Reklama

Każdego ranka, gdy wiążę krawat przed lustrem, czuję, jak pętla zaciska się na mojej szyi. Dla moich rodziców ten kawałek jedwabiu to symbol zwycięstwa, ostateczny dowód na to, że ich syn wyrwał się z prowincjonalnego błota i został kimś. Dla mnie to codzienna tortura, rekwizyt w teatrze, w którym gram rolę zupełnie niepasującą do mojego charakteru.

Nienawidzę tego

Kiedy o siódmej rano dzwoni mój budzik, mam ochotę wyrzucić go przez okno. Nie dlatego, że jestem leniwy. Wręcz przeciwnie, rozpiera mnie energia, ale nie ta, której oczekuje ode mnie mój szef. Leżąc w pościeli, która pachnie płynem do płukania o zapachu morskiej bryzy, wyobrażam sobie zupełnie inny poranek. W moich myślach jest piąta rano, na zewnątrz panuje chłód, a ja wciągam na nogi grube skarpety i znoszone spodnie robocze.

Wstałem, mechanicznie nastawiłem ekspres do kawy. W kuchni wszystko lśniło. Białe szafki na wysoki połysk, w których można się przeglądać, indukcyjna płyta, na której rzadko gotuję, bo zazwyczaj zamawiam jedzenie z pudełek. To jest ten luksus, o którym marzyła moja matka, gdy całymi dniami plewiła grządki truskawek, żeby zarobić na moje korepetycje.

– Pamiętaj, Szymuś – powtarzała mi, gdy byłem mały. – Ty będziesz pracował głową. Nie będziesz musiał harować tak jak my. Ty będziesz panem.

Wzięła sobie za punkt honoru, że żaden z jej synów nie zostanie na gospodarce. Mój starszy brat jest prawnikiem. Ja zostałem analitykiem danych w dużej korporacji finansowej. Teoretycznie wygraliśmy los na loterii. Mamy stałe pensje, pakiety medyczne, karty sportowe i perspektywy. Praktycznie, każdego dnia czuję, jak moja dusza usycha.

To był ich cel

Usiadłem przy stole, otwierając laptopa jeszcze przed wyjściem do biura, żeby sprawdzić maile. Było ich trzydzieści. Wszystkie pilne, wszystkie z czerwonym wykrzyknikiem. Raporty, analizy, spotkania statusowe.

Wpatrywałem się w ekran, a przed oczami miałem obraz wujka Józka, który o tej porze wyprowadzał krowy na pastwisko. Widziałem parę unoszącą się z ich nozdrzy, czułem ten specyficzny, ciężki zapach obory. Dla moich koleżanek z biura to smród nie do wytrzymania. Dla mnie to zapach spokoju.

Tam wszystko jest proste. Krowa musi zjeść, musi zostać wydojona, obornik musi zostać wywieziony. Jest akcja i jest reakcja. Jest wysiłek i jest widoczny efekt. W mojej obecnej pracy efekt jest wirtualny – cyferki na ekranie, które znikają, gdy wyłączy się prąd. Pochodzę z małej wsi na wschodzie Polski. Moi rodzice mieli dwadzieścia hektarów ziemi, kilkanaście krów i trzodę chlewną.

Nie chciałem wyjechać

Dzieciństwo wspominam jako nieustanną pracę, ale wbrew temu, co myśleli rodzice, ja tę pracę kochałem. Uwielbiałem czas żniw, kiedy wszyscy sąsiedzi pomagali sobie nawzajem, a kurz wchodził w każdy por skóry. Kochałem zimowe wieczory w oborze, kiedy doglądało się cieląt. Czułem się tam potrzebny i sprawczy. Jednak w naszym domu panowała inna narracja. Praca na roli była przedstawiana jako dopust boży, kara za brak wykształcenia, coś, od czego trzeba uciekać, gdzie pieprz rośnie.

– Zobaczysz, synku, pojedziesz do miasta, będziesz chodził w czystych butach – mówił ojciec. – Nie będziesz musiał się martwić, czy susza, czy powódź. Wypłata wpłynie co miesiąc.

Wierzyli w to tak mocno, że nie miałem serca im powiedzieć, że ja wcale nie chcę czystych butów. Że lubię, kiedy błoto zasycha na nogawkach, że warkot silnika Ursusa jest dla mnie przyjemniejszy niż szum klimatyzacji.

Byłem posłusznym dzieckiem. Uczyłem się dobrze, zdawałem egzaminy, poszedłem na studia ekonomiczne. Przez pięć lat uniwersytetu oszukiwałem samego siebie, że przyzwyczaję się do miejskiego życia. Że polubię te tłumy, hałas tramwajów i wyścig szczurów.

Nie chciałem ich zawieść

Teraz, mając dwadzieścia sześć lat, byłem na prostej drodze do awansu. A jednak czułem się jak oszust. Zadzwoniła matka, akurat gdy byłem w drodze do biurowca.

– Cześć, synku! Jak tam w pracy? Szef cię chwali?

– Cześć mamo. Tak, wszystko w porządku – skłamałem gładko. – Właśnie idę na spotkanie.

– To wspaniale. Wiesz, spotkałam wczoraj sąsiadkę w sklepie. Jej syn wciąż siedzi na gospodarce, biedaczysko. Jak jej powiedziałam, że ty pracujesz w tym całym data center i ile zarabiasz, to aż zzieleniała z zazdrości. Jesteśmy z ojcem tacy dumni.

Ta duma była dla mnie ciężarem nie do uniesienia.

– To miło, mamo. Muszę kończyć, wchodzę do windy.

– Oczywiście, pracuj, pracuj. Kariera sama się nie zrobi!

Rozłączyłem się i oparłem czoło o zimną, metalową ścianę windy. Kariera. Słowo, które brzmiało jak przekleństwo. Moim drugim problemem, równie poważnym co rodzice, była Aneta. Poznaliśmy się na studiach. Piękna, ambitna, zakochana w wielkim mieście. Dla niej wieś istniała tylko jako tło do zdjęć, ewentualnie jako miejsce, skąd pochodzą ekologiczne jajka. Tego wieczoru umówiliśmy się w modnej restauracji. Aneta była podekscytowana, bo właśnie dostała podwyżkę w agencji reklamowej.

– Pomyśl tylko – mówiła. – Za dwa lata będziemy mogli wziąć kredyt na mieszkanie.

Lubiła to życie

Patrzyłem na nią i widziałem kobietę, którą na swój sposób kochałem, ale która żyła w innej rzeczywistości.

– A nie myślałaś nigdy, żeby rzucić to wszystko? Wyjechać gdzieś, gdzie jest ciszej?

Zaśmiała się perliście, biorąc to za żart.

– Co ty gadasz? Gdzie? W Bieszczady, żeby lepić garnki? Przecież my jesteśmy stworzeni do życia w mieście. Ty uwielbiasz swoją pracę, a ja swoją. Tu jest życie, tu są pieniądze.

– Czasami mam dość tego siedzenia przed komputerem – mruknąłem. – Brakuje mi ruchu, prawdziwej pracy.

– Przecież chodzimy na crossfit – zauważyła przytomnie, choć w jej głosie pojawiła się nuta zniecierpliwienia. – Szymon, nie marudź. Wszyscy są zmęczeni, ale pomyśl o celu. Rodzice byliby zachwyceni tym mieszkaniem. Twój tata zawsze powtarza, że masz żyć jak król.

Znowu rodzice. Wszyscy dookoła wiedzieli lepiej, co jest dla mnie dobre. Byłem jak lalka, którą każdy ubierał w swoje marzenia. Aneta chciała partnera z sukcesami, rodzice chcieli syna – symbolu awansu społecznego. Nikt nie pytał, czego chce Szymon.

Dusiłem się tam

Przełom nastąpił w pewien weekend. Pojechaliśmy z Anetą do moich rodziców. To miała być krótka wizyta – obiad, kawa, powrót. Aneta zawsze czuła się tam nieswojo, mimo że rodzice traktowali ją jak księżniczkę.

Gdy dojechaliśmy na miejsce, zobaczyłem, że na podwórku stoi samochód wujka Józka, brata mojego ojca. Wujek przejął gospodarkę po dziadkach, ale ostatnio podupadł na zdrowiu. Ojciec wyszedł nam na spotkanie w niedzielnym garniturze, choć była sobota.

– Witajcie, dzieci! – zawołał. – Anetko, wyglądasz kwitnąco. Szymon, aleś ty blady. W tym biurze to słońca nie widzisz.

– Cześć tato. Co u wujka? – zapytałem, ignorując uwagę o bladości.

– A, ma problem – machnął ręką ojciec. – Pomocnik mu się upił i nie przyszedł do pracy, a on sam ledwo chodzi. Krowy trzeba oporządzić, gnój wyrzucić, a on nie ma siły. Dzwonił, czy bym kogoś nie znalazł we wsi, ale teraz to nikomu się nie chce robić.

– Ja pójdę – powiedziałem, zanim zdążyłem pomyśleć.

Zapadła cisza

Ojciec patrzył na mnie jak na wariata.

– Co ty gadasz? – prychnął ojciec. – Ty? W tych spodniach? Przecież ty od lat wideł w ręku nie miałeś. Zresztą nie po to cię kształciłem, żebyś teraz w gnoju grzebał. Znajdę kogoś.

– Tato, daj spokój. Zanim kogoś znajdziesz, miną godziny. Zwierzęta czekają. Mam w bagażniku stare dresy na siłownię. Daj mi tylko jakieś kalosze.

– Szymon, nie wygłupiaj się – syknęła Aneta. – Będziesz śmierdział.

Nie słuchałem ich. Czułem zew, którego nie potrafiłem wytłumaczyć. Przebrałem się, założyłem gumowce ojca i poszedłem do gospodarstwa wujka, które było kilometr dalej. Gdy wszedłem do obory, uderzyło mnie ciepło i ten specyficzny zapach. Dla wielu odrzucający, dla mnie – domowy. Wujek siedział na stołku, trzymając się za plecy. Na mój widok otworzył szeroko oczy.

– Szymek? A co ty tu robisz?

– Przyszedłem pomóc, wujku. Mów, co trzeba robić.

Przez następne cztery godziny pracowałem jak w transie. Wyrzucałem obornik, ścieliłem świeżą słomę, nosiłem wiadra z paszą. Pot spływał mi po plecach, mięśnie piekły z wysiłku, a na dłoniach, mimo rękawic, zaczęły robić się pęcherze. Ale moja głowa była cudownie pusta. Nie myślałem o deadline’ach, o humorach szefa, o kredycie. Skupiałem się na rytmie pracy.

Myślałem o tym

W pewnym momencie jedna z krów oparła łeb o moje ramię. Podrapałem ją za uchem, a ona mruknęła cicho. Poczułem falę szczęścia tak silną, że aż zakręciło mi się w głowie. Byłem brudny, śmierdzący i zmęczony, ale byłem szczęśliwy. Wróciłem do domu rodziców wieczorem. Ojciec siedział na ganku z piwem. Spojrzał na mnie z niesmakiem.

– I po co ci to było? – zapytał. – Śmierdzisz na kilometr. Matka już naszykowała kąpiel. Umyj się szybko, bo wstyd przed Anetą.

– Nie wstyd, tato – odpowiedziałem, czując dziwny spokój. – Po prostu praca. Ktoś musiał to zrobić.

– Ale nie ty! Ty jesteś magistrem!

– Magister też człowiek. Ręce mi nie odpadły.

Wróciłem do Warszawy, ale mentalnie zostałem w tamtej oborze. Przez następny tydzień w pracy nie mogłem się skupić. Patrzyłem na tabelki i widziałem tylko bezsens tego, co robię. Zrozumiałem, że dłużej tak nie pociągnę. Oszukuję wszystkich, a najbardziej siebie. Decyzja dojrzewała we mnie powoli, ale nieuchronnie. Wiedziałem, że wujek Józek nie ma komu przekazać gospodarstwa. Jego dzieci wyjechały do Anglii i nie zamierzały wracać. Ziemia leżała, czekając na kogoś z sercem.

Podjąłem decyzję

Najtrudniejsza była rozmowa z Anetą.

– Odchodzę z korporacji – powiedziałem pewnego wieczoru.

Zatrzymała odtwarzanie.

– Znalazłeś coś lepszego? Konkurencja cię podkupiła?

– Nie. Wracam na wieś. Chcę przejąć gospodarstwo wujka Józka. On chce przejść na rentę, dogadałem się z nim wstępnie.

Aneta patrzyła na mnie, jakbym powiedział, że zamierzam polecieć na Marsa.

– Ty żartujesz, prawda? To jakiś kryzys wieku?

– Nie, ja się tu duszę. Nienawidzę tego miasta, nienawidzę tej pracy. Kocham ziemię, kocham zwierzęta. Tam się czuję sobą.

– I co? Mam rzucić agencję i doić z tobą krowy? – jej głos drżał ze złości.

– Nie musisz. Możesz zostać tutaj. Ale ja muszę wyjechać.

To był koniec naszego związku. Spakowała się w ciągu dwóch dni. Bolało, ale jednocześnie czułem ulgę. Wiedziałem, że nigdy byśmy się nie dogadali w kwestiach fundamentalnych. Znacznie gorzej poszło z rodzicami. Pojechałem do nich w kolejny weekend, już z wypowiedzeniem złożonym w kadrach. Kiedy usiedliśmy do obiadu, powiedziałem im o swoich planach.

Byli wściekli

Matka upuściła widelec. Ojciec poczerwieniał na twarzy tak bardzo, że bałem się o jego serce.

– Zwariowałeś?! – wrzasnął, uderzając pięścią w stół. – Tyle lat wyrzeczeń! Tyle pieniędzy na twoją edukację! Żebyś teraz gówno przerzucał?! Co ludzie powiedzą?! Że syna zmarnowaliśmy! Że sobie w mieście nie poradził!

– Tato, poradziłem sobie. Mam świetne oceny, awansowali mnie. Ale ja tego nienawidzę. Jestem tam nieszczęśliwy.

– Kogo obchodzi twoje szczęście?! – krzyknęła matka, płacząc. – Tu chodzi o godne życie! O to, żebyś nie musiał się garbić jak my! Chcesz mieć ręce jak tarki? Chcesz, żeby cię kręgosłup bolał w wieku czterdziestu lat?

– Mamo, ja wolę, żeby mnie bolał kręgosłup od pracy, niż głowa od stresu i patrzenia w monitor. Wujek Józek ma nowoczesny sprzęt, można wiele zmodernizować. Mam wiedzę z ekonomii, mogę zarządzać tym gospodarstwem nowocześnie, nie jak dziadek. To może być dochodowy biznes.

– Nie chcę tego słuchać! – ojciec wstał od stołu. – Jeśli to zrobisz, dla mnie nie istniejesz. Nie po to żyły sobie wypruwałem, żeby mój syn został parobkiem.

Zrozumiałem, że oni nie martwią się o mnie, ale o swoje niespełnione ambicje, które przelali na mnie. Chcieli pochwalić się przed wsią sukcesem syna, a mój powrót odbierali jako osobistą klęskę.

– Dobrze – powiedziałem cicho, wstając. – Przykro mi, że tak to widzicie. Ale to moje życie, nie wasze.

Wyszedłem z domu, zostawiając za sobą płaczącą matkę i wściekłego ojca. Serce mi krwawiło, ale wiedziałem, że nie ma odwrotu.

Postawiłem na swoim

Od tamtej rozmowy minął rok. Mieszkam w domu wujka Józka, który powoli remontuję. Przejąłem gospodarstwo. Wstaję codziennie o piątej rano, ale teraz nie potrzebuję budzika – budzi mnie słońce i świadomość, że robię to, co kocham.

Moje dłonie nie są już gładkie. Są szorstkie, mam odciski, a pod paznokciami często zostaje ziemia, której nie da się domyć. Ale kiedy wieczorem siadam na ganku, patrząc na swoje pole, czuję spokój, jakiego nie zaznałem w biurowcu na Mokotowie ani przez chwilę. Wprowadziłem zmiany – zautomatyzowałem system pojenia, zainwestowałem w lepsze pasze, prowadzę dokładną księgowość, wykorzystując wiedzę ze studiów. Okazało się, że siedzenie z laptopem przydaje się też na wsi, ale teraz laptop jest tylko narzędziem, a nie całym moim światem.

Z rodzicami jest trudno. Ojciec przez pół roku się nie odzywał. Matka dzwoniła czasem ukradkiem, żeby zapytać, czy mam co jeść. Dopiero niedawno, gdy zobaczyli, że nie przymieram głodem, a gospodarstwo kwitnie, zaczęli trochę mięknąć. Ojciec wpadł w zeszłym tygodniu „przypadkiem”, rzekomo pożyczyć spawarkę.

Przeszedł się po oborze, popatrzył na zadbane krowy, na nowy traktor, który wziąłem w leasing. Nie powiedział słowa pochwały, ale widziałem w jego oczach błysk. Nie była to ta sama duma, co wtedy, gdy pokazywał moje zdjęcia w garniturze, ale może to był szacunek? Kiedy przerzucam gnój w oborze, uśmiecham się do siebie. Niektórzy widzą w tym brud i upadek. Ja widzę w tym prawdziwe, namacalne życie. Zamieniłem prestiż na wolność i nigdy w życiu nie zrobiłem lepszego interesu.

Szymon, 27 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama