Reklama

Dzień Babci to co roku dla mnie udręka, bo rodzina przychodzi na obiad. W tym roku wstałam wcześnie, choć wcale nie miałam na to ochoty. Wypiłam herbatę i spojrzałam na zegarek. Potem westchnęłam i zaczęłam krzątać się po kuchni. Ziemniaki, pieczeń, surówka, do tego rosół. Klasyka.

Męczyło mnie to

Włożyłam ciasto do piekarnika. Nie chciałam tego dnia. Nie miałam ochoty rozmawiać z nikim, uśmiechać się, pytać, jak im mija tydzień, udawać, że cieszę się na to spotkanie. Byłam zmęczona, tylko że to już nie miało znaczenia. Rodzina miała wpaść na obiad, bo Dzień Babci, tradycja. Trzeba odbębnić to, co wypada.

Nie liczyłam, że usiądą ze mną na dłużej. Zresztą, nawet gdyby chcieli, nie wiedziałabym, o czym z nimi rozmawiać. Już od dawna nie znam ich świata. Moje pytania ich nudzą, ich odpowiedzi nic mi nie mówią, więc szykowałam ten obiad z przyzwyczajenia, jak się ścieli łóżko, mimo że nie trzeba.

Mogłam zadzwonić i powiedzieć, że się źle czuję, ale nie zrobiłam tego. Po prostu nie chciałam potem słuchać pretensji, że „przecież mieliśmy przyjechać”. Zaprosiłam ich na pierwszą po południu. Dwadzieścia minut po pierwszej usłyszałam dzwonek do drzwi.

– No wreszcie jesteście… – powiedziałam, otwierając im.

– Był korek, babciu. Sorki – rzuciła Marta bez spojrzenia w moją stronę.

Tomek zsunął kaptur, spojrzał na zegarek.

– Mamy tylko chwilę, mama czeka w aucie. Nie gasiła silnika.

– Przecież mieliście zostać na obiedzie. Nakryłam stół. Wszystko gotowe – powiedziałam, robiąc krok w stronę kuchni, jakby sam zapach miał ich zatrzymać.

Spieszyli się

– Myśmy się już zatrzymali po drodze w McDrive – odpowiedziała Marta i zdjęła kurtkę, ale nie powiesiła jej, tylko trzymała w ręku. – Nie jestem głodna.

– A ciasto? Upiekłam sernik, który zawsze lubiliście… – dodałam.

Tomek wzruszył ramionami.

– Dzięki, babciu, ale serio, nie mamy czasu.

Przyszli jakby tylko po to, żeby odhaczyć obecność. Tomek wyjął kartkę z kieszeni bluzy, wyprostował byle jak na kolanie.

– Podpisz to – mruknął do siostry.

– Masz długopis?

– W torbie.

Zamienili jeszcze kilka półszeptów, potem Marta podpisała i podała mi tę kartkę, nie patrząc.

– To dla ciebie. Od nas.

Wzięłam. Kolorowa, tandetna, z supermarketu. Dwa krzywe podpisy, ani słowa więcej.

– To może chociaż coś do picia? Herbaty? Kompotu?

– Nie trzeba, naprawdę. Mama mówiła, że mamy się streszczać.

Nie zostali

Zamknęłam oczy na ułamek sekundy, ale kiedy je otworzyłam, nadal tam byli. Stali w moim przedpokoju, a w salonie filiżanki puste, sernik nienaruszony, rosół wystygł. Po niecałych dziesięciu minutach złapali za klamkę. Marta poprawiła włosy, Tomek już otwierał drzwi.

– Wszystkiego najlepszego, babciu – rzuciła szybko, nachylając się na sekundę. Musnęła mnie w policzek. – No to lecimy.

Zamknęłam drzwi za nimi, zanim zdążyli zejść po schodach. Oparłam się o nie plecami. Wciąż czułam zapach obiadu, pachniało jak dom. Tylko dla kogo? Odczekałam chwilę. Nie miałam nadziei, że wrócą, ale nie chciałam dzwonić z emocjami na wierzchu. W końcu wzięłam telefon i wyszukałam numer Katarzyny, mojej córki. Odebrała po kilku sygnałach.

– Odwiedziły mnie twoje dzieci – powiedziałam bez żadnego wstępu. – Były piętnaście minut. Nawet nie zdjęły kurtek.

– Oj mamo, oni są już nastolatkami. Tacy mają. Przynajmniej przyszli – odpowiedziała, jakby to miało załatwić sprawę.

– Przyszli, bo im kazałaś. To nie było spotkanie, tylko inscenizacja. Szybki teatrzyk dla babci i wyjście.

Nie widziała problemu

– Znowu przesadzasz…

– Wcale nie przesadzam. Siedzieli tu jak za karę. Marta gapiła się w telefon, Tomek ze słuchawką w jednym uchu, kartka podpisana naprędce. Nie tknęli obiadu, ani sernika, ani rosołu, ani jednego ziemniaka. Nawet nie zapytali, co słychać. Ich nie interesuje, co u mnie. Przecież nie przyszli się spotkać, tylko zaliczyć obowiązek. Piętnaście minut – powtórzyłam. – Nawet w aptece człowiek spędza więcej czasu.

Po drugiej stronie zapadła cisza. W końcu Katarzyna westchnęła.

– No dobrze, przepraszam. Mogłam ich lepiej przygotować. Wiem, że się starałaś.

– Nie chcę przeprosin. Chcę, żebyś przestała robić z tej wizyty cokolwiek wartego. Nie przyszli do mnie, przyszli pokazać, że są, nic więcej. Nie było w tym ani odrobiny uważności. Czułam się jak przedmiot, jak coś, co trzeba odwiedzić, raz w roku, z poczucia obowiązku. I nie, nie chodzi o to, że nie zjedli. Chodzi o to, że nawet nie zainteresowali się jak się czuję.

– Mamo, proszę cię…

– Następnym razem niech wyślą kartkę pocztą i nie marnują mojego czasu.

Rozłączyłam się. Wyłączyłam telefon i odłożyłam go do szuflady.

Było im głupio

Zastanawiałam się, czy to ze mną jest coś nie tak. Czy ja oczekuję za dużo? Może rzeczywiście świat się zmienił, a ja zostałam w miejscu? Może nie mam już nic, co by ich interesowało? Przecież nie potrafię nawet używać tego ich telefonu jak oni. Ale nie, to nie ja. Ja się nie zmieniłam, po prostu przestali mnie widzieć. Nie chciałam już tego przeżywać drugi raz.

Telefon zadzwonił raz, potem drugi. Nie odebrałam. Po chwili przyszła wiadomość. Katarzyna: „Mamo, przepraszam. Możemy pogadać?”. Nie odpisałam. Czekałam, co będzie dalej. Po chwili kolejna: „Dzieci nie chciały cię zranić, ja też nie. Przestań się odcinać”.

Wzięłam telefon do ręki i popatrzyłam na ekran. Nie czułam złości. Czułam, że już nie mam siły tłumaczyć, jak wygląda bycie ignorowaną, jak wygląda czekanie, kiedy nikomu na tym nie zależy. Po kilku minutach wyłączyłam aparat. Nie z przekory, po prostu nie chciałam, żeby ktoś miał do mnie dostęp, kiedy mnie nie ma już nawet dla siebie. Postanowiłam, że więcej nie będę się przypominać.

Postawiłam na siebie

Zrobiłam sobie kawę, poszłam na spacer. Mróz szczypał w policzki, ale przynajmniej był prawdziwy. Weszłam do osiedlowego domu kultury i zapisałam się na zajęcia z tai-chi. Pani w recepcji spojrzała na mnie zaskoczona, jakbym nie wyglądała na kogoś, kto chce jeszcze czegoś więcej. A ja właśnie tego chciałam – czegokolwiek, co nie będzie czekaniem.

Nie zadzwoniłam do Katarzyny, nie napisałam do niej. Nie spytam więcej, co u dzieci i nie będę więcej piekła serników na rodzinne obiady. I tak później to wyląduje w śmietniku. Zrozumiałam, że bycie babcią nie polega na gotowaniu pod kogoś, kto nawet nie chce usiąść do stołu. Nie polega na wystawaniu przy oknie, wypatrywaniu auta i udawaniu, że się nie czeka. Teraz to ja decyduję, kto zasługuje na moje ciasteczka i na mój czas.

Jolanta, 71 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama