Reklama

Wszystko w moim życiu wyglądało na poukładane. Praca, dom, stałe godziny, poczucie, że robię to, co powinienem. Wierzyłem, że stabilność wystarczy, że cisza oznacza spokój. Justyna była obok, coraz mniej obecna, jakby oddalała się ode mnie wraz z rachunkami i codziennością. Myślałem, że to normalna rutyna dorosłego życia. Nie zauważyłem momentu, w którym przestaliśmy być razem, a zaczęliśmy tylko funkcjonować obok siebie.

Żyliśmy obok siebie

Budzik dzwonił zawsze o tej samej porze. Wstawałem pierwszy, po cichu, żeby nie budzić Justyny. W kuchni parzyłem kawę, przeglądałem służbowe wiadomości, już myślami byłem w pracy. Ona pojawiała się chwilę później, z włosami niedbale związanymi, w swetrze narzuconym na ramiona. Siadała naprzeciwko mnie i przez kilka minut jedliśmy w ciszy.

– Dzisiaj przyjdzie rachunek za prąd – powiedziała któregoś ranka, jakby mimochodem.

– Mhm – mruknąłem, nie podnosząc wzroku znad telefonu. – Zajmę się tym później.

Później było słowem, które uspokajało mnie bardziej niż ją. Widziała to, ale nic nie mówiła. Wychodziłem z domu z poczuciem, że mam wszystko pod kontrolą, choć tak naprawdę zostawiałem ją samą z listą spraw, którymi nie chciałem się zajmować. Wieczorami wracałem zmęczony. Justyna krzątała się po kuchni, coś gotowała, coś liczyła na kartce. Czasem próbowała zaczepić mnie rozmową.

– Dzwoniła mama. Pytała, czy damy radę w tym miesiącu…

– Nie zaczynaj teraz, dobrze? – przerywałem. – Jestem wykończony.

Milczała. To milczenie było gorsze niż pretensje, ale wtedy tego nie rozumiałem. Myślałem, że skoro nie naciska, to wszystko jest w porządku. Siadałem przed telewizorem, a ona sprzątała po kolacji, chociaż mogłem jej pomóc. Nie robiłem tego. Leżeliśmy obok siebie w łóżku, każde zwrócone w swoją stronę. Czasem czułem, że chce coś powiedzieć, że oddycha inaczej, niespokojnie.

– Tomek… – zaczynała.

– Jutro pogadamy, dobrze? – odpowiadałem automatycznie.

Jutro nigdy nie nadchodziło. Dni zlewały się w jedno, a ja utwierdzałem się w przekonaniu, że tak wygląda dorosłe życie. Praca, obowiązki, cisza. Nie widziałem, że Justyna dźwigała coraz więcej sama, a ja coraz skuteczniej znikałem, choć fizycznie wciąż byłem w domu.

Wszystko zaczęło się kruszyć

Do lombardu wszedłem zupełnie bez planu. Wracałem z pracy wcześniej niż zwykle, bo spotkanie odwołano w ostatniej chwili. Padał deszcz, a ja nie chciałem moknąć, czekając na autobus. Szyld zobaczyłem przypadkiem, znajomy budynek, obok którego przechodziłem setki razy. Pomyślałem, że zajrzę, zapytam o pewien drobiazg, który od dawna leżał w szufladzie i tylko zbierał kurz. W środku pachniało kurzem. Za ladą stał mężczyzna w moim wieku, może trochę młodszy. Podniósł wzrok znad papierów.

– W czym mogę pomóc? – zapytał spokojnie.

Rozejrzałem się po gablotach, bardziej z ciekawości niż z realnej potrzeby. I wtedy go zobaczyłem. Leżał w małym, jasnym pudełku, pod szkłem. Złoty, prosty, z drobnym kamieniem. Serce uderzyło mi tak mocno, że aż musiałem oprzeć się o ladę. To niemożliwe, pomyślałem. Przecież znałem każdy szczegół tego pierścionka. Wybierałem go sam, pamiętałem drżenie rąk, kiedy go kupowałem. Teraz leżał przede mną, jak obcy przedmiot, a jednocześnie najbardziej znajomy na świecie.

– Ten… – wskazałem palcem, głos mi się załamał. – Mogę zobaczyć?

Mężczyzna wyjął pudełko i podał mi je bez słowa. Gdy wziąłem pierścionek do ręki, nie miałem już żadnych wątpliwości. Delikatne zarysowanie od wewnętrznej strony, którego nikt poza mną i Justyną nie mógł znać.

– Długo tu jest? – zapytałem, starając się brzmieć obojętnie.

– Kilka dni – odpowiedział. – Stan dobry, ktoś potrzebował szybkiej gotówki.

Szybka gotówka. Te słowa dudniły mi w głowie. Oddałem pierścionek, jakby parzył. Wyszedłem na zewnątrz bez pożegnania. Deszcz przestał padać, ale mi było zimno. Stałem na chodniku i nagle wszystko, w co wierzyłem, zaczęło się kruszyć. Nie zapytałem „dlaczego ona to zrobiła”. Zapytałem: „jak to możliwe, że nie wiedziałem?”.

Nie potrafiłem tego zrozumieć

Wracałem do domu wolniej niż zwykle. Każdy krok wydawał się cięższy, jakbym niósł w kieszeni coś, co ciągnęło mnie w dół. Kiedy otworzyłem drzwi, w mieszkaniu panowała cisza. Justyna siedziała przy stole w kuchni, przed nią leżały kartki i kalkulator. Podniosła wzrok, uśmiechnęła się słabo.

– Wcześnie jesteś – powiedziała.

Nie odpowiedziałem od razu. Zdjąłem kurtkę, odłożyłem klucze zbyt głośno. Stałem chwilę, patrząc na nią, i nagle zobaczyłem coś, czego wcześniej nie chciałem widzieć. Zmęczenie, napięcie w ramionach, nerwowy ruch dłoni.

– Byłem w lombardzie – powiedziałem w końcu.

Zamarła. Kalkulator przestał stukać. Spojrzała na mnie uważnie, jakby ważyła każde moje słowo.

– Po co? – zapytała cicho.

– Zobaczyłem tam pierścionek. Nasz pierścionek.

Nie było krzyku ani zaprzeczania. Justyna spuściła wzrok i przez dłuższą chwilę milczała. To milczenie bolało bardziej niż jakakolwiek odpowiedź.

– Musiałam – odezwała się w końcu. – Nie było innego wyjścia.

– Musiałaś? – poczułem, jak rośnie we mnie napięcie. – Nawet mi nie powiedziałaś.

– Próbowałam – spojrzała na mnie ostro. – Tylko ty zawsze byłeś zajęty albo zmęczony. Rachunki same się nie płacą, Tomek.

Usiadłem naprzeciwko niej. Po raz pierwszy od dawna naprawdę na siebie patrzyliśmy.

– Myślałem, że sobie radzimy – powiedziałem, bardziej do siebie niż do niej.

– Ty myślałeś – odpowiedziała. – Ja liczyłam, odkładałam, dzwoniłam, tłumaczyłam się. Sama.

Jej głos drżał, ale nie płakała. To było najgorsze. Sprzedaż pierścionka przestała być dla mnie zdradą symbolu. Stała się dowodem na to, jak bardzo ją zawiodłem.

– To była ostatnia deska ratunku – dodała cicho. – Sprzedałam go, bo już nie wiedziałam, na co jeszcze mogę liczyć.

Siedzieliśmy w ciszy, która nie była już spokojna. Była ciężka, lepka, pełna rzeczy, których nie potrafiłem cofnąć.

To ja byłem problemem

Jej słowa zawisły między nami jak coś, czego nie da się już cofnąć. „Nie wiedziałam, na co jeszcze mogę liczyć”. Powtarzałem to w myślach, szukając w tym zdaniu przesady, emocji, czegokolwiek, co pozwoliłoby mi się obronić. Nie znalazłem nic.

Mogłaś mi powiedzieć wprost – odezwałem się w końcu, choć sam słyszałem, jak słabo to brzmi.

Justyna uśmiechnęła się krótko, gorzko.

– Ile razy mam mówić wprost, żebyś to usłyszał? – zapytała. – Jak mówiłam spokojnie, byłeś zajęty. Jak mówiłam cicho, nie słyszałeś. Jak przestałam mówić, uznałeś, że wszystko jest w porządku.

Wstała od stołu i zaczęła chodzić po kuchni. Ten ruch był nerwowy, niespokojny, jakby trzymała w sobie zbyt wiele.

– Ten pierścionek… – zatrzymała się, opierając dłonie o blat. – On już dawno przestał dla mnie znaczyć to, co kiedyś. Stał się tylko przypomnieniem, że coś obiecywaliśmy, a potem każde z nas poszło w swoją stronę. Tylko ty nawet nie zauważyłeś, że ja zostałam sama.

Poczułem, jak coś we mnie pęka. Przez lata powtarzałem sobie, że pracuję dla nas, że to moja rola, że tak właśnie wygląda odpowiedzialność. Teraz widziałem, że był to wygodny mur, za którym mogłem się schować.

Bałem się – powiedziałem nagle, zanim zdążyłem to przemyśleć. – Bałem się, że jak zaczniemy o tym rozmawiać, to wyjdzie na jaw, że nie daję rady.

Spojrzała na mnie zaskoczona. Przez moment w jej oczach pojawiło się coś miękkiego, ale zaraz zniknęło.

– A ja bałam się codziennie – odpowiedziała spokojnie. – Tylko że ja nie miałam dokąd uciec.

Zrozumiałem wtedy, że problemem nigdy nie był pierścionek ani pieniądze. Problemem byłem ja, moja nieobecność, moje ciągłe „później”. Siedziałem naprzeciwko kobiety, którą kochałem, i po raz pierwszy dotarło do mnie, że naprawdę mogę ją stracić. Nie przez jedną decyzję, ale przez setki małych zaniedbań.

Sam do tego doprowadziłem

Po tej rozmowie nic się nie wyjaśniło w prosty sposób. Nie było nagłego pojednania ani obietnic, które wszystko naprawiają. Justyna wyszła do drugiego pokoju i zadzwoniła do mamy. Słyszałem jej głos, przyciszony, zmęczony.

– Mamo, ja już nie mam siły udawać, że wszystko jest w porządku – powiedziała cicho.

Usiadłem w kuchni sam. Patrzyłem na puste krzesło naprzeciwko i myślałem o tym, jak długo byłem obecny tylko ciałem. Zrozumiałem, że dzień, w którym zobaczyłem pierścionek w lombardzie, nie był momentem straty. To był tylko moment, w którym w końcu ją dostrzegłem.

Pierścionek mogłem odkupić, nawet następnego dnia. Ale nie byłem już pewien, czy da się odkupić zaufanie, poczucie bezpieczeństwa i bliskość, które oddałem zbyt łatwo w zamian za święty spokój. Po raz pierwszy w życiu naprawdę się bałem. Nie o pieniądze, nie o pracę, ale o to, że mogę zostać sam, mając świadomość, że sam do tego doprowadziłem.

Tomasz, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama