Reklama

Poznałam Olka w pracy. Nie był moim kolegą z działu, ale często mijałam go na korytarzu – wysoki, uśmiechnięty, zawsze uprzejmy. Od razu poczułam, że nadajemy na tych samych falach. Nasza relacja rozwijała się szybko, ale naturalnie. Był opiekuńczy, zabawny, a co najważniejsze – nie oceniał mnie. Zawsze powtarzał, że podziwia to, jak samodzielnie radzę sobie w życiu. Dlatego chciałam poznać również jego rodzinę.

Pytanie jak strzał

Dom Olka znajdował się na obrzeżach miasta – nowoczesny, ale urządzony bardzo klasycznie, jakby wszystko w środku miało nie wychodzić poza bezpieczne ramy. Ciepłe światło w salonie i zapach pieczeni przywitały mnie już od progu. Ojciec Olka był uprzejmy, choć trochę cichy. Za to jego matka – Basia – od razu przejęła stery. Przywitała mnie oschłym uśmiechem i taksującym spojrzeniem, które przemierzyło mnie od stóp do głów.

– To ty jesteś ta Agata, tak? – zapytała, jakby upewniała się, że nie zaszła pomyłka. – Olek mówił, że pracujesz w agencji marketingowej.

– Tak, zgadza się. Zajmuję się contentem i komunikacją.

– Aha – odpowiedziała, po czym dodała z chłodnym zainteresowaniem. – A gdzie studiowałaś?

Zakrztusiłam się lekko piciem. Wiedziałam, że to pytanie kiedyś padnie, ale nie spodziewałam się go w pierwszych pięciu minutach.

– Nie studiowałam. Po liceum zaczęłam pracować i jakoś tak... zostałam w zawodzie. Dobrze mi idzie – odparłam spokojnie.

Basia uniosła brwi.

– Hm. No cóż, każdy wybiera własną drogę. Choć osobiście uważam, że wykształcenie jednak coś o człowieku mówi.

W tym momencie spojrzałam na Olka. Był wyraźnie spięty, jakby chciał się wtopić w tapetę. Próbował zmienić temat, pytając o film, który ostatnio oglądałam. Ale ja czułam już, że zostałam oceniona. I że nie będzie mi łatwo zdobyć uznania jego matki – kobiety, która nigdy nie pracowała zawodowo, ale uważała się za eksperta od wszystkiego.

Ambicje mamusi

Po tamtym wieczorze miałam nadzieję, że może po prostu trafiłam na jej zły dzień. Ale każde kolejne spotkanie z Basią tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że jej niechęć do mnie nie była przypadkiem. Przypominała mi nauczycielkę z podstawówki, która zawsze miała ulubieńców i czarne owce – ja byłam tą drugą.

– A może zapiszesz się chociaż na jakieś studia zaoczne? Teraz tyle kierunków, nawet przez internet – powiedziała któregoś dnia, kiedy przyjechaliśmy z Olkiem na obiad.

– Naprawdę nie czuję takiej potrzeby. Mam dobrą pracę, szef mnie ceni, a ja lubię to, co robię – odpowiedziałam z uśmiechem, starając się brzmieć łagodnie, ale stanowczo.

– Cóż, tylko się martwię. Dzieci... kiedyś będą pytać. Mama nie ma dyplomu?

Zagotowałam się w środku. Dzieci? Ja i Olek nawet jeszcze nie rozmawialiśmy na poważnie o wspólnej przyszłości, a co dopiero o dzieciach. Zresztą – dlaczego to miałby być problem? Dyplom nie był dla mnie wyznacznikiem wartości.

Olek siedział cicho. Jak zwykle.

– Mamo, Agata naprawdę świetnie sobie radzi – powiedział w końcu, choć bez przekonania. – Praca to nie tylko papier.

Basia przewróciła oczami i podniosła się, żeby dolać sobie kompotu. Zrobiła to w sposób, który wyraźnie miał zakończyć temat. Dla mnie to był dopiero początek niechęci, która zaczęła we mnie narastać. Jej komentarze stawały się coraz bardziej wbijające szpile. I coraz trudniejsze do ignorowania.

W jej oczach była niewystarczająca

Któregoś wieczoru, kiedy siedzieliśmy z Olkiem w jego mieszkaniu przy pizzy, nie wytrzymałam.

– Powiedz mi szczerze... ona naprawdę uważa, że jestem gorsza, bo nie studiowałam?

Olek zawahał się.

– Wiesz, moja mama ma taki styl bycia. Wszystkich ocenia. Mnie też. Zawsze miałem być lekarzem, skończyłem informatykę – odpowiedział z półuśmiechem.

– Tylko że ja nie czuję się akceptowana. To jest coś więcej niż drobne komentarze. Ona mnie zwyczajnie nie lubi.

– Po prostu się różnicie. Ty jesteś... no wiesz, bardziej niezależna.

– A ona co, nie była nigdy niezależna?

Olek wzruszył ramionami. I wtedy dotarło do mnie, jak bardzo ich relacja przypominała jakąś grę pozorów. Ona udaje, że wszystko wie najlepiej, on – że wszystko jest w porządku.

W pracy właśnie dostałam nowy projekt – duży klient, dużo odpowiedzialności. Zespół mnie wybrał, bo miałam doświadczenie i dobre wyniki. Kiedy przy okazji wspomniałam o tym przy rodzicach Olka, Basia skrzywiła się lekko.

– No tak, teraz każdy może być specjalistą. Kiedyś to trzeba było mieć konkretne wykształcenie, żeby robić karierę.

– Albo znać odpowiednich ludzi – rzuciłam półżartem, ale nie było mi do śmiechu.

Zaczęłam zauważać, że każde nasze spotkanie kręci się wokół tego samego tematu. A raczej jednej oceny: że brak dyplomu przekreśla mnie jako kandydatkę na partnerkę jej syna. I mimo że miałam na koncie realne sukcesy, w oczach Basi byłam kimś niewystarczającym.

Nie dałam się tym razem

Kiedy wpadliśmy do nich w niedzielę tylko na kawę, Basia siedziała już w kuchni z kubkiem herbaty, jakby czekała na naszą wizytę od rana. W telewizorze leciał program śniadaniowy, ale wyciszony. Kiedy tylko usiedliśmy, zaczęła temat od nowa – jakby miała w głowie gotowy monolog.

– Dziś tak trudno o porządne dziewczyny. Każda chce być niezależna, ale potem, jak trzeba ugotować rosół czy zająć się dzieckiem, to już nie ma komu.

Zastygłam, unosząc brwi.

– Myślisz, że nie potrafię ugotować rosołu?

– Nie, kochanie, nie o to mi chodzi – odpowiedziała słodkim tonem, który brzmiał bardziej jak kpina niż troska. – Po prostu życie weryfikuje te wasze ambicje.

A twoje życie jak je zweryfikowało? – zapytałam w końcu. – Nigdy nie pracowałaś zawodowo, prawda?

Olek spojrzał na mnie z przerażeniem. Basia napiła się herbaty, dłużej niż było to potrzebne.

– Miałam inne zadania. Wychowałam trójkę dzieci. Dbałam o dom. To też praca. Nawet trudniejsza niż biurowa.

– Nie przeczę. Ale czy to znaczy, że tylko taka droga jest słuszna?

Cisza, jaka zapadła, była gęsta jak budyń. Olek chrząknął i zaproponował, że pójdzie sprawdzić ciasto. Wstał i zostawił nas same. Patrzyłam na Basię, która nagle przestała być pewna siebie. I wtedy zrozumiałam – ona nie oceniałam mnie tylko z góry. Ona się mnie bała. Bała się, że inny model życia niż jej własny może być równie dobry. A może nawet lepszy.

Albo jest po mojej stronie albo koniec

Po tamtej kawie unikałam wizyt u jego rodziców przez kilka tygodni. Czułam, że muszę się zdystansować, przemyśleć, czy jestem w stanie funkcjonować w relacji, gdzie ktoś z zewnątrz nieustannie mnie ocenia. Olek, choć próbował być neutralny, wyraźnie nie wiedział, jak ma reagować. Dla niego to była jego mama – z jej przyzwyczajeniami, temperamentem, światopoglądem. A dla mnie – źródło ciągłego stresu.

W końcu zaprosiłam Olka na rozmowę. Siedzieliśmy na kanapie z kubkami herbaty, zupełnie jak jego matka, tylko że w ciszy, która naprawdę coś znaczyła.

– Wiesz, nie dam rady tak funkcjonować – powiedziałam. – Jeśli mamy być razem, musisz wiedzieć, że nie pozwolę jej na kolejne docinki.

– Co mam zrobić? Zerwać kontakt z matką?

– Nie. Ale możesz ją postawić do pionu. Albo chociaż jasno powiedzieć, że nie zgadzasz się z tym, jak mnie traktuje.

Olek długo milczał. Potem tylko skinął głową.

Kilka dni później zadzwoniła Basia. Jej ton był inny – mniej pewny, bardziej kontrolowany.

– Przepraszam, jeśli powiedziałam coś nie tak. Może zbyt ostro się wyraziłam. Nie chciałam cię urazić.

– Doceniam to. Serio – odpowiedziałam.

To nie zmieniło wszystkiego. Ale było początkiem. Od tej pory odwiedziny przebiegały inaczej. Basia mniej mówiła, a więcej słuchała. A ja nauczyłam się, że w życiu – i w rodzinie – trzeba czasem jasno zaznaczyć, gdzie kończy się uprzejmość, a zaczyna brak szacunku.

Nie każda matka musi być moją matką

Relacje z przyszłymi teściami bywają skomplikowane, ale moja historia nauczyła mnie, że nie muszę nikomu niczego udowadniać. Szczególnie osobie, która sama nie chce mnie poznać naprawdę, a ocenia tylko na podstawie schematów. Basia nie stała się nagle moją przyjaciółką, nie zaczęła mnie podziwiać ani zapraszać na wspólne zakupy. Przynajmniej przestała mnie otwarcie krytykować. I to już było coś.

Z Olkiem jesteśmy nadal razem. On również przeszedł swoją małą przemianę – przestał udawać, że wszystko jest „okej”. Zobaczył, ile kosztuje mnie udawanie, że nie czuję się atakowana. Dziś, kiedy jego mama próbuje znowu „z troską” komentować moje życie, Olek sam ucina temat. Czasem wystarczy jedno spojrzenie. Czasem jedno słowo.

Nie zamierzam robić doktoratu, żeby zasłużyć na jej akceptację. Mam pracę, którą lubię, ludzi, którzy mnie szanują, i partnera, który wreszcie rozumie, że lojalność w związku to nie tylko uczucia – to też konkretne działania. A Basia? Ona może być sobą. I ja też mam do tego prawo. I nie musimy się wzajemnie uwielbiać. Czasem dojście do porozumienia nie oznacza wielkiej przyjaźni. Czasem oznacza tylko wzajemny spokój i akceptację granic. I to też jest w porządku.

Agata, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama