„Robiłam porządki w dokumentach, bo chciałam mieć wszystko pod kontrolą. 1 umowa pokazała, że od dawna żyję w kłamstwie”
„Usiadłam przy kuchennym stole i po raz pierwszy pozwoliłam sobie na łzy. Nie płakałam tylko z powodu zdrady. Płakałam z powodu naiwności, z powodu tych wszystkich wieczorów, kiedy czekałam z kolacją, z powodu rozmów, w których wierzyłam w każde jego słowo”.

- Redakcja
Od zawsze miałam wrażenie, że jeśli trzymam papiery w segregatorach, a rachunki w równych stosach, to moje życie też pozostaje uporządkowane. Tego popołudnia, gdy wyjęłam z szuflady teczkę z dokumentami, nie spodziewałam się, że jedna umowa sprawi, że wszystko, co uważałam za stabilne, zacznie chwiać się jak źle ustawiony regał.
Wierzyłam mu na słowo
Marek śmiał się ze mnie, że przesadzam z kontrolą.
– Naprawdę musisz układać paragony rocznikami? – zapytał, opierając się o framugę drzwi do gabinetu.
– Tak. Dzięki temu wiem, gdzie co jest – odpowiedziałam, nie podnosząc wzroku znad papierów. – Przynajmniej w dokumentach panuje porządek.
Uśmiechnął się tylko i wrócił do salonu. Słyszałam, jak włącza telewizor. Dźwięk wiadomości mieszał się z szelestem kartek. Otwierałam kolejne koperty: rachunki za prąd, umowy z dostawcą internetu, potwierdzenia przelewów. Czułam satysfakcję. Wszystko miało swoje miejsce. Aż trafiłam na cienką, szarą teczkę, której wcześniej nie widziałam. Nie przypominałam sobie, żebym ją zakładała. Na pierwszej stronie widniało nazwisko Marka i adres… inny niż nasz. Zamarłam. Przesunęłam palcem po linijce z datą. Umowa najmu. Podpisana trzy lata temu. Trzy lata.
– Marek! – zawołałam głośniej, niż planowałam.
Wszedł do gabinetu z lekkim zniecierpliwieniem.
– Co się stało?
Odwróciłam w jego stronę dokument.
– To jest jakiś błąd?
Spojrzał na kartkę, a potem na mnie. Na ułamek sekundy jego twarz stężała. Później przybrał neutralny wyraz.
– A, to… Nic ważnego.
– Nic ważnego? – powtórzyłam. – Wynajmujesz mieszkanie i to jest „nic ważnego”?
– To tylko formalność – odparł szybko. – Pomagam koledze. Nie mógł wziąć umowy na siebie.
– Od trzech lat mu pomagasz? – mój głos zrobił się cichy, ale napięty jak struna.
Nie odpowiedział od razu. Odwrócił wzrok. W mojej głowie zaczęły się układać daty. Trzy lata temu Marek częściej zostawał „dłużej w pracy”. Mówił, że projekt się przeciąga, że firma przechodzi reorganizację. Wierzyłam mu na słowo. Nawet byłam dumna, że tak mu ufam.
– Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? – zapytałam w końcu.
– Bo wiedziałem, że zrobisz z tego problem – odpowiedział zbyt szybko.
Zrobiłam krok w jego stronę.
– Robię problem z tego, że mój mąż ma drugie mieszkanie i nie raczył mnie o tym poinformować?
Milczał. I to milczenie bolało bardziej niż jakiekolwiek wyjaśnienia. Zaczęłam przeglądać kolejne strony. Stałe opłaty. Przelewy wychodzące z naszego wspólnego konta.
– Płacimy za to razem? – zapytałam, choć odpowiedź leżała przede mną czarno na białym.
– To nie są duże kwoty – mruknął.
W tej chwili nie chodziło o pieniądze. Chodziło o to, że przez trzy lata żyłam obok czegoś, o czym nie miałam pojęcia.
– Chcę tam pojechać – powiedziałam stanowczo.
– Nie musisz – odpowiedział natychmiast.
– Chcę.
Spojrzałam na niego i po raz pierwszy od dawna nie rozpoznawałam w jego oczach tego ciepła, które kiedyś mnie uspokajało. Zobaczyłam dystans. Jakbyśmy stali po dwóch stronach szyby. Tamtego wieczoru nie wróciłam już do porządków. Segregatory zostały otwarte, papiery rozsypane. W mojej głowie panował większy chaos niż na biurku. Po raz pierwszy pomyślałam, że może ten porządek był tylko iluzją. A jeśli jedna umowa była kłamstwem, to co jeszcze nim było?
Nie tylko ja żyłam w kłamstwie
Następnego dnia nie czekałam, aż Marek sam zaproponuje rozmowę. Wstałam wcześniej, przygotowałam śniadanie i udawałam, że wszystko jest normalnie. On też grał tę samą rolę. Rozmawialiśmy o planach na weekend, o rachunku za prąd, o tym, że trzeba umówić przegląd samochodu. Ta zwyczajność była nie do zniesienia.
– Po pracy jadę pod ten adres – powiedziałam spokojnie, gdy wkładał marynarkę. – Chcesz jechać ze mną czy mam iść sama?
Zawahał się.
– To naprawdę nie ma sensu.
– Dla mnie ma.
Westchnął ciężko.
– Dobrze. Pojedziemy razem.
Przez cały dzień nie mogłam się skupić. W pracy odpowiadałam półsłówkami, dwa razy wysłałam maila z błędem. W głowie wciąż widziałam tę datę sprzed trzech lat. Przypominałam sobie tamten okres – moje zmęczenie, jego wieczne „jeszcze chwilę w biurze”, moje tłumaczenie znajomym, że Marek ma ambitny projekt. Pod wskazany adres dojechaliśmy po siedemnastej. Kamienica była zwyczajna, niczym się nie wyróżniała. Odpadający tynk przy wejściu, skrzynki na listy z wyblakłymi nazwiskami.
– Które to mieszkanie? – zapytałam.
– Drugie piętro – odpowiedział cicho.
Weszliśmy po schodach. Każdy krok odbijał się echem. Czułam, jak serce mi wali. Marek wyjął klucz. Nie patrzył na mnie. Drzwi otworzyły się bez oporu. W środku było czysto. Mały przedpokój, jasne ściany, wieszaki z kilkoma kurtkami. Jedna z nich była damska. Jasnobeżowa, w moim rozmiarze.
– Czyj to płaszcz? – zapytałam.
– To nie… – zaczął, ale urwał.
Przeszłam dalej. W salonie stała rozkładana sofa, niski stolik, półka z książkami. Na parapecie doniczka z uschniętym kwiatem. W powietrzu unosił się zapach proszku do prania. W sypialni stało łóżko. Po jednej stronie leżała męska koszula. Po drugiej – kobiecy szalik. Odwróciłam się powoli.
– Powiedz mi prawdę – powiedziałam. – Teraz.
Stał w drzwiach, jakby nie wiedział, czy wejść, czy uciec.
– To nie jest tak, jak myślisz – odezwał się w końcu.
– W takim razie jak?
Milczał. Widziałam, jak napina szczękę.
– Przez jakiś czas… spotykałem się z kimś – powiedział cicho.
Słowa zawisły między nami. Nie krzyczałam. Nie płakałam. Czułam, jakby ktoś wyłączył we mnie wszystkie dźwięki.
– Przez jakiś czas? – powtórzyłam. – Trzy lata to „jakiś czas”?
– To się zaczęło, kiedy między nami było trudno – tłumaczył się nerwowo. – Ciągle byłaś zmęczona, zamknięta w sobie. Miałem wrażenie, że już ci na mnie nie zależy.
Poczułam ukłucie. Bo to częściowo była prawda. Tamten rok był dla mnie ciężki. Problemy w pracy, choroba mamy. Jednak czy to usprawiedliwiało życie na dwa domy?
– I zamiast ze mną porozmawiać, wynająłeś mieszkanie? – zapytałam.
– To miało być chwilowe. Naprawdę. Myślałem, że to się skończy szybciej.
Rozejrzałam się po pokoju.
– Wygląda na to, że urządziłeś się tu całkiem wygodnie.
W tej chwili usłyszeliśmy dźwięk klucza w zamku. Drzwi wejściowe skrzypnęły. Do mieszkania weszła kobieta. Zatrzymała się w progu salonu, widząc mnie.
– Marek? – powiedziała niepewnie. – Kim jest ta pani?
Spojrzałam na nią uważnie. Była młodsza ode mnie, może o kilka lat. Marek otworzył usta, ale nie wydobył z siebie żadnego słowa.
– Jestem jego żoną – powiedziałam spokojnie.
Jej twarz pobladła.
– Żoną? – powtórzyła, patrząc na niego. – Mówiłeś, że jesteś po rozwodzie.
W tym momencie coś we mnie pękło. Nie z bólu. Z jasności. Zrozumiałam, że nie tylko ja żyłam w kłamstwie.
– Jak długo jesteście razem? – zapytałam ją.
– Dwa lata – odpowiedziała drżącym głosem. – Mówił, że ma za sobą trudne małżeństwo.
Spojrzałam na Marka. Stał bezradny, jakby nagle stracił wszystkie swoje wymówki.
– Czyli przez trzy lata mnie okłamywałeś – powiedziałam powoli – a przez dwa ją.
Nie zaprzeczył. W tej chwili poczułam, że nie chcę już żadnych wyjaśnień. Ten pokój, łóżko, wspólne opłaty – wszystko stało się dowodem, którego nie dało się podważyć. Zdjęłam obrączkę i położyłam ją na stoliku.
– Nie musisz już nic tłumaczyć – powiedziałam. – Wreszcie mam pełny obraz.
Odwróciłam się do wyjścia. Za plecami usłyszałam jego ciche:
– Aneta, proszę…
Nie zatrzymałam się.
Pozwoliłam sobie na łzy
Nie wróciłam tamtego wieczoru do naszego mieszkania. Zatrzymałam się u siostry. Gdy otworzyła drzwi i zobaczyła moją twarz, nie zadawała zbędnych pytań.
– Co się stało? – zapytała tylko cicho.
– Okazało się, że nie byłam jedyną kobietą w swoim małżeństwie – odpowiedziałam spokojnie, choć w środku wszystko drżało.
Usiadłam przy kuchennym stole i po raz pierwszy pozwoliłam sobie na łzy. Nie płakałam tylko z powodu zdrady. Płakałam z powodu naiwności, z powodu tych wszystkich wieczorów, kiedy czekałam z kolacją, z powodu rozmów, w których wierzyłam w każde jego słowo. Marek dzwonił. Kilkanaście nieodebranych połączeń. W końcu odebrałam.
– Musimy porozmawiać – powiedział.
– Rozmawialiśmy wczoraj – odparłam. – Teraz czas na decyzje.
– To był błąd. Pogubiłem się. Możemy to jeszcze naprawić.
Zamknęłam oczy. Przez chwilę naprawdę chciałam w to uwierzyć. Przypomniałam sobie nasze początki, wspólne wyjazdy, śmiech przy składaniu mebli do pierwszego mieszkania. Jednak tamten Marek nie wynajmował drugiego życia za moimi plecami.
– Nie pogubiłeś się – powiedziałam spokojnie. – Podejmowałeś decyzje każdego dnia przez trzy lata. To nie był jeden moment.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– Czy to koniec? – zapytał w końcu.
– Tak.
Słowo było krótkie, ale miało w sobie ciężar, którego nie dało się cofnąć. Kolejne tygodnie były trudne. Wracałam do naszego mieszkania tylko po rzeczy. On już tam nie mieszkał. Podobno przeniósł się do tamtego lokalu na stałe. Nie interesowało mnie to. Skupiłam się na formalnościach. Dokumenty, które kiedyś dawały mi poczucie kontroli, teraz stały się narzędziem do zamknięcia pewnego rozdziału. Najbardziej bolało mnie to, że przez tyle czasu ignorowałam sygnały. Jego nieobecność, zmienione hasła w telefonie, nagłe wyjazdy. Tłumaczyłam wszystko zmęczeniem, stresem, „trudnym okresem”. Któregoś dnia spotkałam przypadkiem tę kobietę z mieszkania. Stała w kolejce w księgarni. Zobaczyła mnie i podeszła.
– Chciałam panią przeprosić – powiedziała niepewnie. – Nie wiedziałam.
– Wiem – odpowiedziałam. – Ja też nie wiedziałam.
Patrzyłyśmy na siebie przez chwilę w milczeniu. Dwie kobiety, które uwierzyły w tę samą historię.
– Odeszłam – dodała cicho.
Skinęłam głową. To było dziwnie oczyszczające. Nie byłam „tą porzuconą”. Byłam osobą, która wreszcie zobaczyła prawdę. Kilka miesięcy później siedziałam znowu przy biurku, przeglądając dokumenty. Tym razem dotyczyły sprzedaży mieszkania. Postanowiłam zacząć od nowa w innym miejscu. Gdy zamykałam ostatni segregator, poczułam coś, czego dawno nie czułam – spokój. Zrozumiałam, że kontrola nad papierami nie daje kontroli nad ludźmi. Mogę jednak kontrolować swoje decyzje. I wybrałam życie bez kłamstw, nawet jeśli oznaczało to samotność. Ostatni podpis złożyłam pewną ręką. Tym razem wiedziałam dokładnie, pod czym się podpisuję.
Aneta, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Gdy spotkałam dawnego kochanka, zrozumiałam, że zmarnowałam życie. Mój mąż był mdły jak pączek bez nadzienia”
- „Stałam 2 godziny w kolejce w tłusty czwartek, żeby przynieść mężowi najlepsze pączki. A on wybrał słodkości innej”
- „To miały być romantyczne walentynki, ale sąsiad zepsuł nam wieczór. Zamiast szeptów męża, słuchałam remontu zza ściany”