Reklama

Każda niedziela wyglądała tak samo. Zapach rosołu, brzęk porcelany i to jedno, niewypowiedziane głośno pytanie wiszące w powietrzu, gęste niczym mgła. Rodzice widzieli tylko pusty palec serdeczny i macicę, która według nich marnowała się z każdym kolejnym cyklem.

Mówili tylko o jednym

Wjeżdżając na podjazd domu moich rodziców zawsze czułam stres. Wiedziałam, że za chwilę wejdę w strefę, gdzie czas się zatrzymał, a priorytety z lat osiemdziesiątych wciąż były jedyną obowiązującą walutą. Zaparkowałam auto i wzięłam głęboki oddech. W lusterku poprawiłam szminkę.

Wyglądałam świetnie. Czułam się świetnie. Dlaczego więc w ich obecności czułam się jak mała, niegrzeczna dziewczynka? Weszłam do środka. Mama krzątała się w kuchni, tata siedział w fotelu, oglądając powtórkę jakiegoś serialu.

– O, jesteś wreszcie – powiedziała mama, wycierając ręce w fartuch. – Myśleliśmy, że może kogoś przyprowadzisz. Ciotka Stasia mówiła, że widziała cię na mieście z jakimś wysokim brunetem.

Przewróciłam oczami, choć starałam się to ukryć, zdejmując płaszcz.

– Mamo, to był mój klient.

– Klient, klient… – westchnęła, nakładając makaron. – Wszystko tylko praca i praca. A lata lecą. Zegar tyka. Nie będziesz wiecznie młoda.

Byłam tym zmęczona

Usiadłam do stołu, czując, jak irytacja zaczyna pulsować mi w skroniach. To było silniejsze ode mnie. Za każdym razem obiecywałam sobie, że będę oazą spokoju, że puszczę te uwagi mimo uszu, ale one wbijały się we mnie jak małe szpilki.

– Mamo, mam czterdzieści lat, a nie siedemdziesiąt. Jestem szczęśliwa. W zeszłym tygodniu dostałam podwyżkę. Będę zarządzać zespołem sześciu osób.

– Pieniądze to nie wszystko, dziecino – wtrącił tata. – Do grobu ich nie zabierzesz. A szklankę wody na starość to kto ci poda? Asystentka?

Zacisnęłam zęby na łyżce z rosołem. Mityczna szklanka wody, argument ostateczny, który miał sprawić, że rzucę wszystko i zacznę szukać męża na gwałt.

– Może zatrudnię pielęgniarkę – mruknęłam pod nosem.

– Co ty pleciesz! – oburzyła się mama. – Rodzina to podstawa. Zobacz na Agatkę. Sześć lat młodsza od ciebie, a już drugie w drodze. I dom budują. To jest prawdziwe życie.

Agata to moja kuzynka. Wzór cnót niewieścich, stawiany mi przed oczami przy każdej okazji. Rzeczywiście, Agata wyszła za mąż zaraz po studiach. Jej mąż Paweł był dobrą partią – tak przynajmniej twierdziła cała rodzina. Inżynier, solidny, niepijący. Ideał.

Odwiedziłam ją

Kilka dni po tamtym obiedzie postanowiłam odwiedzić Agatę. Nie widziałyśmy się od świąt, a chciałam dać prezent jej starszemu synkowi, którego byłam chrzestną. Zapowiedziałam się, więc spodziewałam się, że będzie gotowa na wizytę. To, co zastałam, było jednak najlepszą reklamą bycia singlem, jaką mogłam sobie wyobrazić.

Drzwi otworzyła mi z małym na ręku. Wyglądała na wykończoną. Pod oczami miała sińce, a na dresie plamę, chyba po kaszce. W salonie panował chaos. Zabawki walały się wszędzie, a na środku tego pobojowiska, na kanapie, siedział Paweł z telefonem w ręku. Nawet nie podniósł wzroku, gdy weszłam.

– Cześć, Paweł – rzuciłam głośno.

– Mhm, cześć – mruknął, nie odrywając oczu od ekranu.

Agata posadziła mnie przy stole, który musiał służyć też za przechowalnię prania, bo leżała na nim sterta ubrań.

– Przepraszam cię za ten bałagan – powiedziała cicho, nerwowo zgarniając koszulki. – Mały ząbkuje, w nocy prawie nie spałam, a Paweł wrócił z pracy głodny i musiałam szybko coś upichcić…

Współczułam jej

– Paweł nie ma rąk? – zapytałam ostro, patrząc na jej męża, który właśnie drapał się po brzuchu.

– Jest zmęczony, pracuje na budowie, to ciężka praca – tłumaczyła go automatycznie, jakby wyuczyła się tej formułki na pamięć.

Siedziałyśmy tam godzinę. Przez ten czas Agata wstała chyba z piętnaście razy. Podać picie, zmienić pieluchę, przynieść Pawłowi piwo, bo on nie mógł znaleźć w lodówce, odebrać telefon od teściowej. W pewnym momencie Paweł zawołał z kanapy:

– Agata! Gdzie są moje te grube skarpety? Te szare? Miałaś je wyprać!

– Są w koszu, jeszcze nie zdążyłam nastawić pralki… – odpowiedziała głosem, w którym słyszałam rezygnację.

– No to świetnie. Jutro zmarznę, bo ty nie zdążyłaś. Co ty robisz całymi dniami w tym domu?

Spojrzałam na Agatę, czekając, aż wybuchnie, rzuci w niego ścierką, aż każe mu samemu te skarpety wyprać. Ale ona tylko spuściła głowę.

– Przepraszam, nastawię teraz – powiedziała i poszła do łazienki.

Nie mogłam na to patrzeć

Wyszłam stamtąd kwadrans później, czując, jakby brakowało mi powietrza. Wsiadłam do swojego cichego, czystego samochodu. Pojechałam do mojego mieszkania, gdzie panował idealny porządek. Usiadłam na balkonie i patrzyłam na miasto.

Nikt na mnie nie krzyczał o brudne skarpety. Nikt nie wymagał, bym była służącą na pełen etat w zamian za status żony. Wtedy zrozumiałam to z całą mocą: moi rodzice nie chcieli mojego szczęścia. Oni chcieli mojego dopasowania się do schematu, nawet jeśli ten schemat oznaczał bycie niewolnicą we własnym domu.

Myślałam, że limit absurdu został wyczerpany, ale moi rodzice mieli asa w rękawie. Miesiąc później, pod pretekstem moich imienin, zorganizowali kolację.

– Tylko my i sąsiedzi – zapewniała mama przez telefon. – I ich syn, ten co wrócił z Anglii. Pamiętasz, Mietek.

Pamiętałam Mietka. W podstawówce jadł klej. Ale zgodziłam się, bo nie chciałam robić przykrości mamie w dniu mojego święta. Ubrałam się elegancko, ale bez przesady. Kiedy weszłam do salonu, Mietek już tam był. Nie wyglądał najgorzej, muszę przyznać. Garnitur, zadbane dłonie. Przez chwilę pomyślałam: „Kinga, nie uprzedzaj się”.

Początek był znośny

Rozmawialiśmy o podróżach, o Londynie. Ale po trzecim kieliszku wina Mietek się rozkręcił. A moi rodzice i jego rodzice patrzyli na nas z taką nadzieją, że aż robiło się duszno.

– Wiesz – zaczął Mietek, nakładając sobie dokładkę pieczeni. – Fajnie, że masz tę swoją pracę, karierę. Nowoczesna kobieta. Ale powiem ci szczerze, w Londynie miałem dziewczynę, Hiszpankę. Też bizneswoman. I to nie działało.

– Dlaczego? – zapytałam uprzejmie.

– Bo jak wracam do domu, to chcę ciepła. Ogniska domowego. Kobieta powinna tworzyć atmosferę. Tamta… no cóż, wracaliśmy oboje o dziewiętnastej i jedliśmy jedzenie na wynos. To nie jest życie. Moja mama – tu wskazał widelcem na sąsiadkę – zawsze czekała na ojca z obiadem. I tego szukam. Stabilizacji. Kogoś, kto zadba o dom, kiedy ja będę zarabiał na ten dom.

Zapadła cisza. Moi rodzice kiwali głowami z aprobatą. Mama uśmiechała się szeroko.

– No właśnie! – zakrzyknęła. – Kinga świetnie gotuje, tylko rzadko ma okazję, bo dla kogo ma gotować? Dla siebie?

– Gotuję dla siebie, bo lubię jeść dobrze i zdrowo – wtrąciłam chłodno.

– No widzisz! – ucieszył się Mietek. – Materiał na żonę jest. Tylko trzeba trochę priorytety przestawić. Wiesz, ja nie mam nic przeciwko temu, żebyś pracowała. Ale tak na pół etatu? Żeby dzieci nie były chowane przez obce baby.

Szukali mi męża

Poczułam, jak krew uderza mi do głowy. To nie była tylko różnica poglądów. To był zamach na moją tożsamość, dokonany przy aplauzie moich najbliższych.

– Moja praca to nie jest hobby, które mogę sobie ograniczyć, żeby mieć czas na prasowanie twoich koszul. Zarabiam więcej niż większość moich znajomych facetów. Lubię moje życie. I nie szukam nikogo, komu musiałabym usługiwać w zamian za iluzję bezpieczeństwa.

– Kinga! – syknął tata. – Nie bądź niegrzeczna.

– Nie jestem niegrzeczna, tato. Jestem szczera. Zaprosiliście mnie tu, żeby mnie wyswatać, prawda? Myślicie, że jestem nieszczęśliwa, bo nie mam komu prać skarpet? Że moje życie jest puste, bo nie usługuję facetowi, który uważa, że obiad materializuje się na stole magicznie?

Wstałam od stołu. Mietek siedział z otwartymi ustami. Jego matka wyglądała, jakby połknęła cytrynę.

– Dziękuję za kolację – powiedziałam. – Ale na deser nie zostanę. Mam rano ważne spotkanie. Muszę się wyspać, żeby zarabiać na to moje puste życie.

Przez dwa tygodnie telefon milczał. Rodzice się obrazili. Wiedziałam, że przesadziłam z formą, ale nie z treścią. Czułam dziwny spokój. Pierwszy raz powiedziałam to głośno, przy świadkach.

Wyznaczyłam granicę

Jednak gdzieś w głębi serca czułam ukłucie żalu. Nie chciałam wojny z rodzicami. Chciałam tylko akceptacji. Czy to tak wiele? Czy miłość rodzicielska musi być warunkowana tym, czy córka powieliła schemat matki? Pewnego wieczoru zadzwonił dzwonek do drzwi. Spojrzałam w wizjer. Tata. Sam. Zdziwiłam się. Zazwyczaj to mama była mediatorem, a tata stał z boku. Otworzyłam. Stał w progu z małym pudełkiem ciasta.

– Mogę wejść? – zapytał, międląc czapkę w dłoniach.

– Jasne, tato. Wejdź.

Zrobiłam herbatę. Usiedliśmy w moim salonie. Tata rozejrzał się po mieszkaniu. Było urządzone nowocześnie, w szarościach i drewnie, zupełnie inaczej niż ich dom pełen bibelotów.

– Ładnie tu masz – powiedział po chwili. – Czysto. Spokojnie.

– Dziękuję.

– Mama wciąż jest zła – przyznał, grzebiąc łyżeczką w herbacie. – Ale wiesz… ona się po prostu martwi. Boi się, że zostaniesz sama. Że jak nas zabraknie, to nie będziesz miała do kogo ust otworzyć.

Zrozumiał mnie

Spojrzałam na niego. Widziałam siwe włosy, zmarszczki, spracowane dłonie. Widziałam troskę, nie złośliwość.

– Tato, ja nie jestem sama – powiedziałam łagodnie. – Mam przyjaciół, mam pasje, mam pracę, którą kocham. Mam was. Bycie singlem to nie bycie samotnym. To wybór. Ja nie chcę życia, jakie ma Agata. Widziałeś ją ostatnio? Wygląda jak cień człowieka.

– Paweł to dobry chłopak… – zaczął machinalnie, ale przerwał. Zamilkł na dłuższą chwilę. – W sumie… Agatka ostatnio płakała przy matce, że nie daje rady. Że Paweł jej w niczym nie pomaga.

To był ten moment. Szczelina w murze.

– No właśnie. Ja nie chcę być służącą, tato. Chcę partnera. Jeśli go spotkam, super. Jeśli nie, też super. Ale nie wezmę byle kogo, tylko po to, żebyście mogli spać spokojnie.

Tata pokiwał głową. Powoli, jakby trawił te słowa.

– Ten Mietek to faktycznie… głupek – mruknął nagle, a w jego oku pojawił się błysk. – Jak zaczął gadać o tej Hiszpance, to pomyślałem sobie: „Moja Kinga by go zjadła na śniadanie”.

Roześmialiśmy się oboje. To był pierwszy szczery śmiech między nami od lat. Od tamtej wizyty coś się zmieniło. Nie radykalnie, nie z dnia na dzień. Mama wciąż czasem wzdychała, gdy widziała reklamę pieluch w telewizji. Ciotki wciąż pytały na weselach, kiedy moja kolej. Ale tata stał się moim cichym sojusznikiem.

Coś się zmieniło

Kiedy pół roku później dostałam propozycję wyjazdu na kontrakt do Barcelony, bałam się im powiedzieć. Myślałam, że usłyszę: „Gdzie będziesz się włóczyć, czas się ustatkować”. Zamiast tego, przy kolejnym niedzielnym obiedzie, kiedy ogłosiłam nowinę, zapadła cisza. Mama otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, pewnie coś o niebezpieczeństwach wielkiego świata, ale tata ją ubiegł.

– Gratulacje, córuś – powiedział, podnosząc kieliszek z kompotem. – Barcelona. Piękne miasto. Pokażesz im tam, jak się pracuje. Jesteś niezależna, dasz sobie radę. Zawsze dawałaś.

Spojrzałam na mamę. Zamknęła usta. Westchnęła, ale potem uśmiechnęła się lekko, choć z nutą smutku.

– Tylko dzwoń do nas. I jedz tam porządnie.

To było więcej, niż mogłam oczekiwać. Zrozumiałam wtedy, że moja walka nie poszła na marne. Że pokazując im moją determinację, w końcu zmusiłam ich do zobaczenia we mnie człowieka, a nie tylko niespełnioną rolę społeczną.

Może kiedyś pozwolę komuś wejść do mojego świata na stałe. Ale ten ktoś będzie musiał rozumieć, że moje skarpetki piorę sama, a on pierze swoje. I że moja wolność nie jest na sprzedaż, nawet za cenę najpiękniejszego pierścionka zaręczynowego. Rodzice w końcu to zaakceptowali, a co ważniejsze – ja przestałam czuć się winna za to, kim jestem.

Kinga, 40 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama