Reklama

Tamtego dnia siedzieliśmy przy suto zastawionym stole u teściowej. Niedzielne obiady u matki mojego męża były rytuałem, którego nie dało się uniknąć. To był ten rodzaj obowiązku, który wpisywał się w kalendarz niczym płacenie podatków – nieprzyjemny, ale konieczny.

Chciałam czegoś nowego

Od miesięcy dusiłam się w swoim biurze. Byłam starszą księgową w dużej firmie. Cyfry, tabelki, wieczne pretensje szefa o raporty, które nikogo nie obchodziły. Moja dusza więdła tam każdego dnia między ósmą a szesnastą.

Jedyną ucieczką było pieczenie. Nocami, gdy dom cichł, a mój mąż Artur i nasze nastoletnie dzieci spały, ja zakradałam się do kuchni. Wyrabianie ciasta było dla mnie jak medytacja. Czułam pod palcami jego strukturę, obserwowałam, jak rośnie, jak żyje. To była magia, której brakowało mi w Excelu.

– Mam wam coś do powiedzenia – zaczęłam. Wszyscy spojrzeli na mnie. – Złożyłam wypowiedzenie – wyrzuciłam z siebie szybko, zanim stracę odwagę. – Otwieram piekarnię.

Moja szwagierka Dagmara parsknęła śmiechem. To nie był delikatny chichot, to był rechot.

– Piekarnię? Ty? – zapytała, ocierając usta serwetką. – Ty się do biznesu nadajesz tak, jak ja do baletu. Przecież całe życie w papierach siedzisz. Myślisz, że wstawanie o trzeciej rano jest dla ciebie? Po tygodniu będziesz płakać i błagać o powrót do biurka.

– To nie jest żart – powiedziałam twardo. – Mam biznesplan, mam oszczędności…

– Nasze oszczędności – wtrącił Artur. – Mieliśmy zmienić samochód.

– Samochód jeździ, a ja w tej firmie umieram – odparłam, patrząc mu w oczy.

– Dziecko drogie – odezwała się teściowa tonem, którym zwykle karciła niesforne wnuki. – Piekarni jest na pęczki. W marketach masz bułki po trzydzieści groszy. Kto ci kupi chleb za dychę? Zbankrutujesz, narobisz długów i Artur będzie musiał to spłacać. Zejdź na ziemię.

Wyśmiali mnie

Czułam, jak łzy napływają mi do oczu, ale nie pozwoliłam im popłynąć. Patrzyli na mnie jak na wariatkę, jak na kogoś, kto postanowił skoczyć w przepaść bez spadochronu. Dagmara zaczęła opowiadać o znajomej, która otworzyła butik i splajtowała po miesiącu. Tylko mój syn, szesnastoletni Kacper, puścił mi oczko. To był jedyny sojusznik.

Decyzja zapadła. Mimo protestów Artura, który przez kolejne tygodnie chodził po domu obrażony i milczący, wypłaciłam swoją część oszczędności. To było wszystko, co miałam. Jeśli by mi się nie udało, zostałabym z niczym.

Znalazłam lokal w starej kamienicy na obrzeżach. Kiedyś był tu sklep mięsny, potem jakiś lumpeks, a od dwóch lat stał pusty. Ściany były brudne, kafelki popękane, a w powietrzu unosił się zapach stęchlizny. Ale ja widziałam potencjał. Widziałam wielkie witryny, przez które mogłoby wpadać słońce, i miejsce na wielki piec.

– Pani Elżbieto, to ruina – powiedział pan Henio, majster, którego wynajęłam do remontu. – Tu trzeba wszystko pruć. Instalacja do wymiany, podłoga do zrywania.

– Wiem, ale zrobimy to – odpowiedziałam.

Zawzięłam się

Wtedy pojawił się pierwszy poważny problem, który nie dotyczył tylko pieniędzy. Artur przestał ze mną rozmawiać o czymkolwiek poza logistyką domu. Czułam, że oddalamy się od siebie. On bał się o naszą przyszłość, a ja bałam się, że jeśli nie spróbuję, to znienawidzę samą siebie. Pewnego wieczoru, gdy wróciłam, zastałam w kuchni Dagmarę. Piła kawę z moim mężem.

– O, bizneswoman wróciła – rzuciła z przekąsem. – Słyszałam, że sanepid robi ci problemy z wentylacją. Mówiłam, że to nie takie proste, jak pieczenie ciasta na imieniny cioci.

– Nie potrzebuję twoich dobrych rad.

– Ja tylko martwię się o brata. Jak wpadniesz w długi, to on też dostanie po kieszeni. Może jeszcze nie jest za późno, by odzyskać kaucję?

Zacisnęłam zęby tak mocno, że aż mnie zabolały. Nikt z nich nie rozumiał, że dla mnie to nie był tylko biznes. To była walka o moją tożsamość.

Spadł mi z nieba

Remont się przeciągał, pieniądze topniały w zastraszającym tempie. Wtedy poznałam pana Stanisława. Przechodził obok mojego lokalu każdego dnia, spacerując z małym kundelkiem. Zawsze zatrzymywał się i zaglądał przez brudną szybę. Pewnego dnia, gdy walczyłam z wnoszeniem worków z gipsem, uchylił drzwi.

– Słabe ma pani te worki – powiedział.

– Daję radę – sapnęłam, ocierając pot z czoła.

– Widzę, że piec pani zamówiła szamotowy. Dobry wybór, ale drogi w utrzymaniu.

Zaciekawił mnie. Okazało się, że pan Stanisław był piekarzem przez czterdzieści lat. Jego piekarnia upadła dekadę temu, wygryziona przez sieciówki i mrożone pieczywo z marketów.

– Młoda damo – powiedział. – Pieczenie to nie chemia, to alchemia. Jeśli myśli pani, że sypnie pani ulepszaczy i ludzie to kupią, to szkoda pani pieniędzy.

Pan Stanisław stał się moim nieoficjalnym mentorem. Przychodził, siadał na wiadrze po farbie i opowiadał mi o zakwasie, o wilgotności powietrza, o tym, jak mąka zachowuje się w zależności od pogody. Dał mi swój zeszyt z przepisami.

– To nie są przepisy z internetu. To przepisy mojego ojca. Szczególnie ten na kajzerki. Prawdziwe, wiedeńskie. Nie te dmuchane piłeczki pingpongowe, które sprzedają w dyskoncie.

To był moment zwrotny

Zrozumiałam, że nie chcę konkurować ceną. Chcę konkurować jakością. Chcę, żeby moja kajzerka była wspomnieniem dzieciństwa dla każdego, kto jej spróbuje.

Otwarcie zaplanowałam na sobotę. Wstałam o drugiej w nocy. Mój mąż nawet nie drgnął, gdy wychodziłam. W piekarni było zimno, zanim rozgrzałam piec. Pracowałam sama, z jedną pomocnicą – młodą dziewczyną, Kasią, którą zatrudniłam do sprzedaży. Wyrabiałam ciasto, formowałam bochenki, składałam kajzerki w sposób, którego nauczył mnie pan Stanisław – pięć nacięć, głębokich, żeby skórka była chrupiąca.

O szóstej rano otworzyliśmy drzwi. Zapach świeżego chleba rozniósł się po ulicy. Czekałam. Minęła godzina. Przyszła jedna starsza pani, kupiła pół chleba. Potem wpadł jakiś student po drożdżówkę. I tyle. Do południa sprzedałam może dziesięć procent tego, co upiekłam. Wieczorem wróciłam do domu z koszami pełnymi niesprzedanego pieczywa. Szwagierka akurat wpadła do nas, zobaczyć, jak poszło.

– I co? Tłumy waliły drzwiami i oknami? – zapytała, widząc moją zgaszoną minę.

– To dopiero pierwszy dzień – broniłam się.

– Widzisz, mówiłam. Ludzie nie mają pieniędzy na fanaberie. Daj sobie spokój, póki masz jeszcze za co spłacić ZUS.

Byłam zrozpaczona

Miałam ochotę zadzwonić do starej szefowej i błagać o powrót. Patrzyłam na swoje dłonie, zniszczone od pracy, z oparzeniem na przedramieniu od gorącej blachy. „Po co mi to było?” – myślałam. Przez następny miesiąc balansowałam na krawędzi. Zarabiałam ledwo na opłaty i pensję dla Kasi. Artur był coraz bardziej nerwowy, zaczęliśmy się kłócić o byle drobiazg.

– Dokładamy do tego interesu – krzyczał. – Skończ z tym hobby, bo pójdziemy z torbami!

Ale ja nie mogłam przestać. Coś się zaczęło dziać. Zauważyłam, że ci sami ludzie zaczynają wracać po kajzerki, które robiłam według przepisu pana Stanisława. Pewnego ranka weszła do piekarni kobieta w eleganckim płaszczu.

– Dzień dobry, czy to tutaj są te bułki, o których piszą na forum osiedlowym? – zapytała.

– Słucham? – zdziwiłam się.

– No, na grupie mieszkańców. Ktoś napisał, że pani kajzerki smakują jak sprzed wojny.

Wieść się rozeszła

Tego dnia sprzedałam wszystko do godziny jedenastej. Następnego dnia kolejka ustawiła się przed otwarciem. Okazało się, że w dobie bylejakości ludzie tęsknili za czymś prawdziwym. Moja kajzerka nie była „watą”. Była treściwa. Można ją było zjeść z samym masłem i czuć się jak w niebie.

Zaczęłam eksperymentować. Dodałam bułki z czarnuszką, chleby żytnie na zakwasie, ale to kajzerka stała się moim znakiem rozpoznawczym. Wątek poboczny z panem Stanisławem też nabrał rumieńców. Starszy pan zaczął wpadać do mnie nie tylko na pogaduchy, ale zakładał fartuch i pomagał przy formowaniu, gdy nie nadążałam. Czuł się znowu potrzebny. Mijały miesiące. Piekarnia stała się lokalnym fenomenem. Kupiłam nowy piec. Lokalne restauracje zaczęły zamawiać u mnie pieczywo. Pewnego popołudnia weszłam do domu i położyłam na stole kopertę.

– Co to jest? – zapytał mąż.

– To zwrot twoich oszczędności, które wzięłam na start. Z odsetkami – powiedziałam spokojnie.

Artur otworzył kopertę i zamilkł. W środku była kwota, która znacznie przewyższała to, co zainwestowałam. Wstał i przytulił mnie mocno.

– Przepraszam, że w ciebie nie wierzyłem. Byłem głupi.

– Byłeś ostrożny – poprawiłam go. – Ale teraz musisz mi pomóc z księgowością, bo ja nie mam czasu na papierki.

Teraz ja triumfowałam

Najlepszy moment nadszedł jednak podczas kolejnych świąt Wielkanocnych. Znowu byliśmy u teściowej. Stół uginał się od jedzenia, a na honorowym miejscu stał koszyk z moim pieczywem, które teściowa sama zamówiła. Dagmara siedziała naprzeciwko mnie. Wyglądała na nieco przygaszoną. Jej mąż właśnie stracił pracę w korporacji w ramach restrukturyzacji.

– Pyszne te bułki – powiedziała teściowa, smarując kajzerkę grubą warstwą pasztetu. – Zawsze wiedziałam, że masz talent kulinarny. Pamiętasz, jak mówiłam, żebyś szła w gastronomię?

Omal nie parsknęłam śmiechem. Ludzka pamięć jest wybiórcza, zwłaszcza gdy w grę wchodzi sukces.

– Dagmara, a co u ciebie? – zapytałam uprzejmie. Szwagierka przełknęła kęs z trudem.

– A wiesz… różnie. Marek szuka pracy. Ciężko teraz na rynku menedżerskim. Wszędzie cięcia. Ale słyszałam, że otwierasz drugi punkt.

– Tak, w przyszłym miesiącu – potwierdziłam.

– Nie potrzebujesz może kogoś do zarządzania? Marek się na tym zna. Logistyka, dostawy, te sprawy.

Spojrzałam na nią. Przypomniałam sobie jej śmiech, jej drwiny. Mogłam teraz triumfować, wyśmiać ją, tak jak ona mnie. Mogłam powiedzieć, że w mojej firmie nie ma miejsca dla ludzi z korporacji.

Zatrudniłam ich

Spojrzałam na teściową, która nagle stała się bardzo zainteresowana wzorem na obrusie i zrozumiałam, że moja satysfakcja nie musi być okrutna. Mój sukces mówił sam za siebie. Nie musiałam nikogo poniżać.

– Niech przyśle CV – powiedziałam spokojnie. – Ale uprzedzam, u mnie się ciężko pracuje. I czasem trzeba wstać o trzeciej rano.

Dagmara pokiwała głową szybko.

– Oczywiście, on się pracy nie boi. Dzięki.

Dziś mam trzy piekarnie. Ludzie stoją w kolejkach po moje kajzerki. Sekret tkwi nie tylko w przepisie pana Stanisława, ale w tym, że ja naprawdę kocham to, co robię. Kiedy wchodzę do mojego pierwszego lokalu i czuję ciepły zapach drożdży, wiem, że jestem na swoim miejscu. Niedawno spotkałam moją dawną szefową. Stała w kolejce. Wyglądała na zmęczoną, szarą.

– Pani Elżbieto – powiedziała. – Zawsze pani zazdrościłam tej odwagi. Ja też kiedyś chciałam otworzyć kwiaciarnię, ale bałam się, że mnie wyśmieją.

– Niech się śmieją – odpowiedziałam. – Śmiech cichnie, kiedy zaczyna pachnieć sukcesem.

Dagmara i Marek pracują u mnie. Marek pilnuje kierowców, Dagmara zajmuje się marketingiem w social mediach. Czasem widzę, jak patrzy na mnie z ukosa. Wiem, że wciąż ją to gryzie – że to ja, ta „nudna księgowa”, jestem teraz szefową.

Elżbieta, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama