„Remont pierwszego mieszkania puścił nas z torbami. Wydaliśmy na niego tyle pieniędzy, a dalej wygląda jak plac budowy”
„Dzisiaj, siedząc na surowej, betonowej wylewce w otoczeniu sterczących ze ścian kabli i wszechobecnego pyłu, zastanawiam się, jak mogliśmy być tak naiwni. Nasze konto bankowe świeci pustkami, odwołaliśmy wymarzone wakacje, a nasze mieszkanie przypomina opuszczony plac budowy, z którego zniknęli wszyscy pracownicy i zgasła ostatnia nadzieja”.

- Redakcja
Chcieliśmy tylko odświeżyć nasze pierwsze wspólne gniazdko. Szybka wymiana podłóg, nowe kafelki w łazience i malowanie ścian miały zająć maksymalnie miesiąc. Dzisiaj, siedząc na surowej, betonowej wylewce w otoczeniu sterczących ze ścian kabli i wszechobecnego pyłu, zastanawiam się, jak mogliśmy być tak naiwni. Nasze konto bankowe świeci pustkami, odwołaliśmy wymarzone wakacje, a nasze mieszkanie przypomina opuszczony plac budowy, z którego zniknęli wszyscy pracownicy i zgasła ostatnia nadzieja.
U nas liczy się zadowolony klient
Wszystko zaczęło się wczesną wiosną. Kiedy po wielu miesiącach poszukiwań i załatwiania formalności bankowych wreszcie odebraliśmy klucze do naszego wymarzonego, dwupokojowego mieszkania na starym osiedlu, oboje z Tomkiem pękaliśmy z dumy. Lokal z rynku wtórnego miał w sobie ogromny potencjał. Duże okna wychodzące na park, przestronny salon i układ, który pozwalał na stworzenie otwartej kuchni. Oczywiście wiedzieliśmy, że wnętrze wymaga odświeżenia. Stare linoleum w przedpokoju pamietało jeszcze poprzednią epokę, a w łazience dominowała zieleń, która mocno przytłaczała niewielkie pomieszczenie.
Nasz budżet był dość napięty. Zależało nam na tym, aby nie obciążać się kolejnymi zobowiązaniami finansowymi. Chcieliśmy wykorzystać oszczędności, które gromadziliśmy przez ostatnie lata na wspólnym koncie. Plan był prosty i wydawał się niezwykle rozsądny. Oprócz remontu, z tych samych pieniędzy planowaliśmy sfinansować nasz letni wyjazd w góry oraz zakupić nowe meble do salonu, w tym ogromny, szary narożnik, o którym zawsze marzyłam.
Szukaliśmy wykonawcy, który zrozumie nasze potrzeby i nie zrujnuje naszego portfela. Wtedy właśnie na lokalnym forum internetowym znaleźliśmy kontakt do pana Zbyszka. Jego ogłoszenie brzmiało niezwykle zachęcająco. Obiecywał terminowość, solidność i przede wszystkim konkurencyjne stawki. Kiedy spotkaliśmy się z nim po raz pierwszy w naszym pustym jeszcze mieszkaniu, od razu wzbudził nasze zaufanie. Wyjął gruby notes, zaczął mierzyć ściany, stukać w podłogi i uśmiechał się szeroko.
– Pani Ewo, panie Tomaszu, nie takie rzeczy się robiło – powiedział z niezwykłą pewnością siebie, wpisując kolejne wymiary do swojego zeszytu. – Tu zrobimy gładzie, tam położymy panele, łazienkę zrobimy w nowoczesnym stylu. Uwinę się ze swoimi chłopakami w cztery tygodnie. A koszty? Zrobię wam taką wycenę, że będziecie państwo zachwyceni. My nie bierzemy z kosmosu, u nas liczy się zadowolony klient.
Spojrzeliśmy na siebie z Tomkiem z ogromną ulgą. Kosztorys, który pan Zbyszek przesłał nam następnego dnia, idealnie wpisywał się w nasze ramy finansowe. Zostawało nam nawet sporo zapasu na wymarzony narożnik i górską wyprawę. Uścisnęliśmy sobie dłonie, przekazaliśmy pierwszą zaliczkę na zakup niezbędnych materiałów budowlanych i z radością wręczyliśmy mu komplet kluczy.
Nasza radość nie trwała długo
Pierwsze dni remontu napawały nas ogromnym optymizmem. Po pracy przyjeżdżaliśmy na nasze osiedle, aby patrzeć, jak pan Zbyszek wraz ze swoim pomocnikiem zrywają stare tapety i demontują starą armaturę w łazience. Wszędzie unosił się zapach kurzu, ale dla nas był to zapach nadchodzących zmian. Codziennie robiliśmy zdjęcia postępów i wysyłaliśmy je naszym rodzinom. Jednak nasza radość nie trwała długo. W połowie drugiego tygodnia zadzwonił do mnie pan Zbyszek. Jego głos nie brzmiał już tak radośnie i beztrosko jak podczas naszego pierwszego spotkania.
– Pani Ewo, musi pani pilnie przyjechać na mieszkanie. Mamy tu mały problem – powiedział poważnym tonem.
Zwolniłam się z pracy i pojechałam na miejsce z duszą na ramieniu. Gdy tylko weszłam do przedpokoju, zobaczyłam rozprute ściany i zmartwioną twarz wykonawcy.
– Widzi pani te kable? – wskazał dłonią na plątaninę przewodów wystających z tynku. – To jest instalacja aluminiowa. Tego się już od lat nie używa. Jak ja pani podłączę nową płytę indukcyjną czy piekarnik, to wywali korki na całym osiedlu. Trzeba to wszystko wymienić na miedź. Kucie ścian, kładzenie nowych przewodów. To będzie kosztować dodatkowo.
– Ale panie Zbyszku, mówił pan, że instalacja jest w porządku – byłam zupełnie skołowana. – Przecież pan to sprawdzał na pierwszym spotkaniu.
– Wtedy patrzyłem na gniazdka, a nie to, co siedzi głęboko w murze – odparł z niewinnym uśmiechem, rozkładając ręce. – Sama pani rozumie, bezpieczeństwo przede wszystkim. Zrobię to najtaniej jak potrafię, ale na materiały potrzebuję dodatkowej gotówki.
Wieczorem długo rozmawialiśmy z Tomkiem. Zdecydowaliśmy, że bezpieczeństwo faktycznie jest najważniejsze. Wyciągnęliśmy z naszego konta oszczędnościowego kolejną pulę pieniędzy, tę przeznaczoną na wymarzony narożnik w salonie. Stwierdziliśmy, że na razie usiądziemy na starych fotelach, które odda nam moja mama. Najważniejsze było, aby mieć solidne i bezpieczne ściany.
Poczułam, jak grunt usuwa mi się spod nóg
Kolejne tygodnie zamieniły się w pasmo niekończących się niespodzianek. Pieniądze znikały z naszego konta w zastraszającym tempie, a końca prac w ogóle nie było widać. Za każdym razem, gdy pojawialiśmy się w mieszkaniu, dowiadywaliśmy się o nowych trudnościach. Okazało się, że ściany w salonie są tak krzywe, że zwykłe gładzie nie wystarczą i trzeba stawiać specjalne stelaże z płytami kartonowo-gipsowymi. Rury w łazience rzekomo rozpadały się w dłoniach i wymagały natychmiastowej wymiany. Pan Zbyszek bez mrugnięcia okiem wypisywał kolejne kartki z długimi listami materiałów.
Tomek zaczął brać dodatkowe zmiany w pracy. Wracał do domu późnym wieczorem, wyczerpany i milczący. Nasze rozmowy ograniczały się tylko do kalkulowania, z czego jeszcze możemy zrezygnować, aby sfinansować zachcianki wykonawcy. Anulowaliśmy rezerwację naszego górskiego wyjazdu. Pieniądze z wakacji powędrowały na nowe rury, zawory i worki z klejem, które piętrzyły się w naszym salonie.
Zaczęłam nabierać coraz większych podejrzeń. Kiedy pewnego popołudnia wpadłam do mieszkania bez zapowiedzi, zastałam tam przeraźliwą ciszę. Nie było ani pana Zbyszka, ani jego ekipy. Narzędzia leżały rozrzucone na podłodze, a worki z gipsem były nawet nieotwarte. Z łazienki dobiegało tylko miarowe kapanie wody ze starego zaworu. Wychodząc z klatki schodowej, spotkałam panią Janinę, naszą starszą sąsiadkę z pierwszego piętra. Zawsze uśmiechnięta staruszka tym razem spojrzała na mnie ze współczuciem.
– Pani sąsiadko, ja nie chcę się wtrącać w nieswoje sprawy – zaczęła cicho. – Ale tych pani majstrów to tu częściej nie ma, niż są. Przychodzą rano na godzinę, posiedzą na balkonie, poklikają w tych swoich telefonach, a potem wsiadają do tego białego samochodu i odjeżdżają. Wczoraj to nawet widziałam, jak wynosili te nowe paczki z kafelkami. Podobno do innego klienta mieli podrzucić na chwilę, tak przynajmniej pan Zbyszek mi mówił na korytarzu.
Poczułam, jak grunt usuwa mi się spod nóg. Moje serce zaczęło bić szybciej. Wróciłam do mieszkania i przeliczyłam paczki z płytkami do łazienki, które kupiliśmy zeszłego tygodnia. Brakowało trzech kartonów.
Przecież bym państwa nie oszukał
Od razu wykręciłam numer do wykonawcy. Moje dłonie drżały z nerwów.
– Panie Zbyszku, gdzie pan jest? – zapytałam, starając się opanować drżenie głosu. – Byliśmy umówieni, że do końca tygodnia łazienka będzie wypłytkowana. A na miejscu nie ma nikogo! Zniknęły też trzy paczki naszych kafli!
– Pani Ewo, spokojnie, niech się pani tak nie denerwuje – jego głos był miękki i opanowany, co tylko spotęgowało moją frustrację. – Chłopaki dzisiaj pojechali po specjalne wiertła, bo te wasze ściany są z jakiegoś twardego betonu. A kafelki pożyczyłem tylko na moment na inną budowę, bo zabrakło mi identycznych, jutro rano przywiozę nowe prosto z hurtowni. Przecież bym państwa nie oszukał. Jesteśmy na finiszu. Musi mi pani tylko przelać ostatnią transzę na panele i farby, i do końca miesiąca pijemy kawę w nowym salonie.
Przekazałam treść rozmowy Tomkowi. Byliśmy wykończeni. Zmęczenie materiału, ciągły stres i brak czasu dla siebie sprawiły, że nie myśleliśmy już racjonalnie. Chcieliśmy po prostu, aby ten koszmar się skończył. Przelaliśmy ostatnie oszczędności, jakie mieliśmy. Na naszym koncie zostało zaledwie kilkaset złotych na bieżące wydatki i jedzenie. Oddaliśmy wszystko, wierząc w tę ostatnią obietnicę.
W zamian otrzymaliśmy ruinę
Minął tydzień od ostatniego przelewu. W poniedziałek rano miałam spotkać się z panem Zbyszkiem, aby wybrać ostateczne odcienie farb do sypialni. Kiedy dojechałam na miejsce, drzwi do mieszkania były otwarte na oścież. Weszłam do środka i zamarłam. Mieszkanie wyglądało gorzej niż w dniu, w którym zaczęliśmy remont. Wszędzie leżał gruby, szary pył. Ze ścian zwisały niepodłączone, smętnie wyglądające kable. W łazience znajdowała się goła wylewka, w dodatku nierówna i pełna gruzu. Nie było kafelków, nie było obiecanej wanny ani nowej instalacji.
Wyciągnęłam telefon i zadzwoniłam. Z głośnika usłyszałam tylko mechaniczny głos informujący, że wybrany abonent jest obecnie niedostępny. Cisza, która odbijała się echem od pustych, zrujnowanych ścian mojego wymarzonego domu. Zsunęłam się po brudnej ścianie i usiadłam na betonowej podłodze. Czułam, jak łzy same napływają mi do oczu, tworząc mokre ścieżki na mojej zakurzonej twarzy. Wydaliśmy każdą złotówkę, zrezygnowaliśmy z wakacji, sprzedaliśmy kilka wartościowych rzeczy, odmawialiśmy sobie wszystkiego. W zamian otrzymaliśmy ruinę, w której nie dało się nawet umyć rąk, a co dopiero zamieszkać.
Kiedy kilkadziesiąt minut później dołączył do mnie Tomek, nie musiał nic mówić. Objął mnie mocno ramieniem, opierając brodę na moim ramieniu. Siedzieliśmy w ciszy pośród gruzu, patrząc na zniszczone marzenia o własnym, pięknym kącie. Nasz rzekomo niedrogi remont kosztował nas wszystkie oszczędności, ogrom nerwów i prawie zniszczył nasz związek. Teraz przed nami stało najtrudniejsze zadanie. Musieliśmy doprowadzić to miejsce do stanu używalności. Patrząc jednak na Tomka, który mocno ściskał moją dłoń ubrudzoną gipsem, wiedziałam jedno. Zostaliśmy z niczym, w pustym betonie, ale przynajmniej mieliśmy siebie. A to był jedyny fundament, którego nikt nie potrafił nam zrujnować.
Ewa, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Budowaliśmy dom przez 7 lat. Dopiero przypadkiem odkryłam, dlaczego mój mąż nigdy nie chciał go skończyć”
- „Przed sprzedażą starego domu chcieliśmy pożegnać się z ogrodem. Wtedy mój syn zrobił coś, co doprowadziło nas do łez”
- „Żałuję, że zgodziłem się na pomoc teścia przy wiosennym remoncie. Naszych pękniętych relacji nie połączy nawet fuga”