Reklama

Dzieci wyfrunęły z domu. Zrobiło się cicho, może nawet zbyt cicho. Lubiłam te momenty, gdy po raz pierwszy od lat słyszałam własne myśli bez krzyków, kłótni i wołania: „mamo, gdzie moje skarpetki?”. Przez dekady każdy dzień był jak bieg przez płotki – dom, praca, szkoła, lekarze, obiady, zebrania. Nie miałam czasu na choroby, nie miałam luksusu zmęczenia. Wszystko na mojej głowie, jakbym była jedynym dorosłym w promieniu pięciu kilometrów.

Zawsze mi się wydawało, że kiedyś odpocznę, że przyjdzie taki dzień, kiedy ktoś powie: „usiądź, ja to zrobię”. Naiwna byłam. Życie nauczyło mnie, że nie każdy, kto nazywa się rodziną, potrafi być rodziną, gdy trzeba. A teraz, kiedy ja w końcu stanęłam na nogi i mogłabym odpocząć, nagle w moim progu pojawiają się oni. Nagle przypomnieli sobie, że mają córkę.

Uśmiechnęłam się pod nosem

Wszystko zaczęło się od niewinnego telefonu.

– Cześć, kochanie – rozbrzmiał w słuchawce głos mamy, ten jej słodko-cierpiętniczy ton, którego nie znosiłam.

– Cześć – odpowiedziałam ostrożnie, czując, że to nie będzie zwykła pogawędka o pogodzie.

– Bo wiesz… Tatuś od jakiegoś czasu ma problemy z kręgosłupem. I ja też jakoś słabiej się czuję… Myśleliśmy, że może byś…

– Co „może bym”? – przerwałam, zanim zaczęła swoją epopeję.

Może byś nam trochę pomogła. No wiesz… z zakupami, z lekarzami, może coś czasem ugotować… Taka pomoc. Jak to dzieci rodzicom.

Uśmiechnęłam się pod nosem.

– Jak to rodzice dzieciom? – zapytałam.

– Co ty, córeczko, mówisz? – mama udawała, że nie rozumie, ale dobrze wiedziała, do czego piję.

– Pamiętasz, jak miałam grypę i dwójkę dzieci z gorączką? Albo jak prosiłam, żebyście wpadli na godzinę, żebym mogła jechać do dentysty? Wtedy powiedziałaś, że „dzieci to mój wybór i nie będziecie się w to mieszać”.

Oj, nie zaczynaj znowu… – westchnęła ciężko. – Nie było nas wtedy stać na bieganie po wnukach.

– A teraz was stać na moją pensję i zakupy z mojej karty?

Wszystko mierzysz pieniędzmi?

– Nie. Mierzę pamięcią.

Usłyszałam po drugiej stronie ciszę. Długą, znaczącą ciszę. I może pierwszy raz w życiu, mama nie wiedziała, co powiedzieć.

– Jak będziecie czegoś potrzebować, możecie zadzwonić do opieki społecznej – rzuciłam chłodno.

– Naprawdę tak myślisz?

– Nie. Ja to wiem od dawna.

Miałam do nich żal

Nie minął tydzień, a pod moim blokiem stanęli. Zadzwonili domofonem, a ja – głupia – wpuściłam ich bez pytania. Odruch z dzieciństwa. Jak dzwoni rodzic, to się otwiera.

– Przyszliśmy porozmawiać – oznajmiła mama, gdy tylko przekroczyli próg.

– Proszę bardzo. Mówcie, ale uprzedzam – herbaty nie będzie – odpowiedziałam, wskazując im krzesła przy stole.

Tata milczał, patrzył w okno. Mama zaczęła z grubej rury:

– Chcieliśmy zaproponować, żebyś może pomyślała o… no, jakby to powiedzieć… o jakimś wsparciu dla nas. Regularnym. Chociaż drobne kwoty. My z tych emerytur to naprawdę ledwo ciągniemy...

– Mamo, ile razy mam powtarzać? Ja nie jestem waszym bankomatem. Mam własne życie, własne dzieci, kredyt, rachunki. A wy... wy byliście zajęci sobą, kiedy ja naprawdę potrzebowałam pomocy.

– Byliśmy wtedy w innym miejscu, córeczko…

– W innym miejscu? Wy byliście w teatrze albo u znajomych, gdy ja miałam niemowlaka z kolką i trzylatka z ospą! – podniosłam głos. – Nigdy nie przyszliście, nie zapytaliście, czy potrzebuję pomocy. A teraz co?

– Nie bądź taka twarda – odezwał się wreszcie tata. – Rodzina powinna się wspierać.

– A kto mi wtedy był rodziną?

Tym razem to ja spojrzałam w okno. Może, gdyby wtedy chociaż raz ktoś zapukał z zupą albo z pytaniem: „Jak się trzymasz?”, dziś wszystko wyglądałoby inaczej.

Czułam obojętność

Mama wzięła głęboki oddech, jakby szykowała się do wielkiej mowy obrończej.

– Wiesz, my jesteśmy źli. Po prostu… nie umieliśmy. Ty tak nagle wyskoczyłaś z tą ciążą, wtedy mieliśmy swoje sprawy… I może trochę się pogubiliśmy.

– Serio? „Wyskoczyłam”? Miałam dwadzieścia osiem lat, pracę, mieszkanie. Chciałam, żebyście się cieszyli razem ze mną, a usłyszałam tylko, że „to nie nasz problem”. Tata nawet nie spojrzał mi w oczy.

– A teraz patrzę – powiedział cicho.

– Patrzysz, bo potrzebujecie kasy – prychnęłam. – Nie przyszliście, gdy twoja wnuczka po raz pierwszy stanęła na nogi. Gdy uczyła się jeździć na rowerze, przyjechał mój teść, nie wy.

– My nie wiedzieliśmy, że to takie ważne… – mruknęła mama.

– Bo nie pytaliście. Bo to was nie obchodziło. Nie było prezentów, telefonów, odwiedzin. Była cisza. I wiecie co? Moje dzieci nie płakały z tego powodu. Bo nie miały do kogo tęsknić.

– Nie zasłużyliśmy na to – jęknęła.

– Nie. Nie zasłużyliście na ich miłość, skoro nawet nie próbowaliście jej zbudować.

Tata spuścił głowę. Mama nerwowo ściskała pasek od torebki.

A teraz chcesz się mścić?

– Nie. Ja tylko dbam o siebie. Tak, jak wy kiedyś zadbaliście o siebie. Nie mam w sobie już żalu, tylko obojętność.

Nie odpowiedzieli. W milczeniu podnieśli się z krzeseł.

– Dobrze, to… my pójdziemy. Przemyśl to jeszcze – powiedziała mama cicho, jakby próbując ostatni raz zostawić drzwi uchylone.

Zamknęłam je za nimi bez słowa.

Twardo stałam przy swoim

Następnego dnia zadzwoniła do mnie ciotka, siostra mamy. Ta, co zawsze była „ta bardziej ogarnięta”.

– Dziecko, coś ty im powiedziała? – zapytała od razu, bez żadnego „dzień dobry”.

– Prawdę – odparłam sucho.

– Ale przecież oni są starzy, schorowani… To nie czas na robienie rozliczeń!

– A kiedy był czas, ciociu? Jak siedziałam z gorączką i niemowlakiem i płakałam do słuchawki, bo mama nie mogła „tak nagle rzucić obiadu”? Czy jak tata rzucił: „Nie mieszaj nas w swoje dorosłe życie”?

– Oni byli inni. Teraz się zmienili.

– Zmienili się, bo potrzebują. Nie dlatego, że zrozumieli. Zresztą… A nawet jeśli, to za późno.

– Powinniście się pogodzić. Rodzina to rodzina.

– Aha. Czyli teraz mam grać w teatrze, bo wypada? Pokazać dzieciom, że warto udawać, byle nie było cicho przy świątecznym stole?

Mówisz jakbyś była z kamienia. Myślałam, że ty jesteś tą rozsądną.

– Nie jestem z kamienia. Po prostu nie chcę znów zapraszać ludzi do mojego życia tylko po to, by znów zawieść się w chwili, gdy najbardziej ich potrzebuję.

Po drugiej stronie długo panowała cisza.

– No dobrze. Tylko jak coś się stanie… będziesz żałować.

– Może. Przynajmniej nie będę znowu tą, która wszystkim wszystko wybacza tylko dlatego, że ktoś się ładnie uśmiechnął.

Rozłączyłam się. Po raz pierwszy od lat poczułam, że moje „nie” naprawdę coś znaczy.

Był po mojej stronie

Minął miesiąc. Żadnych telefonów, żadnych listów. Nawet ciotka przestała do mnie dzwonić. Myślałam, że sprawa przycichła – aż do niedzieli, gdy otworzyłam skrzynkę na listy. W środku koperta, a w niej… zaproszenie na imieniny mamy. Pisane komputerowo, z podpisem „kochający rodzice”. Zadzwoniłam do brata.

– Też dostałeś to zaproszenie? – zapytałam bez przywitania.

– Jasne. Mama do mnie zadzwoniła osobiście. Cała w emocjach. Powiedziała, że musimy „odzyskać rodzinne więzi”.

– Nie żartuj. Przecież oni przez lata mieli nas gdzieś.

– Wiem, ale teraz im się przypomniało. Podobno „rodzina najważniejsza” – rzucił z przekąsem.

– Jedziesz?

– Z ciekawości. Chcę zobaczyć, co za teatrzyk szykują. Ty?

– Nie wiem. Nie mam siły patrzeć na ten nagły przypływ miłości.

– Podejrzewam, że to nie miłość, tylko plan. Pewnie liczą, że się wzruszymy, pośmiejemy i... wyciągniemy portfele.

– Jak to powiedziała mama, „nie oczekują niczego”. Aż dziwne, prawda?

– No. Jakby nagle nabrali pokory.

Spojrzałam na zaproszenie. Złote literki, kwiatuszki, jakaś sentencja o wdzięczności. Tylko nie pasowało do ludzi, którzy nigdy nie mieli czasu zapytać, jak się czuję.

– Pójdę – powiedziałam w końcu.

– Serio?

– Tak. Nie dla nich. Dla siebie. Chcę spojrzeć im w oczy i wiedzieć, że to, co im powiem, usłyszą już bez niedomówień.

Tym razem to ja zdecyduję, kiedy opadnie kurtyna.

Powiedziałam, co sądzę

Weszłam do ich mieszkania bez pukania. Drzwi były otwarte. Na stole biały obrus, tanie ciastka, herbata w imbryku, której nigdy nie lubiłam. Mama w garsonce, tata nawet pod krawatem.

– O, córeczko! – Mama rzuciła się na mnie z uśmiechem, jakbyśmy nie widziały się od tygodnia. – Tak się cieszę, że przyszłaś. Widzisz, twój brat już jest. Siadaj, zjemy, pogadamy…

– Nie jestem głodna – ucięłam. – Chciałam tylko coś powiedzieć.

Tata spojrzał niepewnie, brat oparł się o krzesło z zaciśniętymi ustami.

Wiemy, że nie byliśmy idealni – zaczęła mama tonem jak z jakiegoś poradnika psychologicznego. – Ale człowiek dojrzewa, widzi błędy… Wybaczysz nam?

– Wybaczyć mogę. Jednak nie zamierzam wracać do tego, co było. Ani udawać, że teraz budujemy coś na nowo. Bo jeśli chcecie tylko ładnie wyglądać przy świątecznym stole albo liczycie na to, że wasza „kochająca córka” dorzuci wam się do leków, to nie ten adres.

Nie oczekujemy niczego – powiedział tata cicho.

– A to ciekawe, bo jeszcze niedawno mówiliście, że „chociaż drobne kwoty” by się przydały.

– No dobrze… Może trochę nas poniosło – przyznała mama.

– Nie jestem waszym bankomatem ani opiekunką. Jestem dorosłą kobietą, która zawsze musiała radzić sobie sama. I radzi sobie nadal.

Wyszłam, zanim zdążyli coś odpowiedzieć. Nie trzaskałam drzwiami. Już nie musiałam.

Monika, 46 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama