czegokolwiek, co nie było patrzeniem w telewizor.

Zapisałam się

Sala była duszna, pachniała pastą do podłogi i starym kurzem. Przy komputerach siedziało dziesięć osób. Typowy przekrój: dwie panie w moherowych beretach, jeden pan w garniturze, chyba były dyrektor, który nie umiał odnaleźć się na emeryturze, i ja. I wtedy wszedł on. Spóźniony.

Nie wyglądał jak typowy emeryt. Miał na sobie znoszoną, skórzaną kurtkę, która pamiętała chyba czasy PRL-u, dżinsy i ciężkie buty. Siwe włosy miał nieco za długie, spięte w niedbały kucyk, a na twarzy kilkudniowy zarost. Wyglądał jak stary rockman, który zgubił drogę na koncert.

– Przepraszam za spóźnienie – rzucił chrapliwym głosem, który od razu wywołał dreszcz na moich plecach. Nie był to głos przepraszający. Był pewny siebie. – Autobus mi uciekł, a nogi już nie te, żeby go gonić.

Instruktor, młody chłopak o imieniu Tomek, wskazał mu jedyne wolne miejsce. Obok mnie. Poczułam zapach. Mieszanka tytoniu, jakiejś wody kolońskiej o zapachu lasu i mroźnego powietrza. To nie był zapach apteki i maści na stawy, którym pachniała większość moich znajomych. To był zapach mężczyzny.

– Andrzej – mruknął, siadając i rzucając skórzaną torbę na podłogę. Podał mi rękę. Była szorstka, duża i ciepła.

– Barbara – odpowiedziałam, starając się, żeby mój głos nie drżał.

Oczarował mnie

Przez pierwszą godzinę nie mogłam się skupić na tworzeniu folderów na pulpicie. Czułam jego obecność fizycznie. Jego ramię co jakiś czas stykało się z moim, gdy manewrował myszką. Przeklinał pod nosem, gdy kursor mu uciekał.

– Cholerna technologia – szepnął do mnie konspiracyjnie. – Kiedyś pisało się listy i świat był prostszy, prawda?

– I czekało się na nie tygodniami – odpowiedziałam z uśmiechem.

– Ale jak smakowało to czekanie. Jak smakowało.

Spojrzał mi w oczy. Miał oczy koloru wyblakłego nieba, otoczone siateczką zmarszczek, które świadczyły o tym, że dużo się w życiu śmiał. Albo dużo mrużył oczy pod słońce. W tym spojrzeniu było coś, czego nie widziałam od lat. Zainteresowanie. Nie troska o seniorkę, ale męskie zainteresowanie. Po zajęciach, gdy wszyscy ubierali się w szatni, narzekając na gołoledź, Andrzej podszedł do mnie.

– Uratowałaś mi życie z tym „kopiuj-wklej” – powiedział. – Mam dług. Może kawa? Tu obok jest taka mała cukiernia. Robią wuzetki jak za Gierka.

Zasada numer jeden wdowy przyzwoitej: nie chodzisz na kawę z obcymi mężczyznami, którzy wyglądają, jakby właśnie zeszli z motocykla. Agata by mnie zabiła. „Mamo, to niebezpieczne, pełno naciągaczy, metodą na wnuczka, na policjanta, na amanta!”.

– Chętnie – odpowiedziałam, zanim zdążyłam pomyśleć.

Zbliżyliśmy się

Siedzieliśmy tam trzy godziny. Dowiedziałam się, że Andrzej był kiedyś fotografem. Podróżował, robił zdjęcia na koncertach, żył chwilą. Nigdy się nie ożenił, choć kilka razy było blisko. Miał syna w Anglii, z którym rzadko rozmawiał. Był wolnym ptakiem, któremu starość podcięła skrzydła, ale nie zabiła ducha.

– Masz smutne oczy, Barbaro – powiedział nagle, chwytając moją dłoń leżącą na stoliku. Nie zabrałam jej. Jego kciuk powoli gładził wierzch mojej dłoni. To był tak prosty gest, a ja poczułam falę gorąca uderzającą mi do twarzy. – Nie pasują do ciebie. Powinnaś mieć iskry, nie cienie.

Kiedy odprowadził mnie pod blok, było już ciemno. Śnieg skrzypiał pod butami.

– Do zobaczenia we wtorek? – zapytał.

– Do wtorku – odpowiedziałam.

Weszłam do pustego mieszkania i po raz pierwszy od lat cisza mnie nie przytłoczyła. Czułam się naelektryzowana. Spojrzałam w lustro. Policzki miałam zaróżowione. Wyglądałam młodziej.

Sielanka trwała dwa tygodnie. Spotykaliśmy się po kursie, a potem zaczęliśmy umawiać się na spacery. Łazienki Królewskie w zimowej scenerii były magiczne, gdy szło się pod rękę z kimś, kto potrafił opowiadać anegdoty o każdym drzewie.

Nie rozumiała mnie

Andrzej nie był bogaty. Żył ze skromnej emerytury, mieszkał w kawalerce. Nie zabierał mnie do drogich restauracji. Kupowaliśmy kawę na stacji benzynowej i siedzieliśmy na ławce, podkładając szalik pod pupy. Ale to z nim czułam się bardziej luksusowo niż na niedzielnych obiadach u córki, gdzie wszystko było „ą-ę”, a atmosfera gęsta od niewypowiedzianych pretensji. Wtedy zadzwoniła Agata.

– Mamo, dzwoniłam do ciebie trzy razy! Gdzie ty jesteś? – jej głos był piskliwy.

– Byłam na spacerze.

– W taką pogodę? Jest minus pięć stopni! Chcesz zapalenia płuc? A poza tym, pani Krysia mi mówiła, że widziała cię z jakimś mężczyzną.

Zamroziło mnie. Osiedlowy monitoring działał bez zarzutu.

– Tak, to kolega z kursu.

– Kolega? Mamo, w twoim wieku? Kto to jest? Sprawdziłaś go? Może on chce wyłudzić mieszkanie? Mamo, ludzie są podli!

– Agato, przestań. To tylko kawa.

– Tylko kawa! Od kawy się zaczyna. Przyjadę w weekend. Musimy poważnie porozmawiać.

Rozłączyłam się. Czułam złość. Pierwszy raz od śmierci męża czułam tak wściekłą, buzującą złość na własną córkę.

Chciałam tego

Weekend był koszmarem, ale prawdziwy przełom nastąpił w kolejny czwartek. Andrzej zaprosił mnie do siebie.

– Chcę ci pokazać zdjęcia z lat 80. – powiedział.

Wiedziałam, co to znaczy. Pójście do mieszkania mężczyzny to sygnał. Moje pokolenie zna te kody. Wahałam się. Czułam się jak nastolatka, która wymyka się z domu. Ale poszłam. Jego mieszkanie było małe, zagracone, ale przytulne. Pachniało tytoniem i ciemnią fotograficzną. Oglądaliśmy albumy. Siedzieliśmy na starej kanapie, ramię w ramię.

– Piękna byłaś – powiedział, wskazując na moje zdjęcie legitymacyjne, które mu dałam. – Ale teraz jesteś piękniejsza. Bo jesteś prawdziwa.

Pocałował mnie. To nie był delikatny, starczy pocałunek w policzek. To był pocałunek mężczyzny, który wie, czego chce. Jego usta były szorstkie i wymagające. Przez ułamek sekundy moje ciało spięło się – odruchowy opór, wstyd, myśl o obwisłej skórze, o tym, że nie wypada.

Ale potem Andrzej objął mnie mocno, przyciągając do siebie. Jego dłonie błądziły po moich plecach, a ja poczułam, jak budzi się we mnie coś, co uważałam za martwe. Pożądanie. Tej nocy nie wróciłam do domu. Wyłączyłam telefon. Gdy włączyłam komórkę rano, miałam trzydzieści cztery nieodebrane połączenia od Agaty i pięć od mojego syna, Piotra, który zwykle dzwoni tylko w urodziny. Wróciłam do domu około południa. Czułam się lekka, mimo niewyspania. Pod blokiem stał samochód Agaty. Czekali na mnie.

Zrobili awanturę

Sąd kapturowy w mojej własnej kuchni. Agata chodziła w tę i we w tę, Piotr siedział przy stole z miną cierpiętnika.

– Gdzie ty byłaś?! – krzyknęła Agata, gdy tylko weszłam. – Dzwoniliśmy na policję! Szpitale obdzwonione! Czy ty wiesz, co ty nam robisz?

– Byłam u przyjaciela – powiedziałam spokojnie, stawiając torebkę.

– U tego dziada? – prychnęła Agata. – Pani Krysia mówi, że on wygląda jak menel! Mamo, czy ty zwariowałaś? Może trzeba cię przebadać? To jest nieodpowiedzialne! Sypiasz z nim? Boże, mamo, to obrzydliwe!

To słowo zawisło w powietrzu. „Obrzydliwe”. Spojrzałam na córkę. Widziałam w niej strach, ale też egoizm. Bała się, że straci darmową nianię dla dzieci? Że straci spadek? Że matka przestanie być przewidywalnym meblem?

– Obrzydliwe? – powtórzyłam cicho, a potem mój głos stwardniał. – Obrzydliwe jest to, że odmawiacie mi prawa do życia. Mam sześćdziesiąt osiem lat. Nie umarłam. Moje serce bije. Moja macica może już nie działa, ale ja jestem kobietą. I tak, spałam z nim. I było cudownie.

Piotr zakrztusił się kawą. Agata zbladła, a potem poczerwieniała.

– Ty… nie wiesz, co mówisz. On cię wykorzysta. Zabierze ci oszczędności!

– Nie mam milionów. A nawet jeśli zabierze, to moje pieniądze. I moje ryzyko.

– Jeśli będziesz się z nim spotykać, nie zobaczysz wnuków! – rzuciła kartę, której się spodziewałam. Szantaż emocjonalny.

Zbuntowałam się

Ale nie załamałam się. Pękły te ostatnie łańcuchy dobrego wychowania.

– Trudno – powiedziałam. – Kocham wnuki, ale nie jestem ich własnością. I nie jestem twoją własnością. Wyjdźcie stąd oboje. Chcę wziąć kąpiel i zadzwonić do Andrzeja.

Wyrzucenie dzieci z domu było najtrudniejszą rzeczą, jaką zrobiłam w życiu. Przez kolejne tygodnie panowała cisza radiowa. Agata nie dzwoniła. Piotr przysłał jednego SMS-a: „Mama, przemyśl to”.

Ale ja nie miałam nad czym myśleć. Styczeń zamienił się w luty. Było jeszcze zimniej, ale ja kwitłam. Andrzej wprowadził do mojego życia chaos, którego potrzebowałam. Chodziliśmy do kina na nocne seanse. Zapisałam się z nim na lekcje tanga dla seniorów, śmialiśmy się do rozpuku, depcząc sobie po palcach. Kupiłam czerwoną szminkę i koronkową bieliznę, nie patrząc na cenę.

Oczywiście, nie było tylko różowo. Andrzej miał swoje demony. Czasem znikał w sobie, pił za dużo wina, rozpamiętując dawne błędy. Miał problemy zdrowotne, o których wstydził się mówić, a ja miałam dni, kiedy moje biodro bolało tak, że nie mogłam wstać z łóżka. Ale opiekowaliśmy się sobą. Kiedy on miał grypę, robiłam mu rosół, a on nie protestował. Kiedy ja miałam gorszy dzień i płakałam z tęsknoty za kontaktem z córką, on po prostu mnie trzymał i pozwalał zmoczyć łzami swoją skórzaną kurtkę.

– Nie naprawię ich, Basiu – mówił. – Ale jestem tutaj.

Nie ugięłam się

W połowie lutego Andrzej wpadł na szalony pomysł.

– Jedźmy w góry. Na weekend. Mam starego znajomego w Zakopanem, wynajmie nam pokój za grosze.

Agata dowiedziała się pocztą pantoflową. Przyjechała pod blok, gdy pakowaliśmy walizki do starego Opla Andrzeja.

– Mamo, jeśli wsiądziesz do tego grata, to koniec – krzyczała na parkingu. Sąsiedzi wyglądali z okien. Pani Krysia prawie wypadła z balkonu. – Zrobisz z nas pośmiewisko na całe osiedle! Puszczalska emerytka!

Andrzej chciał wysiąść, bronić mnie, ale położyłam rękę na jego udzie.

– Jedź – powiedziałam. – Po prostu jedź.

Spojrzałam na córkę przez szybę. Widziałam wściekłą, nieszczęśliwą kobietę, która zapomniała, czym jest miłość, a skupiła się na pozorach. Było mi jej żal. Ruszyliśmy. Weekend w Zakopanem nie był idealny. Pensjonat był zimny, woda pod prysznicem letnia, a Opel zepsuł się w drodze powrotnej i musieliśmy czekać na lawetę trzy godziny na mrozie. Ale jedliśmy oscypki z żurawiną, piliśmy grzane wino i kochaliśmy się pod grubą, wełnianą kołdrą, śmiejąc się jak nastolatki, gdy łóżko skrzypiało zbyt głośno.

Postawiłam na swoim

W tamten weekend, w wieku sześćdziesięciu ośmiu lat, zrozumiałam jedno. Miłość zimą smakuje inaczej. Nie jest słodka i niewinna jak wiosną. Jest wytrawna. Jest doprawiona goryczą straconego czasu, strachem o zdrowie i świadomością, że zostało nam mało czasu. Ale właśnie dlatego jest tak intensywna. Jest walką z chłodem – tym na zewnątrz i tym wewnątrz.

Nadal jestem z Andrzejem. Agata powoli mięknie – pozwoliła mi zabrać wnuczkę na lody, pod warunkiem, że „ten pan” nie będzie jej karmił słodyczami. Sąsiedzi nadal plotkują, ale przestałam się tym przejmować. Pani Krysia nawet ostatnio zapytała, skąd mam taką ładną apaszkę.

Nauczyłam się, że starość to nie jest poczekalnia na śmierć. To kolejny rozdział, który może być ekscytujący, jeśli tylko odważyć się wyjść z domu, zignorować, co ludzie powiedzą i pozwolić facetowi w starej skórze potrzymać cię za rękę.

Barbara, 68 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama