Reklama

Od kiedy pamiętam, tata powtarzał, że prawdziwy mężczyzna potrafi wszystko naprawić sam. Dach, kran, relacje z ludźmi. Ja przez długi czas wierzyłem, że tak właśnie wygląda dorosłość – brudne ręce, milczenie i przekonanie, że trzeba sobie radzić bez pytania o pomoc. Remont naszego starego garażu miał być czymś więcej niż tylko wymianą drzwi i posadzki. Miał być próbą charakteru. Nie sądziłem, że stanie się próbą naszej relacji.

Nie czułem się już chłopcem

Garaż stał na końcu podwórka jak relikt przeszłości. Drewniane drzwi wypaczone od wilgoci, półki pełne śrubek w słoikach po ogórkach i zapach starego kurzu. Tata patrzył na to miejsce z nostalgią.

– Tu trzymałem swój pierwszy motocykl – powiedział, przesuwając dłonią po ścianie. – Teraz zrobimy z tego porządny warsztat. Pokażę ci, jak robią to mężczyźni.

Skinąłem głową, choć coś mnie ukłuło. Miałem trzydzieści dwa lata, własną firmę projektową i mieszkanie w mieście. Do rodzinnego domu przyjechałem na kilka tygodni, żeby pomóc rodzicom przed sprzedażą posesji. Nie czułem się chłopcem.

– Najpierw trzeba zerwać starą podłogę – oznajmiłem, rozkładając plan, który przygotowałem. – Myślałem, żeby wylać cienką wylewkę i położyć żywicę. Będzie nowocześnie i łatwo w utrzymaniu.

Tata zmarszczył brwi.

– Żywicę? To garaż, nie salon fryzjerski. Beton wystarczy.

– Beton będzie pękał. Sprawdzałem.

– Ja też coś sprawdzałem. Przez czterdzieści lat.

Zamilkłem. Mama krzątała się w kuchni, udając, że nie słyszy podniesionych głosów.

Długo nie mogłem zasnąć

Przez pierwsze godziny pracowaliśmy w napiętej ciszy. Tata rozbierał stare półki z rozmachem, ja ostrożnie odkładałem deski na bok. Gdy próbowałem mu coś podpowiedzieć, reagował krótkim:

– Daj, ja to zrobię.

W pewnym momencie podszedłem do niego z poziomicą.

Krzywo to wychodzi. Trzeba złapać linię od tej ściany.

– Mówisz mi, że krzywo? – odwrócił się gwałtownie. – Myślisz, że nie wiem, jak się stawia ściankę?

– Nie o to chodzi…

– Właśnie o to. Przyjechałeś z miasta i nagle wszystko wiesz lepiej.

Poczułem, jak robi mi się gorąco.

– Chcę tylko, żeby to było zrobione porządnie.

– Porządnie? – prychnął. – To ja utrzymywałem ten dom, kiedy ty uczyłeś się rysować w zeszytach.

Te słowa zabolały bardziej, niż chciałem przyznać. Rysowanie w zeszytach było początkiem mojej pracy. Tata nigdy nie traktował jej poważnie.

– To, że robię coś innego niż ty, nie znaczy, że jestem gorszy – odpowiedziałem cicho.

– Nikt nie mówi, że jesteś gorszy. Tylko czasem zachowujesz się, jakbyś był mądrzejszy.

Odłożyłem poziomicę.

– Bo może jestem w niektórych sprawach.

Zapadła cisza. Ciężka, lepka. Tata patrzył na mnie tak, jakby pierwszy raz zobaczył obcego mężczyznę, a nie syna.

– W tym domu – powiedział w końcu – zawsze było jasne, kto podejmuje decyzje.

– No właśnie – odpowiedziałem. – Zawsze.

Prace przerwaliśmy wcześniej, niż planowaliśmy. Wieczorem siedziałem na schodach przed domem. Tata wyszedł zapalić światło w garażu i spojrzał na mnie przelotnie.

– Jutro zaczniemy od wylewki – rzucił oschle. – Po mojemu.

Nie odpowiedziałem. W głowie kołatało mi jedno pytanie: czy przyjechałem tu, żeby mu pomóc, czy żeby wreszcie przestać być tym chłopcem, którego trzeba uczyć, jak trzymać młotek? Tamtej nocy długo nie mogłem zasnąć. Wiedziałem, że to dopiero początek. Garaż był tylko pretekstem. Chodziło o coś znacznie więcej niż podłogę i półki.

W jego oczach był strach

Następnego dnia wstałem wcześniej i pojechałem do składu budowlanego. Kupiłem materiały do wylewki samopoziomującej, zgodnie z planem, który przygotowałem. Nie zrobiłem tego z przekory. Chciałem pokazać, że potrafię wziąć odpowiedzialność. Kiedy wróciłem, tata stał przed garażem z rękami założonymi na piersi.

– Co to jest? – zapytał, patrząc na worki.

– To ta mieszanka, o której mówiłem. Szybko wiąże i nie będzie pękać.

– Mówiłem, że zrobimy zwykły beton.

– Tato, to nie jest dużo droższe, a efekt będzie lepszy.

– Czyli jednak uznałeś, że zrobisz po swojemu.

Westchnąłem.

Uznałem, że zrobię dobrze.

Te słowa podziałały jak iskra. Tata podszedł bliżej.

– W tym domu jest tylko jeden kierownik – powiedział twardo. – I nie jesteś nim ty.

– To nie budowa sprzed trzydziestu lat. Możemy podjąć decyzję razem.

– Razem? – uniósł brwi. – Kiedy ostatni raz byłeś tu dłużej niż weekend?

Zabolało. To była prawda. Wyprowadziłem się zaraz po studiach i wracałem głównie na święta.

– A kiedy ostatni raz zapytałeś mnie, czego ja chcę? – odpowiedziałem. – Zawsze było tak, jak ty chciałeś.

– Bo ktoś musiał myśleć rozsądnie!

– A ja niby nie myślę?

Mama wyszła na próg, słysząc podniesione głosy.

– Przestańcie – powiedziała cicho. – Sąsiedzi wszystko usłyszą.

Tata spojrzał na nią, potem na mnie.

– Widzisz? Nawet teraz robisz zamieszanie.

– Ja? To ty nie dopuszczasz mnie do głosu.

Zrobił krok w moją stronę, ale zatrzymał się. W jego oczach zobaczyłem coś więcej niż złość. Był tam strach. Jakby obawiał się, że coś mu odbieram.

– Myślisz, że przyjechałeś i będziesz mnie uczył, jak być gospodarzem? – zapytał ciszej.

– Nie chcę cię uczyć. Chcę być traktowany jak dorosły.

Zapadła chwila milczenia. Słychać było tylko odgłos przejeżdżającego samochodu.

– Dorosły – powtórzył, jakby próbował oswoić to słowo. – Dorosły syn nie przyjeżdża raz na pół roku i nie mówi ojcu, co robi źle.

– A ojciec nie powinien wciąż traktować syna jak chłopca – odpowiedziałem.

Mama podeszła do mnie i położyła mi rękę na ramieniu.

– Obaj jesteście uparci – szepnęła. – I obaj chcecie dobrze.

Nie wiedziałem, czy to test

Tata odwrócił się i wszedł do garażu. Przez chwilę stałem bez ruchu, a potem poszedłem za nim. Złapał za łopatę i zaczął mieszać zaprawę w starej taczce.

– Skoro już to kupiłeś – mruknął – to przynajmniej pokaż, jak to się robi.

Nie wiedziałem, czy to kapitulacja, czy kolejny test. Uklękłem i zacząłem tłumaczyć proporcje wody. Czułem jego wzrok na plecach.

– Nie za dużo – powiedział nagle. – Za rzadkie będzie słabe.

– Wiem.

Przez chwilę pracowaliśmy obok siebie. Równo, spokojnie. Ale napięcie wciąż wisiało w powietrzu. Każde moje słowo mogło znów wywołać wybuch. Kiedy zaczęliśmy wylewać mieszankę, tata zatrzymał mnie ruchem ręki.

– Jeśli coś pójdzie nie tak – powiedział – to ja biorę za to odpowiedzialność przed twoją matką.

Spojrzałem na niego z niedowierzaniem.

– A ja? Ja nie mogę wziąć odpowiedzialności?

Popatrzył mi w oczy.

– Odpowiedzialność to nie tylko decyzje. To też konsekwencje.

Te słowa zabrzmiały jak oskarżenie. Jakby chciał powiedzieć, że kiedyś uciekłem przed konsekwencjami. Może miał na myśli mój wyjazd. Może coś jeszcze. Wtedy zrozumiałem, że ta kłótnia nie dotyczyła podłogi. Chodziło o to, kto w tym domu ma prawo być mężczyzną, który decyduje, ponosi ciężar i mówi ostatnie słowo. I chyba obaj chcieliśmy nim być.

Chciałem wreszcie skończyć

Wylewka schła dwa dni. Garaż był zamknięty, a my krążyliśmy wokół siebie jak obcy ludzie pod jednym dachem. Mama próbowała rozładować atmosferę, pytając o drobiazgi, ale każde nasze spojrzenie kończyło się szybkim odwróceniem wzroku. Trzeciego dnia rano tata wszedł do garażu pierwszy. Stałem w drzwiach i obserwowałem, jak przykłada poziomicę do podłogi. Przesuwał ją powoli, jakby szukał dowodu na moją porażkę.

– I jak? – zapytałem.

Nie odpowiedział od razu. Sprawdził jeszcze raz, wzdłuż i wszerz.

– Równo – powiedział w końcu. – Lepiej, niż myślałem.

To zdanie zawisło między nami. Wszedłem do środka.

– Czyli jednak czasem warto posłuchać młodszych – spróbowałem zażartować.

Spojrzał na mnie ostro.

– Nie zaczynaj.

Westchnąłem.

– Nie chcę nic zaczynać. Chcę wreszcie skończyć.

Odłożył poziomicę.

– Co skończyć?

– To przeciąganie liny. Całe życie próbowałem udowodnić, że jestem wystarczająco dobry. A ty… – zawahałem się – jakbyś wciąż sprawdzał, czy dam radę.

Oparł się o ścianę.

– Bo świat nie jest łagodny – powiedział. – Chciałem, żebyś był twardy.

– Twardy to nie znaczy milczący i uparcie udający, że wszystko się wie.

Zamilkł. Patrzył na podłogę, nie na mnie.

– Kiedy powiedziałeś, że jesteś w niektórych sprawach mądrzejszy… – zaczął powoli – zabolało mnie to bardziej, niż powinno.

– Dlaczego?

Podniósł wzrok.

– Bo może to prawda. A ja całe życie budowałem swoją wartość na tym, że wiem, jak coś zrobić. Jeśli ty wiesz lepiej… to kim ja jestem?

Te słowa uderzyły mnie mocniej niż wszystkie wcześniejsze sprzeczki. Nie widziałem w nim już przeciwnika. Widziałem człowieka, który boi się stać niepotrzebny. Podszedłem bliżej.

– Nie musisz ze mną wygrywać – powiedziałem. – Ja nie chcę zajmować twojego miejsca. Chcę mieć swoje.

Przez chwilę nic nie mówił. Potem skinął głową.

– Może za długo myślałem, że jeśli oddam kawałek steru, to stracę wszystko.

– A ja za długo myślałem, że muszę ci coś udowodnić.

Uśmiechnął się blado.

– Uparty jesteś.

– Po kimś to mam.

Tym razem uśmiech był prawdziwy. Nie szeroki, ale szczery.

Coś się wreszcie domknęło

Resztę prac dokończyliśmy już bez rywalizacji. On montował nowe półki, ja instalowałem oświetlenie. Czasem się spieraliśmy, ale spokojnie. Kiedy przykręcałem ostatnią lampę, tata podał mi śrubokręt bez słowa. Ten gest był prosty, a jednak znaczył więcej niż wszystkie wcześniejsze deklaracje. Wieczorem stanęliśmy w progu garażu. Pachniało świeżym drewnem i farbą. Podłoga była równa, półki proste, światło jasne.

– Dobra robota – powiedział.

– Wspólna – poprawiłem.

Przytaknął. Nie padły wielkie słowa o miłości ani przeprosiny. Ale kiedy wychodziliśmy, tata położył mi rękę na ramieniu. Krótko, pewnie. Tak, jak robił to, gdy byłem dzieckiem. Tym razem nie czułem się jak chłopiec. Garaż był skończony. I coś między nami też się domknęło.

Michał, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama