Reklama

Mam męża, dwójkę dzieci, pracę, kredyt, psa i wrażenie, że od kilku lat jadę na oparach. Mówią, że to normalne. Że każda matka tak ma – robi wszystko, ogarnia wszystkich, a siebie zostawia na później. Tyle że ja coraz częściej mam wrażenie, że to „później” nigdy nie przychodzi. Mój mąż, Tomek, zawsze powtarzał, że rodzina to priorytet. I ja w to wierzyłam. Naprawdę. Dlatego kiedy na początku stycznia powiedział mi, że wszystko już ogarnął – ferie, noclegi, karnety dla dzieci, nawet jakiś nowy termos na herbatę – byłam wzruszona. I wdzięczna. Bo pierwszy raz od lat ktoś pomyślał o mnie.

– Kochanie, serio, wszystko opłacone. Sprawdź tylko, czy mamy krem z filtrem i rękawiczki dla młodego – mruknął, nie odrywając wzroku od telefonu.

– A narty? – dopytałam, przewracając oczami, bo znałam już to jego „mam wszystko pod kontrolą”.

– Wypożyczymy na miejscu, przecież nie będziemy znowu tego targać przez pół Polski – dodał, od niechcenia.

Z kuchni dobiegł śmiech dzieci. Franek biegał za Majką z góralską czapką na głowie, udając instruktora narciarstwa. W powietrzu czuć było ekscytajcję, to wyczekiwanie na wyjazd, którego tak bardzo wszyscy potrzebowaliśmy. A ja… ja pakowałam walizki i marzyłam. O kawie na balkonie z widokiem na góry. O tym, że się zatrzymamy, będziemy rodziną, bez bieganiny, bez budzika. I choć wszystko wyglądało dobrze – za dobrze – czułam ten znajomy ścisk w żołądku. Niby nic się nie działo, a jednak… Tomek ostatnio często znikał. „Zlecenia”, „telefon z pracy”, „muszę oddzwonić” – mówił, chowając się z komórką w łazience. Nie miałam żadnego dowodu, nic konkretnego. Ale intuicja zaczynała szeptać. „To może być dobry czas dla nas jako rodziny…” – powiedziałam do siebie na głos, zamykając walizkę. Tyle że nie wiedziałam, że wszystko rozpadnie się szybciej, niż zdążę założyć śniegowce.

Perfumy za 800 złotych

Zmywałam naczynia po kolacji, kiedy spod sterty gazet na stole wypadł kawałek papieru. Paragon. Już miałam go wyrzucić, ale coś mnie tknęło. Zerknęłam. Luksusowa perfumeria, zakup sprzed trzech dni, perfumy za osiemset złotych. Spojrzałam jeszcze raz. Nie znałam tej nazwy. To nie był mój zapach. Serce zaczęło mi łomotać. Stałam w kuchni z mokrą ręką, wodą kapiącą z talerza i tym cholernym paragonem w drugiej. Nagle zrobiło mi się gorąco. Wytarłam dłonie o spodnie i weszłam do salonu.

– Tomek, możesz na chwilę? – zapytałam spokojnie, choć w środku już mi się gotowało.

Oderwał wzrok od telewizora i spojrzał na mnie bez wyrazu. Weszliśmy razem do kuchni. Zamknęłam za nami drzwi.

– Co to jest? – podałam mu paragon.

– To… prezent – odparł po chwili, nie patrząc mi w oczy.

– Dla kogo? Bo dla mnie na pewno nie. Nie dostałam żadnego prezentu, a jeśli kupiłeś mi perfumy, to nie ten zapach – powiedziałam lodowato.

Zamilkł. Stał jak sparaliżowany, a potem wzruszył ramionami.

– Koleżanka z pracy miała urodziny – wydukał.

– I kupiłeś jej prezent za osiemset złotych? – podniosłam głos. – Koleżance z pracy? Wiesz, co?! Nie rób ze mnie idiotki.

– Anka… – zaczął, ale przerwałam mu od razu.

– Nie kończ. Znam ten schemat. Najpierw tajemnicze telefony w łazience, potem nadgodziny, teraz perfumy. Nie zaprzeczaj, bo nawet nie próbujesz się postarać.

Milczał. To właśnie bolało najbardziej. Ta jego obojętność. Brak reakcji. Jakby wszystko było już przesądzone.

– Nie jadę z tobą nigdzie – powiedziałam nagle.

Spojrzał na mnie zaskoczony.

– Przestań dramatyzować – rzucił, ale nie był pewny siebie.

– To nie jest żadne cholerne dramatyzowanie. To decyzja. Jedź sobie z tą swoją koleżanką. Ja i dzieci pojedziemy osobno.

Odwróciłam się, zostawiając go samego przy kuchennym blacie. Za oknem padał śnieg. Cichy, spokojny, w zupełnej sprzeczności z tym, co czułam w środku.

Nie czułam już nawet złości

Zamknęłam się w łazience. Oparłam się o zimne kafelki i wpatrywałam w ekran telefonu, zanim w końcu napisałam, że znowu coś ukrywa i że tym razem mam dowód. Wysłałam wiadomość do Kasi, mojej przyjaciółki, tej jednej jedynej, która zawsze mówiła mi prawdę, nawet gdy bolała. Gdy po kilku sekundach zapytała, co się stało, nie byłam gotowa, żeby to wszystko opowiadać. Nie teraz. Położyłam telefon na pralce i odetchnęłam głęboko. Próbowałam nie płakać. Za drzwiami dzieci się śmiały, oglądały coś w telewizji. Maja coś nuciła pod nosem. Nie mogłam się rozkleić. Nie przy nich.

Wieczorem Tomek poszedł spać na kanapie, jakbym to ja zrobiła coś nie tak. Jakbym to ja go zraniła. Przechodził obok mnie z miną męczennika, a ja patrzyłam na niego i nie czułam już nawet złości. Było mi wszystko jedno. Siedziałam przy kuchennym stole i przeglądałam oferty hoteli. Znalazłam pensjonat w górach, niewielki, ale przytulny. Zarezerwowałam pokój dla mnie i dzieci. Bez wahania. Nad ranem, kiedy pakowałam ich rzeczy, wszedł do kuchni, przecierając oczy.

– Serio chcesz to tak załatwić? – zapytał zmęczonym głosem. – Przecież to tylko koleżanka…

Spojrzałam mu prosto w oczy.

– My wyjeżdżamy. Ty zostań z tą, co teraz pachnie za osiemset złotych.

Nic nie odpowiedział. Patrzył na mnie przez chwilę, jakby nie rozumiał, że nie żartuję. Wrócił na kanapę i znów się położył. Tak po prostu. Jakby wszystko go przerosło. Usiadłam na łóżku obok dzieci. Franek jeszcze spał, a Maja przytuliła się do mnie.

– Mamusiu, a kiedy pojedziemy na ferie?

– Niedługo, kochanie. Pojedziemy w inne miejsce, ale będzie super, zobaczysz – powiedziałam, głaszcząc ją po włosach.

To nie była decyzja impulsywna. To było o mnie. O tym, że nie chcę już żyć z kimś, kto kłamie mi w żywe oczy.

Nie było już odwrotu

Droga w góry była długa. Jechałam ostrożnie, z dłońmi zaciśniętymi na kierownicy, skupiona bardziej na myślach niż na drodze. Maja zasnęła po godzinie. Franek co jakiś czas zadawał pytania, ale i on w końcu ucichł. W radiu leciała muzyka – cicho, jakby nie chciała się narzucać. Pustka we mnie rosła z każdym kilometrem. Nie płakałam. Nie byłam nawet zła. Czułam się pusta. Wypalona. I zaskakująco spokojna.

Zatrzymałam się raz, na stacji. Kupiłam dzieciom rogaliki, sobie gorącą kawę w papierowym kubku. Stałam przy aucie, popijając ją i patrząc w dal. W głowie układałam sceny – co mógł powiedzieć, co ja mogłam odpowiedzieć, czego nie zrobiłam wcześniej, żeby nie dopuścić do tego wszystkiego. Ale nie było już odwrotu. Jechaliśmy nową drogą. Bez niego. W hotelu przyjęto nas dość chłodno. Starsza kobieta w recepcji spojrzała na mnie z dystansem, jakby już wiedziała, że jestem tu bez męża, sama z dziećmi, z walizką i oczyma, które zdradzają problemy.

– Pokój numer czternaście. Jedno łóżko podwójne, dwa pojedyncze – rzuciła, wręczając mi klucz.

– Dziękuję – powiedziałam, choć wcale nie czułam wdzięczności.

Zanim weszliśmy do pokoju, zadzwoniłam do Tomka. Nie odebrał. Po raz pierwszy nie zdziwiło mnie to. Po godzinie przyszedł SMS:„Zastanów się, co robisz dzieciom”. Wpatrywałam się w ekran przez chwilę, potem wystukałam odpowiedź: „Zastanów się, co ty zrobiłeś nam”. Nie wysłałam jej od razu. Przeczytałam ją kilka razy. W końcu kliknęłam „wyślij”. Wieczorem siedziałam przy oknie, dzieci zasnęły. Za szybą padał śnieg. W pokoju było ciepło, cicho. I choć powinnam czuć ulgę, w środku miałam wyrwę. Nie tylko dlatego, że mnie zdradził. Chodziło o coś innego. O brak reakcji. O jego obojętność. O to, że nie próbował mnie zatrzymać. Nie poprosił, żebyśmy porozmawiali. Jakby to nie miało znaczenia. Jakbyśmy już dawno nie istnieli.

Nie byłam już taka sama

Minęły trzy dni. Śnieg nie przestawał padać. Dzieci były zachwycone. Maja śmiała się, gdy zjeżdżała na sankach, a Franek próbował robić aniołki na śniegu. Stałam obok, z termosem w dłoni, wpatrzona w nich, jakby to nie były moje dzieci, tylko jakiś obrazek z innego życia. Takiego, które kiedyś sobie wyobrażałam. Z Tomkiem. Co wieczór siadałam przy oknie, przeglądałam telefon. On nie dzwonił. Czasem tylko wysyłał zdawkowe wiadomości o stylu „Daj znać, że dojechaliście”. W hotelowej stołówce usiadłam któregoś dnia obok kobiety w moim wieku. Była sama. Miała ciemne włosy i spokojne oczy. Uśmiechnęła się do mnie delikatnie.

– Też tu uciekłam – powiedziała nagle. – Mój mąż zdradził mnie po piętnastu latach. Ten śnieg może uleczy moje serce.

Spojrzałam na nią. To było takie dziwne. W jednej chwili poczułam się mniej samotna. Skinęłam głową.

– U mnie po dwunastu. Perfumy. Osiemset złotych. I cisza.

– Milczenie boli najbardziej, prawda? – szepnęła.

Zamyśliłam się. Już nie wiedziałam, czy to koniec, czy dopiero początek końca. Ale wiedziałam jedno – nie byłam tą samą kobietą, która tydzień temu pakowała walizki z myślą, że ten wyjazd nas uratuje. Tamta Anka szukała odpoczynku. Ta, która siedziała teraz z obcą kobietą w górach, szukała siebie.

Dla mnie to był koniec

Wróciliśmy w niedzielę wieczorem. Dzieci spały w aucie, z policzkami czerwonymi od zimna i zabawy. W domu było cicho. Światła się paliły. Tomek siedział w kuchni. Zaparzył herbatę, jakby nigdy nic się nie stało.

– I jak było? – zapytał, nie patrząc na mnie.

Zsunęłam kurtkę i odłożyłam torby.

– Dobrze. Spokojnie. Dzieci były szczęśliwe.

– Cieszę się – powiedział, a ja usłyszałam w jego głosie coś, co przypominało obojętność.

Stałam oparta o framugę. Czekałam, że coś powie. Że zapyta. Że przeprosi. Nic.

– Naprawdę chcesz tak to zostawić? – zapytałam w końcu.

– Nie sądziłem, że tak zareagujesz – odpowiedział. – Przesadzasz.

Poczułam, że coś we mnie pęka. Spokojnie, bez krzyku.

– A ja nie sądziłam, że kupisz innej kobiecie perfumy za osiemset złotych i będziesz oczekiwał, że nic się nie zmieni.

Nie odpowiedział.

Nie chciałem cię skrzywdzić – dodał po chwili.

– Ale skrzywdziłeś. A teraz zostaniesz z tym zapachem. Z tą ciszą. Ze wszystkim, co sobie zbudowałeś w tym telefonie, w pracy, gdziekolwiek. Dla mnie to już koniec.

– Naprawdę koniec? – zapytał, jakby nie wierzył.

– Dla mnie był już wtedy, kiedy kupiłeś ten prezent. Po prostu wcześniej jeszcze w to nie uwierzyłam.

Przeszłam obok niego, poszłam do naszej sypialni, otworzyłam szafę i wyjęłam jego torbę. Pakowałam mechanicznie. Swetry, spodnie, ładowarkę. Żadnych sentymentów. Żadnych łez. W końcu stanął w progu.

– Gdzie mam iść?

– Nie wiem, ale to już nie jest mój problem.

Nie krzyczałam. Nie płakałam. Podsunęłam mu torbę i odwróciłam się plecami.

Nie wiem, co będzie dalej

Minęło kilka miesięcy. Mieszkam sama z dziećmi. Wynajęłam niewielkie mieszkanie w tej samej dzielnicy, żeby nie zmieniać im szkoły. Jest ciasno, momentami duszno, ale spokojnie. Nawet bardzo. I ta cisza, której kiedyś się bałam, dziś jest moim wybawieniem. Nie wiem jeszcze, co będzie dalej. Nie planuję. Nie liczę już na żadne wielkie naprawy życia. Przestałam wierzyć w nagłe zwroty akcji i cudowne przemiany ludzi. Tomek dzwoni czasem do dzieci. Widział się z nimi dwa razy od naszego wyjazdu. Nie pytał o mnie. Nie przyszedł, żeby porozmawiać. I w pewnym sensie to było najgorsze. Ale już nie miałam wątpliwości.

Czasem wracam do tamtego poranka w kuchni. Do tego momentu, kiedy trzymałam w dłoni paragon. Niby zwykły kawałek papieru, a jednak coś się wtedy przesunęło, zmieniło kierunek. Jakby ktoś nagle odsunął zasłonę i pozwolił mi zobaczyć rzeczy takimi, jakie są. Nie jestem szczęśliwa. Jeszcze nie. Ale nie jestem też słaba. Już nie czekam, aż ktoś mnie uratuje. Sama dla siebie jestem wystarczająco ważna, by nie żyć w kłamstwie. I wystarczająco silna, by nie wchodzić drugi raz do tej samej rzeki.

Anka, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama