Reklama

Przez lata zbierałam wycinki z gazet, próbki frontów i cudze historie o kuchniach, w których rodzina wreszcie zaczyna ze sobą rozmawiać. U mnie też miało tak być. Nowe płytki, stół z litego drewna, zapach domowych obiadów. Gdy kurz po remoncie opadł, zobaczyłam jednak wyraźniej niż kiedykolwiek, że problemem nie były pęknięcia w ścianach, a między nami.

Kurz, który odsłonił ciszę

Remont zaczął się w środku lipca, kiedy upał wdzierał się do mieszkania każdą szczeliną. Kuchnia była sercem domu tylko z nazwy – od dawna jadaliśmy osobno, w pośpiechu, na kolanie. Mimo to uparłam się, że nowa przestrzeń coś zmieni. Kiedy ekipa wynosiła stare szafki, stałam w progu i czułam dziwną ulgę, jakby razem z nimi znikały nasze codzienne pretensje.

– Zobaczysz, w końcu będzie normalnie – powiedziałam do Piotra, próbując brzmieć lekko.

– Oby – mruknął, nawet na mnie nie patrząc, skupiony na telefonie.

Przez kolejne dni mieszkaliśmy w pyle i prowizorce. Zmywaliśmy w łazience, jedliśmy kanapki siedząc na łóżku. Myślałam, że to nas zbliży, zmusi do współpracy. Zamiast tego każde drobiazgi urastały do rangi problemu.

– Czemu znowu nie wyniosłeś śmieci? – zapytałam pewnego wieczoru.

– Bo miałem spotkanie – odpowiedział zniecierpliwiony.

– Zawsze masz jakieś spotkanie!

Zapadła cisza, trudniejsza do zniesienia niż hałas wiertarki. Patrzyłam na niego i miałam wrażenie, że rozmawiamy w obcym języku. Kiedyś potrafiliśmy się śmiać z byle czego, teraz każde zdanie brzmiało jak zarzut. Najbardziej czekałam na nowy stół. Wybrałam go sama, solidny, z myślą o długich rozmowach. Gdy wniesiono go do mieszkania, pogładziłam blat dłonią, jakby to był talizman.

– Ładny – rzucił Piotr.

– Przy nim będziemy jeść razem – dodałam z nadzieją.

– Jeśli będziemy mieli kiedy – odpowiedział po chwili.

Te słowa zabolały bardziej, niż chciałam przyznać. Zrozumiałam, że dla mnie ten stół był symbolem, dla niego tylko meblem. Remont trwał, a ja coraz częściej łapałam się na myśli, że naprawiam kuchnię, bo nie umiałam naprawić nas. Kurz osiadał na parapetach, a między nami narastała cisza, której nie dało się zmieść miotłą.

Stół, przy którym nikt nie czeka

Pierwszy obiad w nowej kuchni zaplanowałam z niemal dziecięcą starannością. Wstałam wcześniej, ugotowałam zupę, której Piotr kiedyś nie potrafił sobie odmówić. Nakryłam stół, zapaliłam małą świeczkę, choć było jasno. Chciałam, żeby poczuł, że to ten moment. Że to początek czegoś nowego. Siedziałam już gotowa, kiedy zadzwonił telefon.

– Nie zdążę – usłyszałam w słuchawce. – Coś się przeciągnęło.

Nie zapytałam co. Nie powiedziałam, że czekam. Odpowiedziałam tylko, że zupa może postać. Rozłączyłam się i przez chwilę patrzyłam na dwa talerze. Jeden z nich szybko wyniosłam do zlewu. Gdy Piotr wrócił późnym wieczorem, jadłam kanapkę, oparta o blat.

– Nie byłaś głodna wcześniej? – zapytał.

– Byłam – odparłam spokojnie. – Ale to już bez znaczenia.

Spojrzał na stół, jakby dopiero teraz zauważył, że naprawdę jest nowy. Usiadł, przesunął dłonią po blacie. Przez moment myślałam, że coś powie, że zapyta. Zamiast tego wstał i włączył czajnik.

– Wiesz – zaczęłam, zanim zdążyłam się rozmyślić – ten remont nie był tylko o kuchni.

– Domyślam się – odpowiedział. – Ale nie wszystko da się załatwić nowymi meblami.

To zdanie zawisło między nami. Poczułam złość, ale też zmęczenie. Od lat próbowałam „załatwiać” rozmowy, wspólne wyjazdy, drobne gesty. Teraz dotarło do mnie, że on nie widział w tym ratunku, tylko kolejne oczekiwania. Przez następne dni jedliśmy przy tym samym stole, ale osobno. On rano, ja wieczorem. Stół był solidny, stabilny, dokładnie taki, jaki sobie wymarzyłam. Tylko że stał się niemym świadkiem tego, jak bardzo się rozminęliśmy. Zrozumiałam, że wspólny mebel nie stworzy wspólnoty, jeśli każde z nas idzie w inną stronę.

Pęknięcie bez hałasu

Przełom nie przyszedł w kłótni. Nie było trzaskania drzwiami ani podniesionych głosów. Stało się to zwyczajnie, niemal niezauważalnie, w sobotni poranek, kiedy oboje byliśmy w domu. Piotr siedział przy stole z laptopem, ja wycierałam jeszcze wilgotne szafki, ciesząc się ich czystością bardziej, niż powinnam.

– Musimy pogadać – rzucił nagle, nie podnosząc wzroku.

Serce zabiło mi szybciej. Tego zdania bałam się od miesięcy, a jednocześnie na nie czekałam.

– Słucham – odpowiedziałam, siadając naprzeciwko.

Zamknął komputer i dopiero wtedy na mnie spojrzał. W jego oczach nie było złości, raczej coś w rodzaju rezygnacji.

– Ja się tu duszę – powiedział cicho. – Nie przez ciebie. Przez to, że od dawna udajemy, że wszystko jest w porządku.

Chciałam zaprzeczyć, powiedzieć, że przecież próbujemy, że remont był dowodem. Zamiast tego zapytałam:

– Od kiedy to wiesz?

– Od dawna. Może nawet zanim zaczęłaś planować tę kuchnię.

Te słowa zabolały, bo nagle wszystko ułożyło się w logiczną całość. Moje marzenia o wspólnych obiadach były próbą zatrzymania czegoś, co jemu już dawno wymknęło się z rąk.

– A ja? – zapytałam. – Myślisz, że mi było łatwo?

Skinął głową.

– Wiem. I właśnie dlatego nie chcę dłużej grać w ten teatr.

Siedzieliśmy przy stole, który miał nas połączyć, a zamiast tego stał się miejscem najuczciwszej rozmowy od lat. Ku własnemu zaskoczeniu nie płakałam. Poczułam raczej ulgę, jakby ktoś wreszcie nazwał to, co wisiało w powietrzu.

– Czy to już koniec? – zapytałam po chwili.

– Myślę, że tak – odpowiedział bez wahania.

Nie było w tym okrucieństwa. Była decyzja. Zrozumiałam, że pęknięcie nie zawsze jest głośne. Czasem objawia się ciszą i prostym zdaniem, którego nie da się cofnąć.

Przestałam w końcu czekać

Po tej rozmowie przez kilka dni funkcjonowaliśmy obok siebie w dziwnym zawieszeniu. Nikt nie ustalał zasad, nie robił planów. Piotr spał jeszcze w domu, ale coraz częściej wracał późno. Ja krzątałam się po kuchni, jakby porządkowanie szuflad mogło uporządkować myśli. W końcu któregoś popołudnia zobaczyłam walizkę w przedpokoju.

– Wyjeżdżasz? – zapytałam, choć odpowiedź była oczywista.

– Na razie do Tomka – odparł. – Muszę złapać dystans.

Pokiwałam głową. Dystans mieliśmy już od dawna, tylko żadne z nas nie chciało tego nazwać. Zaczął pakować rzeczy spokojnie, bez nerwowych ruchów. Stałam w drzwiach sypialni i obserwowałam, jak wybiera koszule, odkłada te „na potem”. Każdy gest był jak małe pożegnanie.

– Zostaw klucze – powiedziałam. – Przynajmniej na razie.

Spojrzał na mnie z zaskoczeniem.

– Jesteś pewna?

– Tak. Ten dom… – zawahałam się – musi w końcu stać się mój.

Przytaknął. Bez sprzeciwu. To bolało najbardziej, bo potwierdzało, że już dawno przestał o cokolwiek walczyć. Gdy wyszedł, zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami. Cisza była inna niż wcześniej. Nie ciężka, nie wroga. Raczej pusta. Poszłam do kuchni i usiadłam przy stole. Po raz pierwszy od dawna nie czekałam, aż ktoś do mnie dołączy. Wieczorem zjadłam kolację powoli, bez pośpiechu. Myślałam o tym, ile energii włożyłam w marzenie o „nas”, ignorując to, kim byłam sama. Ten stół nadal był piękny. Kuchnia dokładnie taka, jaką sobie wymarzyłam. Tylko sens tego marzenia musiał się zmienić. Zrozumiałam, że to nie był koniec domu. To był koniec pewnej wersji mnie, która wierzyła, że wystarczy chcieć za dwoje.

Uczyłam się słuchać siebie

Kilka tygodni później kuchnia wreszcie zaczęła żyć w rytmie, który nie bolał. Rano parzyłam kawę i siadałam przy stole z notesem, w którym zapisywałam sprawy odkładane latami. Nie czekałam już na czyjś krok w przedpokoju ani na dźwięk kluczy. Uczyłam się słuchać siebie, choć na początku ta cisza była niezręczna. Piotr zabrał resztę rzeczy w pogodny, chłodny dzień. Rozmawialiśmy krótko, spokojnie. Bez obietnic, bez powrotów do przeszłości. Kiedy zamknęłam za nim drzwi, poczułam smutek, ale nie żal. Raczej coś na kształt domknięcia, jakby ostatni element w końcu trafił na swoje miejsce.

Z czasem zaczęłam zapraszać ludzi. Siostrę, koleżankę z pracy, czasem sąsiadkę z dołu. Przy stole toczyły się rozmowy inne niż te, o których kiedyś marzyłam, ale prawdziwe. Śmiałam się głośniej, mówiłam wprost, nie dopasowywałam się już do czyjegoś nastroju. Zrozumiałam, że wspólny stół nic nie naprawi. Jest tylko przestrzenią. To, co się przy nim dzieje, zależy od tego, kto przy nim siada i z jaką intencją. Ja wreszcie usiadłam jako całość, nie jako połowa kogoś innego. Remont kuchni planowałam latami. Remont siebie zaczął się dopiero wtedy, gdy przestałam udawać, że jeszcze coś da się skleić.

Alicja, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama