„Rodzina odstawiała teatr na Dzień Dziadka. Przychodzili od święta, licząc na jego kasę, ale on wszystkich przechytrzył”
„Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Dziadek miał rację. Widziałam to po ich spojrzeniach, po pytaniach rzucanych niby przypadkiem. Tak naprawdę zależało im tylko na jednym – na dopisku w jego testamencie. Na tym, by uszczknąć coś ze spadku, nie dając nic od siebie”.

- Redakcja
Dziadek Henryk miał osiemdziesiąt sześć lat, gdy wiek w końcu dał o sobie znać. Całe życie był silnym, dumnym człowiekiem, który nikomu nie pozwalał się sobą opiekować. Pracował do późnej starości, był oszczędny i nie mówił zbyt wiele o uczuciach. Rodzina go szanowała. Każdy wiedział, że miał niemały majątek. Dom na przedmieściach, działki, oszczędności.
Kiedy jednak zaczął potrzebować pomocy, nikt nie palił się do jej niesienia. Ćwiczenia, opieka, pielęgnacja – nikt tego nie chciał, każdy miał wymówkę. Za to na Dzień Dziadka pojawiali się wszyscy. Z życzeniami, z ciastem, z uśmiechem do zdjęcia. I z pytaniem wiszącym w powietrzu: „a testament już jest?”. Dla nich spadek był ważniejszy niż człowiek.
Chciałam mu pomóc
Wszystko zaczęło się, gdy dziadek upadł w łazience. Szpital, rehabilitacja, a potem dom. Nie było mowy, żeby poradził sobie sam. Mama zaczęła dzwonić do mnie, do ciotki Elżbiety, do kuzyna Jarka. Każdy mówił to samo: że praca, że dzieci, że choroba teściowej. Odległość też była dobrym pretekstem. Ja mieszkałam godzinę drogi od dziadka, kuzyn ledwie dwadzieścia minut, a i tak był zawsze „zawalony robotą”.
Na początku przyjeżdżała opiekunka z ośrodka – starsza kobieta, serdeczna, ale po trzech tygodniach zrezygnowała. Dziadek złościł się, że ktoś obcy widzi go w takim stanie. Wtedy mama powiedziała, że musimy się jakoś zorganizować we własnym gronie. Oczywiście, wszyscy przytaknęli, ale realnie do dziadka zaglądałam tylko ja. Po pracy wpadałam na godzinę, pomóc w higienie, zrobić herbatę, ugotować na dwa dni.
– To nie twoja kolej, prawda? – pytała ciotka Elżbieta, gdy widziała mnie pod domem dziadka.
– Ktoś musi – odpowiadałam, wchodząc do środka.
Nikt nie chciał patrzeć na upadek tak silnego kiedyś człowieka. Łatwiej było trzymać się z daleka i wspominać, jak to dziadek grał z nami w szachy przy kominku.
Wszyscy mieli wymówki
Po kilku tygodniach mama wymusiła grafik. Miało być sprawiedliwie – każdy członek rodziny miał przychodzić raz w tygodniu. W teorii. W praktyce wyglądało to tak, że Jarek zapomniał, Elżbieta „nagle musiała wyjechać”, a wujek Andrzej zasłaniał się osobistymi problemami.
– Przepraszam, musisz mnie dzisiaj zastąpić – pisała Elżbieta SMS-a niemal co tydzień.
– Nie mogę cały czas za was robić – odpisałam kiedyś, ale odpowiedzi nie dostałam.
Z czasem przestałam się złościć. Przychodziłam, robiłam swoje, choć nie było to łatwe. Dziadek bywał uparty. Kiedy musiałam mu pomóc, odwracał wzrok i milczał. Najgorsza była ta cisza – nie krzyk, nie pretensje. Tylko wstyd, który wisiał w powietrzu.
– Nie chciałbym ci robić kłopotu – powiedział raz, tak cicho, że ledwo usłyszałam.
– Nie robisz. Jestem tu, bo cię kocham – odpowiedziałam i poczułam, jak ściska mnie w gardle.
Nie był już tym samym dziadkiem, który sadził pomidory w ogrodzie i opowiadał kawały przy grillu. Ale był, nadal żył. Nadal potrzebował nas. Tylko nikt poza mną tego nie zauważał.
Przychodzili tylko od święta
Wystarczyło, że zbliżał się Dzień Dziadka, a rodzina nagle przypominała sobie drogę do jego domu. Przyjeżdżali z ciastem, z kawą w papierowych kubkach, z jakąś gazetą i obowiązkowym „sto lat”. Przesiadywali godzinę, dwie, uśmiechali się szeroko, robili zdjęcia, jakby to były odwiedziny u bohatera, nie u człowieka, który potrzebował realnej pomocy.
– Kochany nasz – cmokała Elżbieta, poprawiając mu poduszkę tak ostentacyjnie, jakby wykonywała wielki gest.
– Widzisz, Henio, jak cię wszyscy kochamy – dorzucała, patrząc bardziej na mamę niż na niego.
Dziadek odpowiadał krótkimi zdaniami. Ożywiał się dopiero, kiedy zostawaliśmy sami.
– Oni przychodzą od święta – powiedział któregoś wieczoru, kiedy podawałam mu herbatę. – Żeby ich sumienie nie gryzło.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Bo słyszałam też te pytania rzucane mimochodem, niby w żartach, niby przy okazji.
– A dziadek to już wszystko ma poukładane? – zagadywał Jarek, udając beztroskę.
– Nie no, żartuję, ale wiecie… warto mieć porządek w papierach – dodawał, patrząc na ścianę, nie na dziadka.
Dziadek milczał. Ale jego milczenie nie było naiwne.
Zależało im na jednym
Najbardziej bolało mnie to, jak szybko potrafili wychodzić, gdy robiło się „zbyt prawdziwie”. Gdy trzeba było coś podać, pomóc wstać, przynieść podkład, posprzątać. Wtedy nagle dzwonił telefon, praca, spotkanie, korek na trasie.
– Dobra, to my już się zbieramy, żeby ci nie przeszkadzać – mówił wujek Andrzej, kiedy dziadek poprosił o pomoc.
– Ja bym pomógł, ale ja się boję, że coś źle zrobię – mruczał Jarek, cofając się o krok.
Zostawałam ja. Zawsze ja. I dziadek, który widział to lepiej niż ktokolwiek.
– Ty się chyba nie łudzisz, prawda? – zapytał kiedyś, gdy znowu zostałam po „rodzinnej wizycie”.
– Że co?
– Że im naprawdę chodzi o mnie, a nie o moje pieniądze.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Miał rację. Widziałam to po ich spojrzeniach, po pytaniach rzucanych niby przypadkiem. Tak naprawdę zależało im tylko na jednym – na dopisku w jego testamencie. Na tym, by uszczknąć coś ze spadku.
Testament zmienił wszystko
Po jakimś czasie mama powiedziała, że dziadek chce pojechać do notariusza.
– Sam o tym wspomniał – dodała, jakby to był temat neutralny, a ja już wtedy czułam, jak w rodzinie robi się poruszenie.
Nie pytali, jak się dziadek czuje. Pytali, kiedy jedzie i czy „to już”. Nie musieli długo czekać. Dziadek zmarł w marcu. Pogrzeb był spokojny, wzruszający. Potem, już przy kawie, zaczęły się pierwsze pytania o testament. Mama próbowała odciągać temat, ale było jasne, że każdy czeka tylko na to.
W końcu spotkaliśmy się u notariusza. Przyszli wszyscy. Ci sami, którzy od miesięcy mieli wymówki, kiedy trzeba było przyjść w zwykły wtorek. Siedzieli spięci, udając, że to formalność. Notariusz otworzył kopertę i zaczął czytać. Z każdym zdaniem ciotka Elżbieta robiła się coraz bledsza, a Jarek przestał się uśmiechać.
– Wszystko, co posiadam, przekazuję osobie, która była przy mnie wtedy, gdy inni pamiętali o mnie tylko od święta.
Spojrzenia skierowały się na mnie. W gardle miałam sucho. Nie z radości. Z szoku, że dziadek naprawdę postanowił postawić granicę. I że widział więcej, niż mówił.
W testamencie były też zapisy dla reszty. Symboliczne. Takie, które bardziej mówiły niż dawały: drobne kwoty, kilka przedmiotów, a do tego krótka notatka, że wdzięczność mierzy się czynami, nie życzeniami na Dzień Dziadka. Zapadła cisza, gęsta i nieprzyjemna.
Niczego nie żałuję
Po wyjściu od notariusza nikt nie miał ochoty na rozmowę. Elżbieta poprawiła torebkę na ramieniu i rzuciła tylko:
– No cóż. Najwyraźniej miał swoje powody.
Nie patrzyła mi w oczy. Jarek nie odezwał się wcale, wyszedł jako pierwszy, trzaskając drzwiami. Mama została jeszcze chwilę, ścisnęła moją dłoń. Wiedziała, ile mnie to kosztowało – fizycznie, emocjonalnie. Widziała te wieczory, kiedy wracałam zmęczona i milcząca, kiedy miałam dość, ale i tak jechałam.
Spadek? Tak, był duży. Dom, działki, oszczędności. Tyle że w tamtej chwili to nie miało największego znaczenia. Największą wartością, jaką dziadek mi zostawił, była jego wdzięczność. To, że mnie dostrzegł. Że docenił nie za to, co mówiłam, tylko za to, co robiłam. I że nie dał się kupić świątecznym zdjęciem i ciastem z cukierni.
Nie zmieniłam się po tym, nie kupiłam nowego samochodu, nie wyjechałam na wakacje życia. Spłaciłam kredyt, część pieniędzy przeznaczyłam na dom opieki, w którym teraz czasem wolontariacko pomagam. Nauczyłam się, że ludzie mówią dużo, obiecują więcej, ale w końcu liczy się to, kto naprawdę jest obok, gdy nikt nie patrzy.
Od tamtej pory Dzień Dziadka kojarzy mi się inaczej. Już nie z laurką i kawą, tylko z prostym pytaniem: kto przychodzi wtedy, gdy nie ma okazji do pokazania się. I kto zostaje, gdy robi się trudno. Nie żałuję ani jednej godziny spędzonej przy łóżku dziadka. Wiem, że on też nie żałował, że wybrał mnie.
Aldona, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wyjazd w góry miał naprawić moje relacje z synem. Zamiast tego usłyszałem, że dla niego jestem tylko weekendowym ojcem”
- „Wnuki pamiętają o mnie na Dzień Babci, a później milczą przez 12 miesięcy. Nauczka czeka na nich w testamencie”
- „W Dzień Babci i Dziadka zamkniemy z mężem dom na 4 spusty. Synowa zrobiła z nas darmową opiekę, ale koniec z tym”