Reklama

Zaprosiłam ich. Otworzyłam drzwi do mojego azylu, myśląc o ciepłych wieczorach przy herbacie i rodzinnej atmosferze. Nie wiedziałam jeszcze, że wpuszczam do środka huragan, który w ciągu siedmiu dni zniszczy nie tylko moje mienie, ale i moją wiarę w ludzi. Kiedy wyjechali, usiadłam na podłodze w kuchni i po prostu zaczęłam płakać, patrząc na puste słoiki i plamy, których nie da się zmyć.

Chciałam, żeby czuli się dobrze

Pamiętałam Marlenę jako tę cichą, ułożoną kuzynkę, z którą w dzieciństwie wymieniałam się karteczkami do segregatora. Była starsza ode mnie o dwa lata, zawsze taka dystyngowana, wręcz pedantyczna. Kiedy zadzwoniła do mnie dwa tygodnie przed feriami zimowymi, w jej głosie słyszałam autentyczną rozpacz.

– Natalia, błagam cię – łkała. – Jarek znowu wyjechał w delegację, ja zostałam sama z chłopcami i małą Zuzią. Potrzebuję powietrza. U ciebie jest tak pięknie, ten las, ten spokój... Nie będziemy przeszkadzać, obiecuję. Dzieciaki będą cały dzień na dworze.

Spojrzałam na mojego męża, Marka, który akurat czytał książkę na kanapie. Nasz dom był naszą twierdzą. Dopiero co skończyliśmy remont parteru. Nowe panele, jasne ściany, ta wymarzona, beżowa kanapa, na którą zbieraliśmy pół roku. Marek wzruszył ramionami, choć w jego oczach widziałam wahanie. Nie mamy własnych dzieci, cenimy sobie ciszę i porządek, ale rodzina to rodzina.

– Przyjeżdżajcie – powiedziałam, nieświadomie podpisując wyrok na własny spokój. – Mam pełną spiżarnię, zrobimy sobie babski tydzień.

Przygotowałam się na ich przyjazd jak na wizytę królewską. Zrobiłam gigantyczne zakupy. Moja spiżarnia, moja duma, pękała w szwach. Domowe konfitury, które robiła jeszcze moja babcia, słoiki z marynowanymi grzybkami, na które Marek chodził jesienią o świcie, zapas drogich włoskich wędlin, które kupiłam na naszą rocznicę, ale postanowiłam się podzielić. Miałam zamrażarkę pełną mięsa, a w szafkach zapas słodyczy, który normalnie starczyłby nam na kwartał. Chciałam, żeby czuli się dobrze. Chciałam być dobrą gospodynią.

Nigdy nie ufaj wspomnieniom z dzieciństwa

Zajechali w poniedziałek rano. Nie weszli do domu – oni do niego wpadli. Dosłownie. Drzwi otworzyły się z hukiem i do środka wbiegło dwóch siedmioletnich bliźniaków, Patryk i Piotrek, w ośnieżonych butach.

– Chłopcy! – krzyknęłam odruchowo, widząc, jak błoto pośniegowe ląduje na moich nowych panelach.

Marlena weszła za nimi, niosąc na ręku trzyletnią Zuzię i ciągnąc za sobą walizkę wielkości małego samochodu. Wyglądała na zmęczoną, to fakt, ale jej reakcja na zachowanie synów zmroziła mnie bardziej niż wiatr wpadający przez otwarte drzwi.

– Daj spokój, Natalka, to tylko woda – rzuciła, rzucając płaszcz na fotel, zamiast powiesić go w wiatrołapie. – Są tacy energiczni, musieli odreagować podróż. Masz coś do picia? Umieram z pragnienia.

Zanim zdążyłam zamknąć drzwi i podać szmatę, chłopcy byli już w salonie. Jeden skakał po kanapie – tej beżowej, wymarzonej kanapie – w brudnych dżinsach, a drugi majstrował przy drogim sprzęcie audio Marka.

– Zostaw to, proszę! – warknęłam, czując, jak skacze mi ciśnienie.

Marlena spojrzała na mnie z wyrzutem.

– Nie krzycz na niego, on jest bardzo wrażliwy. Wystarczy powiedzieć spokojnie. Piotruś, ciocia prosi, żebyś nie dotykał, dobrze?

Piotruś spojrzał na nią, potem na mnie, i z premedytacją wcisnął membranę głośnika palcem. Usłyszałam ten charakterystyczny, chrzęszczący dźwięk pękającego materiału. Mój żołądek zacisnął się w supeł. To była pierwsza godzina. Zostało jeszcze sześć dni i dwadzieścia trzy godziny.

Tornado w mojej kuchni

Prawdziwy dramat zaczął się jednak w kuchni. Myślałam, że przygotowałam jedzenia dla pułku wojska. Myliłam się. Rodzina Marleny nie jadła. Oni pochłaniali. Już pierwszego wieczoru podałam kolację. Upiekłam schab, zrobiłam sałatki. Chłopcy dłubali w talerzach, zrzucając kawałki jedzenia na podłogę.

– Nie smakuje im? – zapytałam, starając się brzmieć uprzejmie, choć widziałam tłustą plamę rosnącą na dywanie pod krzesłem Patryka.

– Oni wolą przekąski – stwierdziła Marlena, wstając od stołu. – A co ty tam masz w tych szafkach?

Podeszła do spiżarni. Mojej świętej strefy. Bez pytania otworzyła drzwi.

– Ooo! Krem czekoladowy! I te ciasteczka maślane! Chłopcy, patrzcie!

W ciągu piętnastu minut zniknęły dwa opakowania ciastek i połowa słoika kremu czekoladowego. Ale to był dopiero początek. Następnego dnia wyszłam z pracy (pracuję zdalnie, ale musiałam zamknąć się w gabinecie na parę godzin). Zeszłam na dół, licząc na szybki lunch.

Otworzyłam lodówkę i zamarłam. Brakowało trzech pęt swojskiej kiełbasy, którą dostaliśmy od teścia. Zniknął ser pleśniowy, który kosztował fortunę. A na blacie stały trzy puste słoiki po moich konfiturach z malin. Tych, które robiłam dwa dni, stojąc nad garem w lipcowym upale.

– Marlena? – zawołałam drżącym głosem.

Weszła do kuchni, oblizując łyżeczkę. – Co tam?

– Gdzie jest kiełbasa? I dżemy?

– A, dzieciaki były głodne – wzruszyła ramionami, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. – Zrobiliśmy sobie ucztę. Te twoje dżemy są pyszne, choć trochę za słodkie. Zuzia zjadła prawie cały słoik, mam nadzieję, że nie dostanie wysypki.

– Zjadłyście zapas na całą zimę w jedno popołudnie?! – Mój głos poszybował o oktawę wyżej.

– Jezu, Natalka, nie bądź sknerą. Przecież to tylko jedzenie. Kupisz sobie nowe. Rodzinie żałujesz?

Poczułam, jak krew uderza mi do głowy. To nie chodziło o pieniądze. Chodziło o brak szacunku. O to, że brała, co chciała, bez pytania. O to, że traktowała mój dom jak sklep samoobsługowy, w którym wszystko jest za darmo.

To był moment

Środa była punktem zwrotnym. Marek wrócił z pracy wściekły. Okazało się, że jeden z bliźniaków porysował karoserię jego samochodu patykiem, „bo chciał narysować słoneczko”. Marlena skwitowała to krótkim: „No przecież to dziecko, nie wiedział. Wypoleruje się”.

Zaszyłam się w sypialni, próbując opanować drżenie rąk. Słyszałam na dole hałas, jakby stado słoni urządzało dyskotekę. Wiedziałam, że powinnam ich wyrzucić. Ale ta przeklęta polska gościnność, to wpajane od dziecka poczucie, że „gość w dom, Bóg w dom”, trzymało mnie za gardło. Bałam się awantury. Bałam się, że wyjdę na złą, nietolerancyjną ciotkę.

Zeszłam na dół około dwudziestej, żeby zrobić sobie herbatę. W salonie panował mrok, świecił tylko telewizor. Marlena spała na fotelu. Dzieci biegały samopas. Weszłam do kuchni i poślizgnęłam się na czymś lepkim.

Podłoga. Moje piękne, dębowe deski w jadalni. Były całe w czymś czerwonym.

– Co tu się stało?! – krzyknęłam.

Marlena drgnęła i otworzyła jedno oko.

– O, wstałaś. Wiesz, chyba wylał im się sok. Albo syrop. Nie miałam siły sprzątać, taki miałam ciężki dzień.

Podeszłam bliżej. To nie był jakiś tam sok. To był mój domowy sok z aronii. Ten, który barwi wszystko, czego dotknie, na fioletowo-czarno. Plama miała średnicę metra i zdążyła już wsiąknąć w drewno.

– Marlena, to nie zejdzie! – wrzasnęłam, nie panując już nad sobą. – Zniszczyliście mi podłogę!

– Przesadzasz – mruknęła, ziewając. – Położysz dywanik. To tylko dzieci. Dobrze się bawiły. Wiesz, jak one rzadko mają tyle miejsca do biegania? Powinnaś się cieszyć, że dajesz im trochę radości, zamiast martwić się o jakieś deski. Jesteś straszną materialistką, wiesz?

Patrzyłam na nią i nie poznawałam tej kobiety. Gdzie podziała się moja kuzynka? Kiedy zamieniła się w to roszczeniowe indywiduum, które uważa, że cały świat ma obowiązek służyć jej i jej potomstwu?

Apogeum zniszczenia

Czwartek przyniósł ostateczny cios. Musiałam wyjść na ważne spotkanie z klientem. Poprosiłam, błagałam wręcz: „Marlena, pilnuj ich. Niech nie wchodzą do mojego gabinetu. Tam są ważne dokumenty, sprzęt, projekty”.

– Jasne, jasne, nie martw się. Będziemy oglądać bajki – obiecała.

Wróciłam po czterech godzinach. W domu panowała podejrzana cisza. Zbyt wielka cisza. Serce podeszło mi do gardła. Wbiegłam po schodach. Drzwi do gabinetu były otwarte. Na środku pokoju siedziała mała Zuzia. W rączce trzymała czarny marker permanentny. Moje projekty, wydruki wielkoformatowe, nad którymi pracowałam przez ostatni miesiąc, leżały rozrzucone na podłodze. Każdy z nich był „ozdobiony” koślawymi kreskami.

Ale to nie było najgorsze. Spojrzałam na moją białą ścianę nad biurkiem. Była cała pomazana. Czarnym, niezmywalnym markerem. Abstrakcyjne esy-floresy ciągnęły się od podłogi aż do wysokości metra. A Marlena? Marlena siedziała w fotelu obok, przeglądając posty na telefonie.

– Ty... – tylko tyle zdołałam wydusić.

Podniosła wzrok i uśmiechnęła się niewinnie.

– O, jesteś już?

W tym momencie coś we mnie pękło. To nie była złość. To była fura czystej, skondensowanej furii.

– Wynoście się – powiedziałam.

– Co? – Marlena zamrugała, jakby nie zrozumiała języka.

– Wynoście się! Natychmiast! – wrzasnęłam tak głośno, że Zuzia upuściła marker i zaczęła płakać. – Pakuj się i wyjeżdżajcie. W tej chwili!

– Ale Natalka, co ty... Przez parę kartek papieru? Przez ścianę? Przecież to można zamalować! Jesteś nienormalna? Wyrzucasz matkę z dziećmi na mróz?

– To nie jest mróz, jest dwa stopnie na plusie, a ty masz samochód! – krzyczałam, czując łzy w oczach. – Zniszczyliście mi dom. Zjedliście wszystko, co miałam. Zniszczyliście pracę miesiąca. Mam dość!

Wciąż znajduję ślady ich obecności

Pakowali się godzinę. Marlena przez cały ten czas głośno komentowała, jaką jestem egoistką, jak nie mam serca, jak „pieniądze przewróciły mi w głowie” i że „dobrze, że nie mam dzieci, bo bym je zagłodziła". Chłopcy płakali, że nie zdążyli zjeść lodów, które widzieli w zamrażarce.

Kiedy wreszcie trzasnęły drzwi, a silnik ich samochodu ucichł w oddali, oparłam się plecami o te nieszczęsne, pomazane drzwi i osunęłam się na podłogę. Marek wrócił godzinę później. Nie musiał nic mówić. Przeszedł przez salon, zobaczył plamę z soku z aronii. Wszedł do kuchni, otworzył lodówkę, w której zostało tylko światło i słoik chrzanu. Poszedł do gabinetu i zobaczył ścianę. Wrócił do mnie, usiadł obok i mocno mnie przytulił.

Straty oszacowaliśmy następnego dnia. Cyklinowanie podłogi w jadalni. Malowanie gabinetu. Odkupienie zapasów spożywczych – rachunek wyniósłby lekko tysiąc złotych, biorąc pod uwagę jakość produktów, które zniknęły. Naprawa głośnika. Rysa na samochodzie. Ale najgorsza była strata zaufania.

Dziś, trzy miesiące później, wciąż znajduję ślady ich obecności. Ostatnio pod poduszkami kanapy znalazłam wciśniętą, spleśniałą kanapkę z serem. A Marlena? Obraziła się śmiertelnie. Opowiada całej rodzinie, że jestem niezrównoważona i wyrzuciłam ją, bo „dziecko dotknęło kartki papieru”.

Nie prostuję tego. Nie tłumaczę. Cieszę się ciszą. I tym, że w mojej spiżarni słoik z miodem stoi dokładnie tam, gdzie go postawiłam, a jego zawartość nie znika w tajemniczych okolicznościach. Nauczyłam się jednego: asertywność to nie egoizm. To instynkt przetrwania. A do mojego domu wstęp mają już tylko ci, którzy wiedzą, do czego służy wycieraczka i że „nie swojego” się nie rusza.

Natalia, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama