Reklama

To miał być zwykły wtorek w biurze – deadline gonił deadline, kawa stygła na biurku, a ja próbowałam skupić się na projekcie, który mógł zdefiniować moją karierę. Ale kiedy zobaczyłam na ekranie telefonu zdjęcie "MAMA", mój żołądek zwinął się w supeł. Nie dzwoniła zapytać, jak się czuję. Nigdy tego nie robiła. Dzwoniła, bo znowu czegoś potrzebowali. A ja, jak zwykle, już sięgałam po token do banku, zanim jeszcze odebrałam połączenie. Nie wiedziałam wtedy, że ten jeden telefon uruchomi lawinę, która prawie zniszczyła moje małżeństwo i zmusiła mnie do spojrzenia prawdzie w oczy. Dla moich rodziców nie byłam córką. Byłam inwestycją, która miała się zwracać do końca życia.

Od zawsze słyszałam, że jestem ich "nadzieją"

Mam na imię Sylwia, mam 32 lata i teoretycznie mam wszystko, o czym marzy dziewczyna z małego miasteczka na wschodzie Polski. Własna firma architektoniczna w Warszawie, mieszkanie z widokiem na miasto, narzeczony, który patrzy na mnie tak, jakbym była ósmym cudem świata. Teoretycznie powinnam pękać z dumy. W praktyce? Pękam ze stresu. I nie chodzi tu o wymagających klientów czy urzędników, którzy rzucają kłody pod nogi przy każdym pozwoleniu na budowę. Chodzi o ten lęk, który czuję za każdym razem, gdy wracam w rodzinne strony. Albo gdy oni dzwonią.

Moi rodzice, Teresa i Janusz, to ludzie, których sąsiedzi określiliby mianem "soli ziemi". Skromni, pracowici, zawsze uśmiechnięci w kościele. Ale za zamkniętymi drzwiami naszego domu panowała inna dynamika. Od zawsze słyszałam, że jestem ich "nadzieją". Że "ładują we mnie pieniądze" na korepetycje, na studia, na stancję, żebym kiedyś "im to wynagrodziła". Wtedy myślałam, że to normalna rodzicielska troska. Że chcą, bym miała lżej. Nie rozumiałam, że podpisuję niewidzialny cyrograf. Kiedy założyłam firmę i zaczęłam zarabiać pierwsze, naprawdę duże pieniądze, dynamika zmieniła się błyskawicznie. Zniknęły pytania o zdrowie. Pojawiły się sugestie.

– Wiesz, Sylwuś, pralka nam cieknie. Już trzeci raz ją Janusz kleił – mówiła mama, wzdychając ciężko do słuchawki. – Ale co tam, jakoś upierzemy w rękach. Ty tam masz swoje ważne sprawy, nie będziemy ci głowy zawracać takimi głupotami jak nasze zdrowie. Przecież wiesz, że od schylania nad wanną tacie wysiadają plecy...

I co robiłam ja? Przelewałam pieniądze. Nie na naprawę. Na nową pralkę. Najlepszą. Z funkcją pary i sterowaniem przez Wi-Fi, którego nigdy nie użyli. Czułam wtedy chwilową ulgę, jakbym kupiła sobie tydzień spokoju od wyrzutów sumienia. Nie wiedziałam, że właśnie uczę ich, że wystarczy pociągnąć za odpowiedni sznurek, a bankomat o imieniu "Córka" wypluje gotówkę.

Tu wcale nie chodzi o potrzeby

Zaczęło się niewinnie. Sprzęt AGD, potem dołożenie się do rachunków za gaz w zimie, bo "ceny zwariowały". To było dla mnie zrozumiałe. Pomoc rodzicom to obowiązek, prawda? Tak zostałam wychowana. Ale z czasem ich apetyt rósł wprost proporcjonalnie do moich sukcesów. Gdy moje biuro wygrało konkurs na projekt nowoczesnego osiedla, a o mnie napisał branżowy portal, telefon zadzwonił tego samego wieczoru.

– Gratulujemy, córeczko! – głos taty był wylewny, co zdarzało się rzadko. – Widzieliśmy w internecie. Sąsiedzi też widzieli. Wszyscy pytają, kiedy przyjedziesz nowym samochodem.

Zignorowałam ten przytyk.

– Dzięki, tato. To dla mnie ważne.

– No właśnie, skoro tak ci dobrze idzie... Wiesz, ten nasz stary samochód to już wstyd. Ostatnio pod kościołem to aż głupio było parkować obok naszych sąsiadów, oni sobie kupili tego SUV-a z salonu. A my co? Jak te dziady. Matka to aż płakała wczoraj, że tak ciężko pracowaliśmy całe życie i nic z tego nie mamy.

Poczułam to ukłucie w sercu. Mieszanka litości i wstydu. Że ja opływam w luksusy, piję latte za dwadzieścia złotych, a oni wstydzą się swojego samochodu.

– Ile potrzebujecie? – zapytałam cicho.

– No, myśleliśmy o czymś porządnym. Nie używanym, bo to skarbonka. Taki crossover, wiesz, żeby się wygodnie wsiadało. Z sześćdziesiąt, siedemdziesiąt tysięcy by się przydało na wkład, resztę weźmiemy na raty. Chociaż wiesz, z naszą emeryturą to te raty...

Kupiłam im ten samochód. Za gotówkę. Prawie sto tysięcy złotych. Kiedy przyjechałam nim pod ich dom, żeby wręczyć kluczyki, myślałam, że zobaczę łzy wzruszenia. Że w końcu usłyszę: "Jesteśmy z ciebie dumni, nie musiałaś". Zamiast tego mama obeszła auto dookoła i powiedziała:

– Ładny. Ale kolor to mógł być inny, ten trochę taki smutny. No ale darowanemu koniowi, wiesz... A dywaniki gumowe dokupiłaś? Bo wiesz, że na wsi błoto.

Stałam tam, na podjeździe z kostki brukowej, którą też sfinansowałam rok wcześniej, i czułam się pusta. Zabrałam im powód do narzekania, a oni i tak znaleźli dziurę w całym. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że może tu wcale nie chodzi o potrzeby. Może chodzi o władzę.

Oni tobą manipulują

Marek, mój narzeczony, długo milczał. Jest typem faceta, który nie wtrąca się w sprawy rodzinne, dopóki nie widzi, że dzieje mi się krzywda. Ale sytuacja z samochodem przelała czarę goryczy.

– Sylwia, to jest słabe – powiedział wieczorem, gdy siedzieliśmy na kanapie. Patrzył na mnie z mieszanką wściekłości i troski. – Oni tobą manipulują.

– Przesadzasz – broniłam się odruchowo, choć w głębi duszy wiedziałam, że ma rację. – To moi rodzice. Są starsi, nie radzą sobie w nowej rzeczywistości. Mam pieniądze, dlaczego mam im nie pomóc?

– Kupowanie im nowego auta, kiedy stary jeździł, to nie pomoc. To kupowanie sobie ich akceptacji. Której i tak nie dostajesz.

Pokłóciliśmy się wtedy strasznie. Krzyczałam, że nie rozumie, co to znaczy dług wdzięczności, że on miał łatwiej. Marek wyszedł, trzasnąwszy drzwiami. Zostałam sama z butelką wina i telefonem, na którym wyświetlały się kolejne powiadomienia z grupy rodzinnej w social mediach. Mama wysyłała zdjęcia z wakacji cioci Krysi w Grecji z podpisem: "Niektórzy to mają dobrze, my w tym roku znowu tylko działka". To była kolejna wędka. Wiedziałam to. I wiedziałam, że powinnam ją zignorować. Ale mechanizm w mojej głowie, instalowany przez trzydzieści lat, działał bezbłędnie. Następnego dnia zadzwoniłam i zaproponowałam, że wykupię im wczasy all-inclusive na Krecie.

– Ojej, córeczko, naprawdę? – głos mamy nagle nabrał słodyczy. – Ale wiesz, musi być hotel pięciogwiazdkowy, bo tata nie będzie jadł byle czego. I blisko plaży, bo nogi bolą.

Zapłaciłam. 12 tysięcy złotych. Kiedy Marek zobaczył wyciąg z konta, nie krzyczał. Usiadł naprzeciwko mnie i powiedział cicho:

– Planujemy ślub. Chcemy kupić dom pod miastem. A ty właśnie wydałaś nasze oszczędności na wakacje dla ludzi, którzy nawet nie zapytali, czy mamy za co opłacić salę weselną. Sylwia, ja nie ożenię się z twoimi rodzicami. Jeśli nie postawisz granicy, to nie wiem, czy my mamy przyszłość.

To był moment, w którym zrozumiałam, że stoję nad przepaścią. Musiałam wybrać. I ten wybór rozdzierał mnie na kawałki.

Po prostu żałujesz rodzicom

Myślałam, że po wakacjach na Krecie będę miała spokój na pół roku. Myliłam się. Wróciłam do punktu wyjścia szybciej, niż sądziłam. Minęły dwa tygodnie od ich powrotu (oczywiście narzekali na jedzenie i "zbyt słone morze"), kiedy tata zadzwonił z "biznesowym" tonem.

– Słuchaj, Sylwia, jest sprawa. Poważna. Okazja życia.

Zesztywniałam.

– O co chodzi, tato?

– Sąsiad sprzedaje działkę obok nas. Tę z tym małym laskiem. Za bezcen chce oddać, bo wyjeżdża do Anglii do syna. Pomyśleliśmy z mamą, że to idealne miejsce, żebyś ty tam sobie postawiła domek letniskowy. No wiesz, inwestycja. Ziemia nigdy nie tanieje.

– Tato, ja nie potrzebuję działki na wschodzie. Mam pracę w Warszawie, budujemy dom z Markiem...

– Ale to by było dla nas! – przerwał mi, tracąc cierpliwość. – To znaczy, na ciebie by było zapisane, ale my byśmy tam sobie... no wiesz, gospodarowali. Powiększylibyśmy ogród. Altankę by się postawiło. A ty byś miała gdzie przyjeżdżać z wnukami.

– Ile?

– No... sto pięćdziesiąt tysięcy. Plus notariusz.

Zamilkłam. Sto pięćdziesiąt tysięcy. To były pieniądze na wkład własny do naszego domu.

– Nie mam tyle wolnej gotówki, tato.

– Jak to nie masz? – w jego głosie pojawiło się oskarżenie. – Taka firma? Tyle projektów? Kłamiesz. Po prostu żałujesz rodzicom. Matka miała rację, miasto cię zmieniło. Stałaś się chciwa.

To słowo zabolało bardziej niż policzek. "Chciwa". Ja, która od pięciu lat finansowałam każdą ich zachciankę. Ja, która jeździłam trzyletnim autem, żeby oni mogli mieć nowe.

– Nie jestem chciwa. Po prostu nie mam.

– To weź kredyt – rzucił lekko. – Masz zdolność. My będziemy... no, może nie spłacać, ale będziemy dbać o tę ziemię. To też praca.

Rozłączyłam się. Ręce mi się trzęsły. Przez następne trzy dni bombardowali mnie wiadomościami. "Matka znowu ma ciśnienie, tak ją zdenerwowałaś". "Sąsiad czeka do piątku, jak nie weźmiesz, to przepadnie. Zmarnujesz taką szansę". "Pamiętaj czcij ojca swego i matkę swoją. Kiedyś zrozumiesz, jak nas zabraknie". To był emocjonalny szantaż. Perfekcyjnie wycelowany w moje najsłabsze punkty. Czułam się jak mała dziewczynka, która zbiła ulubiony wazon mamy i czeka na karę. Byłam gotowa ulec. Już sprawdzałam oferty kredytowe. Już racjonalizowałam sobie, że ziemia to dobra inwestycja. Wtedy Marek wszedł do pokoju i zobaczył otwarte karty w przeglądarce. Nie zrobił awantury. Zabrał mi laptopa, zamknął go i powiedział:

– Jedziemy do nich. W ten weekend. I załatwimy to raz na zawsze. Ja będę przy tobie. Nie pozwalam ci wziąć tego kredytu.

To nie jest pomoc

Droga do domu rodzinnego była koszmarem. Milczałam, analizując w głowie scenariusze. Bałam się ich reakcji. Bałam się odrzucenia. Na miejscu czekał na nas suty obiad. Rosół, schabowe, ciasto. Klasyka. Atmosfera była gęsta, choć rodzice udawali, że wszystko jest wspaniale. Widać byli pewni, że przyjechaliśmy sfinalizować zakup działki.

– No to jak, Sylwuś? – zagaił tata przy deserze. – Rozmawiałem z Wieśkiem, tym sąsiadem. Powiedziałem mu, że córka przyjedzie z gotówką.

Spojrzałam na Marka. Ścisnął moją rękę pod stołem. To dodało mi sił.

– Nie kupię tej działki, tato – powiedziałam, starając się, by mój głos nie drżał. – Nie wezmę kredytu. Nie stać nas na to teraz.

Zapadła cisza. Taka, w której słychać brzęczenie muchy. Twarz mamy zmieniła się z uśmiechniętej maski w grymas wściekłości.

– Nie stać was? – syknęła. – Patrzcie państwo. Na zagraniczne wycieczki was stać. Na te twoje drogie torebki was stać. A żeby rodzicom na starość kawałek ziemi zapewnić, żeby mieli gdzie wyjść, to już nie?

– Mamo, kupiłam wam samochód. Wyremontowałam kuchnię. Opłaciłam wakacje. Pralkę, telewizor, zęby taty... – zaczęłam wyliczać, czując, jak łzy napływają mi do oczu.

– Wypominasz?! – krzyknął ojciec, uderzając pięścią w stół. – Własnym rodzicom wypominasz?! Myśmy sobie od ust odejmowali, żebyś ty mogła się uczyć! Żebyś na ludzi wyszła! A ty teraz liczysz każdy grosz?! Wyrodna jesteś. Po prostu wyrodna.

– Panie Januszu, dość – wtrącił się Marek, wstając. Jego głos był zimny i twardy jak stal. – Sylwia wydała na państwa zachcianki ponad dwieście tysięcy złotych w ciągu ostatnich trzech lat. Policzyliśmy to. To nie jest pomoc, to jest wyzysk. Sylwia nie jest waszym funduszem emerytalnym. Jest waszą córką.

– Ty się, smarkaczu, nie wtrącaj! – wrzasnęła mama. – To są sprawy rodzinne! Ona ma wobec nas obowiązek!

– Nie taki – odparł Marek. – Wychodzimy.

Pociągnął mnie za rękę. Wstałam, chwiejąc się na nogach. Rodzice patrzyli na mnie z nienawiścią, jakiej nigdy wcześniej nie widziałam. Nie było tam miłości. Nie było troski. Była tylko wściekłość, że bankomat się zaciął.

– Jak teraz wyjdziesz – powiedziała matka lodowatym tonem – to nie masz po co wracać. Nie masz już matki.

Teraz uczę się żyć dla siebie

Zatrzymałam się w progu. To był ten moment. Ten szantaż, którego bałam się całe życie. Spojrzałam na nich. Na ich zacięte twarze, na ten dom, w który wpompowałam tyle pieniędzy, a który wciąż był zimny i obcy. Spojrzałam na Marka, który stał przy mnie murem, gotów bronić mnie przed moją własną rodziną. Zrozumiałam, że jeśli teraz zostanę, jeśli znowu przeproszę i wyciągnę portfel, stracę jedynego człowieka, który kocha mnie za to, kim jestem, a nie za to, co mogę mu kupić.

– Trudno – powiedziałam szeptem, który w ciszy zabrzmiał jak krzyk. – Przykro mi, że tak to widzisz, mamo. Ale ja już nie mam z czego dawać. Ani pieniędzy, ani uczuć.

Wyszliśmy. Wsiadłam do samochodu i dopiero wtedy zalałam się łzami. Płakałam przez całą drogę do Warszawy. Płakałam nad tą małą dziewczynką we mnie, która tak bardzo chciała zasłużyć na pochwałę, a dostała tylko rachunek do zapłacenia. Od tamtego dnia minęły cztery miesiące. Działka nie została kupiona. Telefon milczy. Pierwszy miesiąc był koszmarem. Czekałam, aż zadzwonią. Że może zrozumieją. Że przeproszą. Ale jedyne, co do mnie dotarło, to plotki od kuzynki. Podobno opowiadają całej rodzinie, że "Wielka Pani z Warszawy" zostawiła rodziców w nędzy, że Marek mną steruje i że "odbija mi od pieniędzy".

Boli? Cholernie boli. Są dni, kiedy mam ochotę zadzwonić, przelać im parę tysięcy i usłyszeć głos mamy. Ale wtedy patrzę na nasze konto oszczędnościowe, które w końcu zaczęło rosnąć. Patrzę na Marka, z którym planujemy ślub – mały, dla przyjaciół, bez "zastaw się a postaw się". Zrozumiałam, że miłości nie da się kupić. A jeśli ktoś wystawia za nią fakturę, to nie jest to miłość. To transakcja. Ja swoją umowę wypowiedziałam w trybie natychmiastowym.

Ostatnio przyszła pocztówka. Bez podpisu, tylko adres zwrotny rodziców. Było na niej zdjęcie kościoła w naszej wsi i dopisek: "Modlimy się o twoje nawrócenie". Wrzuciłam ją do niszczarki w biurze. Razem z poczuciem winy. Teraz uczę się żyć dla siebie. I wiecie co? To najdroższa inwestycja, jaką kiedykolwiek zrobiłam, ale stopa zwrotu jest bezcenna. To spokój. A sąsiedzi? Niech gadają. Ja w końcu słyszę własne myśli.

Sylwia, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama