Reklama

Nagle każde jego „jakoś to będzie” przestało przynosić mi ulgę. Remont mieszkania wydał mi się logicznym krokiem – skoro nie potrafiłam naprawić emocji, mogłam przynajmniej ogarnąć ściany, podłogi i przyszłość w wersji materialnej. Wierzyłam, że jeśli przestrzeń będzie gotowa, my też tacy się staniemy.

Oddaliliśmy się od siebie

Remont ruszył szybciej, niż się spodziewałam. Jednego dnia mierzyliśmy mój brzuch, żeby zobaczyć jak się powiększa, drugiego – metry ścian i listwy przypodłogowe. Kurz wdzierał się wszędzie, nawet do herbaty, którą piłam już tylko letnią, bo ciągle ktoś czegoś ode mnie chciał. Paweł biegał między hurtowniami, telefon dzwonił bez przerwy, a ja siedziałam na taborecie w kuchni bez podłogi i próbowałam nie myśleć o pieniądzach.

– Znowu podnieśli cenę płytek – rzucił któregoś wieczoru, nie patrząc na mnie.

– To może wybierzemy tańsze? – zaproponowałam ostrożnie.

– Tańsze już mamy wszędzie – odpowiedział i westchnął tak, jakby to była moja wina.

Zaczęliśmy rozmawiać wyłącznie o remoncie i czekających nas zadaniach. Kto odbierze farbę, kto zapłaci zaliczkę, kto przypilnuje hydraulika. Gdy próbowałam wrócić do tematów, które kiedyś były dla nas ważne, Paweł reagował niecierpliwością.

– Natalia, nie teraz. Naprawdę nie teraz – ucinał, zakładając kurtkę. – Muszę coś jeszcze załatwić.

Coraz częściej znikał po południu, wracał późno, zmęczony i zamknięty w sobie. Tłumaczyłam to stresem. W końcu miał zostać ojcem, ja byłam w szóstym miesiącu ciąży, a konto topniało szybciej, niż przybywało faktur. Bałam się narzekać. Bałam się, że jeśli dołożę jeszcze swoje lęki, wszystko się rozsypie.

Wieczorami leżałam na materacu rozłożonym w salonie, słuchając, jak Paweł krząta się w drugim pokoju. Nie przychodził już tak często, nie kładł ręki na moim brzuchu, nie pytał, jak się czuję. Gdy raz spróbowałam przyciągnąć go do siebie, odsunął się lekko.

– Jestem wykończony – powiedział cicho. – Jutro wstaję wcześnie.

Zaczęłam wierzyć, że nasz związek opiera się wyłącznie na harmonogramach i paragonach. Że dopóki coś planujemy, jeszcze istniejemy. A ja, zamiast zapytać wprost, zapisywałam kolejne wydatki w zeszycie i mówiłam sobie, że to tylko etap. Że jak skończymy remont, wrócimy do siebie.

Zaczęłam go obserwować

Najgorsze były noce. Budziłam się i patrzyłam w sufit, na którym farba jeszcze pachniała nowością, a mimo to czułam, jakby coś już zaczynało się łuszczyć. Paweł spał obok, odwrócony plecami. Kiedyś w takich chwilach przesuwał się bliżej, teraz między nami była wyraźna linia, jak źle położona fuga.

Zaczęłam zauważać drobiazgi, których wcześniej nie chciałam widzieć. Telefon Pawła, zawsze odkładany ekranem do dołu. Nowe hasło, wypowiedziane półżartem, gdy zapytałam, czy mogę sprawdzić godzinę. Nerwowe spojrzenie, zanim odpowiedział na połączenie i wyszedł do przedpokoju.

– Kto dzwonił? – zapytałam któregoś dnia.

– Z pracy – rzucił zbyt szybko. – Nic ważnego.

„Nic ważnego” powtarzało się coraz częściej. Tak samo jak jego milczenie, gdy mówiłam o przyszłości. O tym, jak poukładamy opiekę, jak wyobrażam sobie pierwsze tygodnie po porodzie. Słuchał, kiwał głową, ale miałam wrażenie, że jest już gdzie indziej. Wieczorem siedzieliśmy przy prowizorycznym stole. Ja jadłam wolno, on co chwilę zerkał w telefon.

– Paweł, martwi mnie to wszystko – powiedziałam w końcu. – My… jakoś się mijamy.

– Przesadzasz – odpowiedział. – To hormony. I stres.

Zabolało bardziej, niż chciałam przyznać. Nie dlatego, że mnie zbył, ale dlatego, że uwierzyłam. Uznałam, że moje myśli są niewiarygodne, że ciąża odbiera mi rozsądek. Przestałam pytać. Zaczęłam obserwować. W nocy, gdy znowu nie mogłam zasnąć, słuchałam jego oddechu i próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio rozmawialiśmy o czymś innym niż remont. O nas. Coraz trudniej było mi znaleźć taki moment. Jakby wspólne życie powoli zamieniało się w projekt do odhaczenia.

Wmawiałam sobie, że nie mogę teraz wszystkiego analizować. Że potrzebuję spokoju. Że dziecko jest ważniejsze niż moje lęki. Ale gdzieś pod tą racjonalnością pojawiła się cienka rysa. Jeszcze niewielka, prawie niewidoczna. Taka, którą łatwo zignorować. A jednak wiedziałam, że jeśli zacznie się poszerzać, nie da się jej już zamalować.

Czułam się upokorzona

To był czysty przypadek. Paweł zostawił telefon na blacie w kuchni, obok niedopitej kawy i kluczy. Poszedł pod prysznic, a ja chciałam sprawdzić godzinę, bo ekipa miała przyjść wcześniej. Pamiętam ten moment aż za dobrze – zawahałam się tylko przez sekundę. Potem ekran rozjaśnił mi twarz. Powiadomienie było krótkie. Imię: Klara. „Dobrze było usłyszeć twój głos. Daje mi to spokój”.

Nie od razu zrozumiałam sens tych słów. Przeczytałam je kilka razy, jakby miały się zmienić. Palce drżały mi tak, że musiałam oprzeć się o szafkę. Nie czułam złości. Najpierw przyszło coś gorszego – dezorientacja. Otworzyłam rozmowę. Nie było tam nic oczywistego. Żadnych deklaracji, żadnych zakazanych obietnic. Za to była codzienność. Wymiana myśli. Troska wyrażona w pytaniach, których Paweł od dawna mi nie zadawał.

„Jak się dziś czujesz?”. „Myślałem o tym, co mówiłaś wczoraj”. „Szkoda, że nie mogę być bliżej, kiedy masz taki dzień”. Czytałam dalej, a w środku narastała cisza. Taka, która zagłusza wszystko. Zrozumiałam, że ktoś inny dostawał jego uwagę, jego uważność, jego czas. To nie była zdrada, którą łatwo nazwać i potępić. To było coś, co rosło powoli, po cichu, dokładnie tam, gdzie ja przestałam być ważna. W jego sercu.

– Natalia? – zawołał z łazienki. – Podasz mi ręcznik?

Odłożyłam telefon dokładnie w to samo miejsce. Serce biło mi nierówno, jakby próbowało uciec z klatki. Podałam mu ręcznik, nie patrząc w oczy.

– Wszystko w porządku? – zapytał, zerkając na mnie uważniej.

Skinęłam głową. Nie byłam gotowa, jeszcze nie. Usiadłam na krześle i patrzyłam na świeżo pomalowaną ścianę. W środku czułam upokorzenie, ale też dziwne potwierdzenie. To, co od tygodni mnie uwierało, miało imię. Zrozumiałam, że nie chodziło o dowody. Chodziło o kłamstwa. A tego nie mogłam wybaczyć.

Ten remont miał być dla nas

Konfrontacja nie była zaplanowana. Nie wybrałam odpowiedniego momentu ani słów. Stało się to między jedną a drugą warstwą farby, w zapachu świeżej gładzi i zmęczenia. Paweł stał przy oknie w pokoju, który miał być dla dziecka i coś mierzył, mrucząc pod nosem.

Kim jest Klara? – zapytałam.

Odwrócił się powoli. Przez chwilę udawał, że nie dosłyszał.

– Słucham?

– Klara – powtórzyłam. – Ta, z którą rozmawiasz częściej niż ze mną.

Zobaczyłam, jak napięcie przebiega mu po twarzy. Nie zaprzeczył. To zabolało najbardziej.

– To nie jest tak, jak myślisz – zaczął, odkładając miarkę.

– A co takiego myślę? – weszłam mu w słowo. – Że ktoś inny wie, jak się czujesz? Że komuś innemu mówisz, kiedy masz gorszy dzień? Że ja nic o tym nie wiem i nie mogę liczyć na podobną troskę? A przecież to ja jestem w ciąży z twoim dzieckiem, Paweł!

Usiadł ciężko na parapecie. Przetarł twarz dłońmi.

– Ja się po prostu bałem – powiedział w końcu. – Tego wszystkiego. Odpowiedzialności. Tego, że zaraz będę ojcem, a wszystko wymyka mi się spod kontroli. Z Klarą było… jakoś lżej.

– Lżej – powtórzyłam cicho. – A ja? Ja byłam ciężarem?

Podszedł do mnie, ale cofnęłam się instynktownie. Poczułam, że coś się we mnie łamie, choć głos miałam zaskakująco spokojny.

– Remontowałam to mieszkanie dla naszego dziecka – powiedziałam. – Dla nas. A ty w tym czasie budowałeś sobie inną przestrzeń. Beze mnie.

Milczał. Nie próbował się już tłumaczyć. W tym milczeniu zrozumiałam więcej niż z jakichkolwiek słów. Że to, co się między nami rozsypało, nie stało się nagle. Że remont był tylko zasłoną, pod którą od dawna pękało coś ważniejszego. Popatrzyłam na świeżo pomalowane ściany i poczułam, że ta wizja rodziny, którą sobie nosiłam, właśnie się kończy. Nie z hukiem. Z cichym, nieodwracalnym trzaskiem.

Zostałam sama w ciąży

Mieszkanie było gotowe szybciej, niż zdążyłam oswoić nową rzeczywistość. Ekipa wyniosła ostatnie narzędzia, kurz opadł, a cisza zrobiła się nienaturalnie głośna. Pokój dziecięcy wyglądał dokładnie tak, jak planowałam – jasne ściany, prosta komoda, mała lampka z ciepłym światłem. Stałam w progu i nie czułam nic poza zmęczeniem.

Paweł krążył po mieszkaniu jeszcze przez kilka dni, jakby szukał dla siebie miejsca. Rozmowy były krótkie, rzeczowe. Kto zabierze co, jak podzielimy wydatki, kiedy odda klucze. Nie wracaliśmy do tamtej rozmowy. Ona już zrobiła swoje.

– Na razie przeniosę się do kolegi – powiedział któregoś wieczoru. – Musimy… ochłonąć.

Skinęłam głową. Nie zapytałam, czy to „na razie” ma jakiś termin. Widziałam, że decyzja zapadła wcześniej, tylko ja dowiedziałam się o niej jako ostatnia.

Kiedy zamknęły się za nim drzwi, usiadłam na podłodze w salonie. Gładkiej, równej, dokładnie takiej, jaką chciałam. Pomyślałam, że wszystko wokół jest skończone, tylko ja zostałam w połowie drogi. Z brzuchem, który przypominał o przyszłości, i sercem, które nie nadążało za zmianami.

Zaczęłam funkcjonować jak gość we własnym domu. Otwierałam szafki, w których wszystko miało swoje miejsce, ale nic nie było moje. W nocy chodziłam do pokoju dziecka i siadałam na krześle, próbując wyobrazić sobie siebie w nowej roli. Już nie „nas”, tylko mnie. Zrozumiałam, że nie odbuduję tego związku. Tu nie wystarczyło położyć nowej warstwy i udawać, że pod spodem nic nie pękło. Zostałam sama, ale po raz pierwszy od dawna wiedziałam, że to jedyne uczciwe wyjście.

Nie wszystko da się odbudować

Z czasem przestałam traktować ten remont jak porażkę. Stał się dowodem na to, że potrafię doprowadzić coś do końca, nawet kiedy wszystko dookoła się wali. Przestałam też zadawać sobie pytanie, co zrobiłam nie tak. Coraz częściej myślałam raczej o tym, jak bardzo próbowałam utrzymać coś, co już dawno przestało być wspólne.

Paweł dzwonił jeszcze kilka razy. Rozmawialiśmy spokojnie, bez pretensji. O sprawach praktycznych, o przyszłości dziecka. Nie wracaliśmy do Klary. Nie dlatego, że nie miała znaczenia, ale dlatego, że jej obecność była tylko skutkiem, a nie przyczyną. Prawdziwy problem był między nami dużo wcześniej, tylko żadne z nas nie miało odwagi go nazwać.

Zaczęłam urządzać mieszkanie na nowo, już bez planu „dla rodziny”. Ustawiałam meble tak, żeby było mi wygodniej. Zmieniłam miejsce łóżka, powiesiłam zasłony, które wybrałam sama, bez konsultacji. Każda taka decyzja była drobna, ale dawała mi poczucie sprawczości, którego tak bardzo mi brakowało.

Najtrudniejsze były chwile zwątpienia. Moment, gdy siadałam w gotowym pokoju dziecka i zastanawiałam się, jak dam sobie radę. Ale wtedy kładłam dłoń na brzuchu i mówiłam na głos, że dam. Bo muszę. I bo wbrew wszystkiemu chcę.

Zrozumiałam, że remont był próbą naprawienia nie tylko mieszkania, ale i związku, który od dawna się kruszył. Ściany są nowe, podłogi równe, ale nie wszystko da się odbudować. Czasem jedynym wyjściem jest zostawić to, co pękło, i zbudować siebie od początku. Inaczej. Skromniej. Za to uczciwie.

Natalia, 30 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama