„Remont domu po rodzicach miał być hołdem dla ich pamięci. Stał się wyścigiem, kto pierwszy pozbędzie się sentymentów”
„Patrzyłam, jak wrzuca zasłony mamy do czarnego worka. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że to nie będzie wspólna praca. To będzie przeciąganie liny i że każde z nas ciągnie w swoją stronę. Kiedy znalazłam w szufladzie notes z przepisami mamy, schowałam go do torebki. Poczułam się jak złodziejka”.

- Redakcja
Dom po rodzicach stał na końcu wąskiej uliczki, z ogrodem, który kiedyś pachniał porzeczkami i świeżo skoszoną trawą. Kiedy odebraliśmy klucze po załatwieniu formalności, ścisnęło mnie w gardle. Wydawało mi się, że remont będzie czymś w rodzaju hołdu. Że wspólnie z bratem ocalimy to, co najważniejsze. Nie przewidziałam, jak szybko zaczniemy się ścigać — kto pierwszy pozbędzie się sentymentów.
Poczułam się jak złodziejka
Stałam w kuchni i przesuwałam palcami po stole, przy którym mama lepiła pierogi. Blat był porysowany, ale w mojej pamięci lśnił.
– Zostawimy go – powiedziałam cicho. – Można go odnowić.
Marek prychnął, stając w drzwiach z miarką w dłoni.
– Lena, ten stół ledwo się trzyma. Wstawimy nowy, jaśniejszy. Będzie przestrzeń.
– Przestrzeń? – odwróciłam się do niego. – To jest dom, nie katalog.
Brat wszedł głębiej, otwierając kolejne szafki.
– Właśnie dlatego trzeba go odświeżyć. Inaczej nikt tu nie zamieszka.
„Nikt” zabrzmiało jak wyrok. Od początku wiedziałam, że Marek myśli o sprzedaży, choć oficjalnie mówiliśmy o „remoncie dla rodziny”. Zaczęliśmy wynosić rzeczy do salonu. Każdy przedmiot stawał się powodem do krótkiej wymiany zdań.
– Te zasłony są do wyrzucenia – oznajmił.
– Mama sama je szyła.
– I co z tego? – wzruszył ramionami. – Nie będziemy żyć przeszłością.
Patrzyłam, jak wrzuca je do czarnego worka. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że to nie będzie wspólna praca. To będzie przeciąganie liny. I że każde z nas ciągnie w swoją stronę. Kiedy znalazłam w szufladzie notes z przepisami mamy, schowałam go do torebki, zanim Marek zdążył zajrzeć. Poczułam się jak złodziejka we własnym domu.
– Nie chowaj wszystkiego – powiedział nagle, jakby czytał mi w myślach. – Nie da się uratować każdej kartki.
Nie odpowiedziałam. Już wtedy wiedziałam, że zaczynamy wyścig. Tylko jeszcze nie wiedziałam, dokąd nas to zaprowadzi.
Zrobiło mi się zimno
Tydzień później dom wyglądał jak plac przeładunkowy. W salonie stały trzy stosy: „zostaje”, „do sprzedania”, „do wyrzucenia”. Marek oznaczył je karteczkami, jakby to była zwykła segregacja, a nie rozdzielanie naszego dzieciństwa.
– Ustalmy zasady – powiedział, siadając na parapecie. – Każde z nas ma prawo weta przy pięciu rzeczach. Reszta decyzji większością.
– Większością? – spojrzałam na niego. – Jest nas dwoje.
– Czyli kto bardziej kogo przekona.
Zrobiło mi się zimno, choć kaloryfer wciąż działał. Podeszłam do komody w przedpokoju. To przy niej tata wiązał mi szalik przed szkołą.
– Komoda zostaje – oznajmiłam.
– Lena, ona zajmuje pół korytarza. Wstawimy węższą, będzie funkcjonalniej.
– To moje pierwsze „weto”.
Marek uniósł brwi.
– Szybko zaczynasz.
Chwilę później podniósł z półki porcelanową figurkę ptaka.
– A to? Pamiętasz, jak mama mówiła, że zbiera kurz szybciej niż wszystko inne?
– Ale ją lubiła.
– Lubiła też przestrzeń – odparł spokojnie i położył figurkę na stosie „do sprzedania”.
Podeszłam i przeniosłam ją na „zostaje”.
– Drugie „weto”.
Westchnął głośno.
– To nie jest gra, Lena.
– Dla ciebie może nie. Dla mnie to jedyne, co mi zostało.
Zapadła cisza. Widziałam, jak zaciska szczękę.
– Myślisz, że dla mnie to nic nie znaczy? – zapytał ciszej. – Po prostu nie chcę żyć w muzeum.
Te słowa zabolały mnie bardziej niż wcześniejsze uwagi. Zrozumiałam, że każde z nas broni czegoś innego. Ja – wspomnień. On – przyszłości bez ciężaru. Kiedy wynosiliśmy stare krzesła na taras, usłyszałam, jak Marek rozmawia przez telefon.
– Tak, dom jest w dobrej lokalizacji… Po remoncie cena będzie wyższa.
Zatrzymałam się w pół kroku.
– Rozmawiasz z pośrednikiem? – zapytałam, kiedy się rozłączył.
Spojrzał na mnie bez wahania.
– Sprawdzam opcje. To rozsądne.
– Mieliśmy remontować dla siebie.
– Dla siebie? – powtórzył. – Kiedy ostatnio tu byłaś na dłużej niż weekend?
Nie miałam odpowiedzi. Faktycznie mieszkałam w innym mieście, przyjeżdżałam rzadko, ale to wciąż był mój dom.
– Nie sprzedamy go – powiedziałam twardo.
– Jeszcze zobaczymy.
Wtedy zrozumiałam, że wyścig przyspieszy i że stawką nie są już zasłony ani figurki, tylko coś znacznie większego.
Serce zabiło mi szybciej
Następnego dnia przyszłam wcześniej. Chciałam uprzedzić Marka i przejrzeć strych, zanim zdąży uznać go za „zbędną przestrzeń do opróżnienia”. Kurz unosił się w wąskich promieniach światła, a skrzynie stały tak, jak zostawili je rodzice. Otworzyłam jedną z nich. W środku były stare albumy i pudełko po butach, przewiązane wstążką. Rozwiązałam ją powoli. W środku leżały koperty, a na wierzchu kartka z charakterystycznym pismem mamy: „Dla dzieci. Jeśli kiedyś będziecie musieli podjąć decyzję”. Serce zaczęło mi bić szybciej. Usiadłam na podłodze i zaczęłam czytać. „Ten dom to nie ściany. To relacje. Jeśli będzie was dzielił, sprzedajcie go bez żalu. Jeśli będzie was łączył, zostańcie. Najważniejsze, żebyście byli po tej samej stronie.”
– Co robisz? – głos Marka rozległ się tuż za mną.
Podskoczyłam.
– Znalazłam coś.
Podałam mu kartkę. Czytał w milczeniu, a ja obserwowałam, jak powoli traci pewność siebie.
– Wiedzieli – powiedział w końcu. – Że będziemy się kłócić...
– Chcieli, żebyśmy byli razem.
Marek usiadł naprzeciwko mnie.
– Lena, ja nie chcę ci tego odbierać. Po prostu… – zawahał się. – Mam kredyt, dzieci rosną. Ten dom to dla mnie szansa na oddech.
To było pierwsze tak szczere zdanie od początku remontu.
– A dla mnie to ostatnie miejsce, gdzie czuję ich obecność – odpowiedziałam. – Boję się, że jak go sprzedamy, wszystko zniknie.
Zapadła cisza, ale inna niż wcześniej. Mniej ostra.
– A gdybyśmy go wynajęli? – zaproponował nagle. – Zachowamy własność. Zrobimy remont, ale bez niszczenia wszystkiego. Zostawimy kilka rzeczy. Nie muzeum, ale też nie pusta karta.
Patrzyłam na list w swoich dłoniach. „Najważniejsze, żebyście byli po tej samej stronie”.
– A jeśli po roku uznamy, że to nie działa? – zapytałam.
– Wtedy podejmiemy decyzję razem. Bez pośpiechu.
Wstałam i podeszłam do starej szafy. Otworzyłam ją i wyjęłam płaszcz mamy. Przytuliłam go na chwilę, po czym odłożyłam do kartonu z napisem „dla mnie”.
– Zostawimy komodę – powiedział Marek cicho. – I stół. Ale resztę odświeżymy.
Spojrzałam na niego.
– Figurkę też.
Uśmiechnął się lekko.
– Dobrze. Figurkę też.
Tego dnia pierwszy raz pracowaliśmy bez rywalizacji. Nie wszystko się zgadzało, wciąż się spieraliśmy, ale już nie po to, by wygrać. Kiedy wieczorem zamykaliśmy drzwi, dom nie wydawał się polem bitwy. Raczej miejscem, które jeszcze może nas czegoś nauczyć.
Po tej samej stronie
Remont trwał jeszcze trzy miesiące. Nie był ani tak szybki, jak planował Marek, ani tak zachowawczy, jak chciałam ja. Stół został odnowiony, komoda przeszła renowację, a figurka ptaka stanęła na nowej, prostej półce. Ściany pomalowaliśmy na jasny kolor, ogród uporządkowaliśmy wspólnie, w ciszy, która nie była już ciężka. Najtrudniejsza rozmowa przyszła jednak później. Siedzieliśmy przy stole – tym samym, przy którym mama lepiła pierogi – i przeglądaliśmy ogłoszenie o wynajmie.
– Jeśli znajdziemy kogoś rozsądnego, kto uszanuje to miejsce, spróbujmy – powiedział Marek. – Rok. Bez presji.
Skinęłam głową, ale w środku wciąż czułam napięcie.
– A jeśli się przywiążę jeszcze bardziej? – zapytałam.
– To znaczy, że dom wciąż żyje – odpowiedział spokojnie. – Gorzej, gdyby przestał cokolwiek znaczyć.
Pierwsi najemcy przyszli tydzień później. Młode małżeństwo z kilkuletnią córką. Dziewczynka od razu pobiegła do ogrodu i zaczęła kręcić się wokół starej jabłoni.
– Można tu powiesić huśtawkę? – zapytała, patrząc na nas z nadzieją.
Spojrzałam na Marka. Uśmiechnął się.
– Można – odpowiedział.
Kiedy podpisaliśmy umowę, poczułam coś, czego się nie spodziewałam. Nie stratę, nie ulgę. Raczej cichą zgodę na to, że dom nie należy wyłącznie do przeszłości. Wychodząc, zatrzymałam się jeszcze w kuchni. Przesunęłam dłonią po odnowionym blacie. Nie był już dokładnie taki jak kiedyś, ale wciąż miał w sobie ślady dawnych lat.
– Myślisz, że byliby z nas dumni? – zapytałam brata, gdy zamykaliśmy drzwi.
– Myślę, że cieszyliby się, że w końcu przestaliśmy ze sobą rywalizować – odpowiedział.
Zrozumiałam wtedy, że wyścig naprawdę się skończył. Nie dlatego, że ktoś wygrał. Po prostu przestaliśmy biec w przeciwnych kierunkach. Dom po rodzicach nie stał się muzeum ani towarem do szybkiej sprzedaży. Stał się mostem. A my wreszcie stanęliśmy po tej samej stronie.
Lena, 24 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Dzień Singla udawałem, że bycie samemu to mój wybór. W głębi serca umierałem z tęsknoty za prawdziwą bliskością”
- „Ukochana powtarzała, że walentynki są przereklamowane. Nie rozumiem, czemu zrobiła aferę za to, że nie dostała kwiatów”
- „Na walentynki dostałam beznadziejny kurzołap. Liczyłam na pierścionek z diamentem, a nie tandetę z bazaru”