Reklama

Dom po teściach, który moja żona dostała w spadku, był jak kupowanie kota w worku. Z Karoliną długo się wahaliśmy, aż w końcu uznaliśmy, że spróbujemy go uratować. Wtedy Radosław, mój szwagier, zaangażował się w to całym sobą. Znał się na budowlance jak mało kto. Powiedział, że wszystko „ogarnie”, że pomoże, że ma kontakty. Poczułem ulgę, gdy obiecał wziąć na siebie organizację. Nie wiedziałem jeszcze, jak wysoko ją wycenił.

Szwagier „wie wszystko najlepiej”

Radosław pojawił się następnego dnia z teczką pod pachą i miną człowieka, który właśnie przejął stery. Przeszedł przez dom szybkim krokiem, stukając palcem w ściany, zaglądając w kąty, jakby sprawdzał cudzą robotę, a nie miejsce, w którym mieliśmy zamieszkać.

– Tu wilgoć, to do skucia. Instalacja do wymiany. Dach… no, dach to osobna historia – rzucał, nie patrząc na nas.

Karolina stała obok i kiwała głową. Znała ten ton. Wychowała się przy nim. Ja próbowałem wtrącić słowo.

– Może najpierw ustalmy budżet? – zapytałem ostrożnie. – Żebyśmy wiedzieli, na czym stoimy.

Radosław spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem, takim, który nie sięgał oczu.

– Paweł, zaufaj mi. Robiłem już takie rzeczy setki razy. Jak zaczniemy wszystko liczyć na sucho, to nigdy nie ruszymy.

Karolina dotknęła mojego ramienia.

– Radek naprawdę się zna – powiedziała cicho. – Chce nam pomóc.

Słowo „pomóc” wziąłem za pewnik. Od tej chwili wszystko zaczęło dziać się jakby obok mnie. Ekipy pojawiały się i znikały, materiały były przywożone bez zapowiedzi, a decyzje zapadały w rozmowach, w których nie brałem udziału. O wszystkim dowiadywałem się po fakcie.

Pierwszy rachunek przyszedł szybciej, niż się spodziewałem. Kwota była wysoka, wyższa, niż zakładałem.

– To normalne – rzucił Radosław, gdy na niego spojrzałem. – Stare domy zawsze ciągną więcej.

Karolina nawet nie zapytała o szczegóły. Przelała pieniądze, jakby to był oczywisty odruch. Poczułem się jak gość, który powinien być wdzięczny, że w ogóle pozwala mu się uczestniczyć. Wieczorem, gdy zostaliśmy sami, spróbowałem wrócić do tematu.

– Mam wrażenie, że wszystko dzieje się ponad nami – powiedziałem. – Chciałbym chociaż wiedzieć, na co idą pieniądze.

Karolina westchnęła.

– Radek jest zmęczony. Bierze na siebie strasznie dużo. Nie dokładajmy mu problemów.

Nie odpowiedziałem. Zamiast tego poczułem coś, czego nie chciałem nazwać: jakbyśmy już byli komuś winni. Jakby ten dom przestawał być nasz, a stawał się sceną, na której Radosław grał główną rolę, a ja statystą.

Gdzie są moje pieniądze?

Coraz częściej pojawiało się milczenie przy stole, gdy temat schodził na pieniądze. Bo pieniądze przestały być liczbami, z którymi trzeba się konfrontować. Stały się czymś, czego się nie ruszało w rozmowie.

Kolejne rachunki przychodziły regularnie, zawsze bez szczegółów. Jedna kwota, krótka informacja, że „to za materiały” albo „za ludzi”. Zacząłem je zbierać, odkładać w teczce, tej samej, którą kiedyś przyniósł Radosław. Wieczorami liczyłem, porównywałem ceny w internecie, sprawdzałem, ile naprawdę kosztują rzeczy, które widziałem na własne oczy. Różnice były zbyt duże, by je zignorować.

– Radek, możesz mi powiedzieć, dlaczego to wyszło aż tyle? – zapytałem któregoś dnia, starając się mówić spokojnie.

Spojrzał na mnie, jakby ktoś właśnie podważył jego uczciwość.

– Naprawdę będziemy się teraz bawić w takie rzeczy? – odpowiedział chłodno. – Myślałem, że mi ufacie.

Karolina siedziała między nami, nerwowo bawiąc się serwetką.

– Paweł po prostu chce zrozumieć – próbowała łagodzić. – Wiesz, to duże pieniądze.

– Duże, bo robota jest duża – uciął. – Jeśli to problem, mogę przestać się tym zajmować.

Zapadła cisza. Wiedziałem, że to nie była realna propozycja, tylko test. I że jeśli go nie zdam, zapłacimy wszyscy. Od tamtej pory rozmowy stały się krótsze. Telefony od Radosława ograniczały się do suchych komunikatów. Karolina unikała mojego wzroku, jakby bała się, że zobaczy w nim oskarżenie. Ja z kolei coraz częściej czułem, że pieniądze są tylko narzędziem. Prawdziwą stawką była władza i to, kto ma prawo decydować. Dom rósł, ściany jaśniały, a między nami narastał mur, którego nikt nie chciał zauważyć.

Opłata za organizację?

Prawda wyszła na jaw przypadkiem, w sposób zupełnie zwyczajny, jakby wcale nie dotyczyła naszego życia. Stałem przed domem z jednym z fachowców, czekaliśmy, aż ktoś otworzy bramę. Rozmawialiśmy o pogodzie, o tym, że robota się przeciąga.

– Dobrze, że Radek wam to ogarnia – rzucił nagle. – Ma chłopak głowę do interesów.

Skinąłem głową, ale coś mnie tknęło.

– A tak z ciekawości… te płytki do łazienki, co przywieźliście ostatnio… drogie były?

Mężczyzna zmarszczył brwi.

– Jak drogie? Normalne. Średnia półka. Myśmy wzięli tyle, ile było ustalone.

Wymienił kwotę. Prawie o jedną trzecią niższą od tej, którą widziałem na rachunku. Przez chwilę myślałem, że się przesłyszałem.

Wieczorem wyjąłem wszystkie papiery. Rachunki, przelewy, notatki. Układałem je na stole jak puzzle, które w końcu zaczęły do siebie pasować. Brak paragonów. Gotówka przekazywana „żeby było szybciej”. Zawsze Radosław jako pośrednik.

Nie spałem tej nocy. Konfrontacja była nieunikniona. Usiedliśmy w trójkę w kuchni, jeszcze bez mebli, na prowizorycznych krzesłach.

– Radek, chcę wiedzieć, skąd te różnice w kosztach – powiedziałem wprost. – Rozmawiałem z ekipą.

Przez chwilę milczał. Potem westchnął ciężko, jak ktoś zmuszony do tłumaczenia rzeczy oczywistych.

– No dobrze – powiedział. – Brałem trochę za organizację.

Karolina gwałtownie podniosła głowę.

– Jak to „za organizację”?

– Normalnie – wzruszył ramionami. – Jeżdżenie, dogadywanie, pilnowanie terminów. Myślisz, że to nic nie kosztuje? Mój czas też ma wartość.

– Ale nigdy o tym nie mówiłeś – odpowiedziałem, czując, jak rośnie we mnie napięcie. – Nigdy się na to nie umawialiśmy.

– Bo myślałem, że to oczywiste – odparł ostro. – Robię więcej niż ktokolwiek. Należało mi się.

Słowo „należało” uderzyło mnie najmocniej. Jakby to nie była nasza wspólna sprawa, tylko jego osobiste rozliczenie z całym światem. Karolina patrzyła to na niego, to na mnie, z twarzą, na której mieszał się szok i próba zrozumienia. Wtedy pojąłem, że to już nie jest tylko o pieniądze. To było o granice, których nikt wcześniej nie postawił.

Konflikt narastał od lat

Po tej rozmowie dom nagle zrobił się mniejszy. Zaczął nas przytłaczać. Radosław przychodził rzadziej, krócej, zawsze z napięciem wypisanym na twarzy. Karolina chodziła jak cień samej siebie. Coraz częściej łapałem ją na tym, że jest zamyślona, nieobecna.

– Może on naprawdę myślał, że tak można – powiedziała któregoś wieczoru. – Wiesz, Radek zawsze był tym, który wszystko dźwigał.

– A my kim byliśmy? – zapytałem ciszej, niż czułem. – Dziećmi, które mają nie pytać?

Rodzina podzieliła się szybko. Jedni mówili, że Radosław przesadził, ale „intencje miał dobre”. Inni, że przecież nikt nie kazał nam się godzić. Każda rozmowa kończyła się tym samym – rozmyciem odpowiedzialności. Jakby prawda była zbyt niewygodna, by ją wypowiedzieć na głos.

Gdy spotkaliśmy się wszyscy ponownie, atmosfera była napięta od pierwszego słowa.

– Robicie ze mnie kogoś, kim nie jestem – rzucił Radosław. – Beze mnie ten dom by się rozpadł.

– A z tobą rozpadła się rodzina – odpowiedziałem, zanim zdążyłem się powstrzymać.

Karolina wzdrygnęła się, jakby to ją uderzyło.

– Przestańcie – poprosiła. – Proszę.

Jednak było już za późno. Padły słowa o niewdzięczności, o tym, kto zawsze był ważniejszy dla rodziców, o matce, która powtarzała, że Radek „musi sobie radzić sam”. Zrozumiałem wtedy, że ten konflikt kiełkował od lat, a remont był tylko iskrą.

Wyszedłem z domu z poczuciem, że coś pękło bezpowrotnie. Nie tylko między mną a Radosławem. Także między mną a Karoliną, która nie potrafiła jasno powiedzieć, po której stronie stoi. Dom miał być nowym początkiem. Stał się dowodem na to, jak łatwo chciwość i stare żale potrafią zniszczyć to, co jeszcze niedawno wydawało się pewne.

Ostatni dzień remontu

Do otwartego starcia doszło w dzień, który miał być ostatnim dniem remontu. Paradoksalnie wszystko było już prawie gotowe. Dom wyglądał tak, jak planowaliśmy na początku, tylko my nie byliśmy już tymi samymi ludźmi. Usiedliśmy w salonie. Bez herbaty, bez uprzejmości. Radosław stał, oparty o ścianę, jakby był tu tylko „na chwilę”.

Chcę pełnego rozliczenia – powiedziałem spokojnie, choć w środku wszystko mi drżało. – I zwrotu pieniędzy, które wziąłeś ponad ustalenia.

Zaśmiał się krótko.

– Ty naprawdę tego nie rozumiesz – odpowiedział. – To były lata. Zawsze ja. Zawsze odpowiedzialny. Rodzice, Karolina, potem wy. Ktoś w końcu musiał to zebrać.

– Czyli to była zapłata za całe życie? – zapytała Karolina.

Spojrzał na nią twardo.

– Tak. Należała mi się.

Wtedy zrozumiałem, że nie ma już miejsca na kompromis. To nie była pomyłka ani nieporozumienie. To był świadomy wybór. Próba wyrównania rachunków, o których nikt poza nim nie wiedział.

– W takim razie kończymy to teraz – powiedziałem. – Formalnie. Bez udawania, że jesteśmy rodziną, skoro traktowałeś nas jak bankomat.

Karolina wyszła do kuchni. Radosław nie powiedział już nic. Zabrał swoje rzeczy i wyszedł, zamykając za sobą drzwi, które jeszcze chwilę wcześniej miały symbolizować nowy początek.

Remont skończył się zgodnie z planem. Relacje – definitywnie nie. Szwagier zniknął z naszego życia wraz z oszczędnościami. Karolina długo próbowała pogodzić w sobie obraz brata, którego znała od dzieciństwa, z tym, kim się okazał. Ja zostałem z poczuciem, że zaufanie potrafi kosztować więcej niż pieniądze, a granica między pomocą a wykorzystaniem bywa boleśnie cienka.

Paweł, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama