Reklama

Kiedy teściowie zaproponowali wspólny remont ich starego domu, poczułam nawet coś w rodzaju wzruszenia. Miał to być dowód, że jesteśmy rodziną nie tylko od święta. Mój mąż powtarzał, że wreszcie zrobimy coś razem, ramię w ramię. Nie przypuszczałam, że największe pęknięcia nie pojawią się na ścianach, lecz między nami.

Coś zaczęło mnie uwierać

Dom stał na skraju miasteczka, z czerwonej cegły, z ogrodem, który dawno stracił dawny kształt. Kiedy pierwszy raz pojechaliśmy obejrzeć zakres prac, teściowa krążyła po korytarzu z notesem.

– Tu trzeba skuć tynk. I okna wymienić, bo wieje – wyliczała, stukając długopisem w ścianę.

– Mamo, spokojnie. Zrobimy plan – uspokajał ją Paweł.

– Plan planem, ale zimy nie zatrzymasz – odpowiedziała z napiętym uśmiechem.

Zgodziłam się bez większego wahania. Mieliśmy trochę oszczędności, a Paweł od dawna powtarzał, że chce pomóc rodzicom. Uznałam, że to inwestycja nie tylko w dom, ale w relacje. Pierwsze tygodnie były nawet przyjemne. W soboty zjawialiśmy się z kanapkami, miarką i energią. Teść opowiadał historie sprzed lat, pokazując, gdzie kiedyś stał kredens jego matki.

– Tu była kuchnia, zanim ją przenieśliśmy. Twoja mama płakała, że wszystko się zmieni – wspominał z uśmiechem.

Czułam się częścią czegoś większego. Nosiłam wiadra z gruzem, wybierałam płytki do łazienki, razem z teściową stałam nad katalogiem farb.

– Może jasny beż? – zaproponowałam.

– Beż jest bezpieczny – mruknęła. – Ale ja całe życie miałam bezpiecznie.

Spojrzałyśmy na siebie i po raz pierwszy zobaczyłam w niej nie tylko wymagającą matkę mojego męża, ale kobietę, która chciała zmiany. Problemy zaczęły się, gdy trzeba było podpisać umowę z ekipą do wymiany dachu. Kwota była wyższa, niż zakładaliśmy.

– Podzielimy to na cztery osoby, będzie najuczciwiej – powiedział teść, przesuwając kartkę w naszą stronę.

– Na cztery? – zapytałam ostrożnie. – Myślałam, że ustaliliśmy, że dokładamy się do materiałów, a większe rzeczy…

Paweł ścisnął moją dłoń pod stołem.

– Damy radę – rzucił szybko.

Zamilkłam, choć coś zaczęło mnie uwierać. Wieczorem, kiedy wróciliśmy do mieszkania, wyjęłam kartkę z wyliczeniami.

– To prawie wszystkie nasze oszczędności – powiedziałam cicho.

– To moi rodzice, Anka. Nie będę liczył każdej złotówki – odpowiedział zniecierpliwiony.

– Nie chodzi o liczenie. Chodzi o ustalenia.

Po raz pierwszy od dawna poczułam, że stoimy po dwóch stronach stołu. Remont, który miał nas łączyć, zaczął wyciągać na wierzch rzeczy, o których wcześniej nie rozmawialiśmy: pieniądze, granice, oczekiwania. Mimo to podpisaliśmy umowę. Tłumaczyłam sobie, że to chwilowe napięcie, że przecież rodzina musi sobie ufać. Nie wiedziałam jeszcze, że prawdziwa próba dopiero przed nami.

Nie miałam ochoty ustąpić

Dach zrobiono szybciej, niż się spodziewaliśmy. Nowa blacha błyszczała w słońcu, a teściowa zapraszała sąsiadki, żeby z dumą pokazać efekt.

– Wreszcie nie będę się martwić, że coś przecieka – mówiła, poprawiając włosy. – Dzieci nam pomogły, bez nich byśmy nie dali rady.

Słowo „dzieci” brzmiało ciepło, ale kiedy przyszło do rozliczeń, ton się zmienił. Spotkaliśmy się w niedzielę przy dużym stole w jadalni. Teść rozłożył faktury jak karty do gry. Każda była starannie podpięta spinaczem.

– To za dach. To za materiały do łazienki. A to za dodatkowe wzmocnienia, które trzeba było zrobić – wyliczał spokojnie.

– Jakie wzmocnienia? – zapytałam, przeglądając papier. – Nie było o nich mowy.

– Wyszło w trakcie – odpowiedział krótko. – Fachowiec powiedział, że inaczej się nie da.

Paweł skinął głową, jakby to było oczywiste.

– Czyli dzielimy wszystko po równo? – upewnił się.

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.

– Wszystko? Nawet to, o czym nie wiedzieliśmy?

Teściowa westchnęła.

– Przecież to też wasz dom. Kiedyś będzie Pawła.

W tym jednym zdaniu zawarła coś, czego wcześniej nie wypowiedziała wprost. Remont nie był tylko pomocą. Był inwestycją w przyszłość, którą oni już rozpisali.

– Ale to nadal wasz dom – odpowiedziałam spokojnie. – My mamy swoje mieszkanie, kredyt, plany. Nie możemy brać odpowiedzialności za każdą decyzję, którą podejmiecie w trakcie.

Zapadła cisza. Teść odłożył okulary.

– Czyli nie chcesz się dokładać?

– Chcę się trzymać ustaleń – odparłam, czując, jak serce bije mi szybciej.

Paweł spojrzał na mnie ostrzegawczo.

– Nie róbmy z tego problemu – powiedział cicho. – To kilka tysięcy więcej.

– Dla ciebie kilka. Dla mnie to pół roku odkładania – odpowiedziałam.

Teściowa zacisnęła usta.

– Nie sądziłam, że będziemy się targować jak obcy ludzie.

To zabolało. Przez ostatnie miesiące nosiłam cegły, sprzątałam, rezygnowałam z urlopu. A teraz byłam tą, która „się targuje”. Wróciliśmy do domu w milczeniu. W przedpokoju Paweł rzucił klucze na komodę.

– Mogłaś to załatwić inaczej – powiedział.

– A ty mogłeś mnie wesprzeć – odpowiedziałam.

– To moi rodzice.

– A ja jestem twoją żoną.

Stał przez chwilę bez słowa. Po raz pierwszy zobaczyłam w jego oczach nie tylko złość, ale i bezradność. Był rozdarty, a ja czułam, że jeśli teraz ustąpię, będę ustępować już zawsze. Następnego dnia teściowa zadzwoniła.

– Przemyślałam to – powiedziała chłodno. – Skoro nie chcecie uczestniczyć w pełnych kosztach, to rozliczymy tylko to, co było ustalone. Resztę pokryjemy sami.

– Dziękuję – odpowiedziałam z ulgą.

Ale w jej głosie nie było ciepła. Wiedziałam, że coś się zmieniło. Remont się kończył, ale między nami zaczynała się nowa, trudniejsza budowa – zaufania, które właśnie pękło.

Atmosfera była ciężka

Przez kilka tygodni unikaliśmy tematu pieniędzy, jakby od tego miały zniknąć napięcia. Remont zbliżał się do końca. Ściany były już pomalowane, łazienka lśniła nowymi płytkami, w korytarzu pachniało drewnem świeżo położonej podłogi. Teściowa zaprosiła nas na „małe podsumowanie prac”. Tak to nazwała w wiadomości. Brzmiało niewinnie. Kiedy weszliśmy do domu, wszystko wyglądało niemal idealnie. Na stole stało ciasto, filiżanki były ustawione równo jak od linijki. Tylko atmosfera była gęsta.

– Chodźcie, usiądźcie – powiedział teść, przesuwając w naszą stronę krzesła.

Paweł ścisnął moją dłoń. Wiedziałam, że się denerwuje.

– Chcieliśmy wam podziękować za pomoc – zaczęła teściowa. – Naprawdę dużo zrobiliście.

Skinęłam głową, czekając na dalszy ciąg.

– Dlatego uznaliśmy, że nie będziemy już wracać do tych dodatkowych kosztów – dodał teść. – Ale jest jeszcze jedna sprawa.

Spojrzeliśmy po sobie z Pawłem.

– Jaka? – zapytał.

Teściowa wyjęła z szuflady kopertę.

– Zrobiliśmy aktualizację dokumentów. Dom zapisaliśmy Pawłowi. Chcemy, żeby było jasne, że to jego przyszłość.

Zamarłam. Paweł również wyglądał na zaskoczonego.

– Mamo… nie rozmawialiśmy o tym – powiedział powoli.

– Bo to nasza decyzja – odpowiedziała stanowczo. – Skoro tyle włożyliście w ten dom, to uczciwe, żeby był wasz.

Słowo „wasz” zawisło w powietrzu. Spojrzałam na Pawła. On patrzył na rodziców.

– A co z Anią? – zapytał cicho.

Teść odchrząknął.

– Formalnie zapisaliśmy go na ciebie. To najprostsze rozwiązanie.

Poczułam, jak coś ściska mnie w gardle.

– Czyli wszystko, co robiliśmy razem, kończy się na jednym nazwisku? – zapytałam, starając się mówić spokojnie.

– Nie komplikuj – powiedziała teściowa. – Przecież jesteście małżeństwem.

– Właśnie dlatego to powinno być wspólne – odpowiedziałam.

Paweł wstał nagle.

– To nie tak miało wyglądać – powiedział, bardziej do siebie niż do nich. – Myślałem, że pomagamy, a nie że podpisujecie coś za moimi plecami.

– Chcieliśmy dobrze – odparła teściowa, a w jej głosie pojawiło się zranienie. – Zawsze wszystko komplikujesz. Najpierw rachunki, teraz to.

To było jak uderzenie. Nie krzyknęłam. Nie wyszłam trzaskając drzwiami. Siedziałam, patrząc na świeżo pomalowaną ścianę, na której nie było ani jednej rysy. A między nami było ich coraz więcej. W drodze do domu Paweł milczał. Dopiero na parkingu zatrzymał się i oparł czoło o kierownicę.

– Nie wiedziałem – powiedział. – Przysięgam.

– Wierzę ci – odpowiedziałam. – Ale musisz zdecydować, gdzie postawisz granicę.

Spojrzał na mnie z czymś, czego dawno u niego nie widziałam – determinacją.

– Pojedziemy tam jutro – powiedział. – I wszystko wyjaśnimy.

Nie wiedziałam, czy to początek kolejnej kłótni, czy próba uratowania tego, co jeszcze zostało. Wiedziałam tylko, że ten remont zmienił nas bardziej, niż zmienił ich dom.

Nie chodziło o pieniądze

Następnego dnia pojechaliśmy do teściów bez zapowiedzi. W drodze Paweł był skupiony, jakby w myślach układał każde zdanie. Ja czułam w brzuchu ciężar, którego nie potrafiłam nazwać. To nie był już spór o pieniądze. To była walka o to, czy będziemy małżeństwem, które decyduje razem. Teściowie siedzieli w kuchni. Na nasz widok teściowa odłożyła ściereczkę.

– Coś się stało? – zapytała ostrożnie.

Paweł nie usiadł.

– Tak. Musimy wyjaśnić sprawę domu – powiedział spokojnie. – Nie chcę, żeby był zapisany tylko na mnie.

Zapadła cisza.

– Jak to nie chcesz? – teść zmarszczył brwi. – To dla ciebie zabezpieczenie.

– Jeśli ma być zabezpieczeniem, to dla nas obojga – odpowiedział Paweł. – Albo zostaje tak, jak było, czyli wasz. Nie chcę prezentu, który dzieli mnie z żoną.

Te słowa zatrzymały mnie w miejscu. Po raz pierwszy od miesięcy poczułam, że naprawdę stoimy po tej samej stronie. Teściowa spojrzała na mnie, a potem na syna.

– Myśleliśmy, że tak będzie prościej – powiedziała ciszej. – Że unikniemy kiedyś nieporozumień.

– Właśnie je stworzyliście – odparłam łagodnie. – My nie remontowaliśmy tego domu po to, żeby coś komuś udowodnić. Chcieliśmy pomóc.

Teść odsunął krzesło.

– Czyli co proponujecie?

Paweł wziął głęboki oddech.

– Albo przepisujecie dom na nas oboje, jasno i uczciwie. Albo cofamy wszystko. Oddamy wam dokumenty, a nasze wsparcie traktujcie jak pomoc bez zobowiązań.

Nie było w tym gniewu. Była stanowczość.

Teściowa długo patrzyła w blat stołu. W końcu powiedziała:

– Nie chcę, żebyście przez ten dom się poróżnili. Jeśli ma was dzielić, to wolę, żeby został nasz.

I tak się stało. Tydzień później formalności zostały cofnięte. Dom znów był wyłącznie ich. My przestaliśmy być „inwestorami przyszłości”, a wróciliśmy do roli syna i synowej. Relacje nie naprawiły się od razu. Przez jakiś czas rozmowy były ostrożne, jakby każdy bał się nadepnąć na niewidzialną rysę. Ale zniknęło napięcie związane z pieniędzmi i zapisami. Kiedy przyjeżdżaliśmy w odwiedziny, nie było już kopert ani wyliczeń. Najważniejsze wydarzyło się między mną a Pawłem. Tamtego wieczoru, gdy wróciliśmy po rozmowie, objął mnie w przedpokoju.

– Przepraszam, że wcześniej nie reagowałem – powiedział. – Bałem się ich zawieść.

– A mnie? – zapytałam cicho.

– Ciebie nie chcę zawieść nigdy.

Remont miał być symbolem rodzinnej solidarności. Ostatecznie stał się lekcją granic. Zrozumieliśmy, że pomaganie nie oznacza rezygnacji z własnego głosu, a miłość nie polega na milczeniu dla świętego spokoju. Dom teściów stoi dziś odnowiony i zadbany. My zostaliśmy w naszym mieszkaniu, z mniejszymi oszczędnościami, ale z czymś ważniejszym – z jasnością, że jesteśmy drużyną. I że żadna faktura nie jest warta więcej niż wspólne „my”.

Oliwia, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama