Reklama

Kiedy Marek wprowadził się do mojego życia z dwójką dzieci i bagażem po rozwodzie, moja mama powiedziała tylko jedno:

– No to teraz będę miała wnuki. Mówiła to z uśmiechem, który wyglądał na szczery. Ale znałam ją zbyt dobrze, żeby się dać nabrać.

Mama zawsze chciała być babcią. Prawdziwą. Taką, co prowadzi wózek po parku, odbiera z przedszkola, piecze pierniki, narzeka na hałas, ale w głębi serca cieszy się każdym dniem, który może spędzić ze „swoimi” dziećmi. Tylko że dla niej te „swoje” dzieci nigdy nie przyszły. Dawid, mój brat, odciął się od rodziny, wyjechał za granicę, przestał dzwonić, pisać, żyć z nami. A ja… Ja miałam Marka. I jego dzieci. Lenę i Kubę.

Z początku wydawało się, że wszystko się układa. Kuba mówił do niej „babciu Jolu”, Lena rysowała laurki. Mama uśmiechała się, jakby to wszystko było naprawdę. Jakby to były jej wnuki, jakby ich kochała tak, jak kocha się własną krew. Jednak z biegiem lat coś zaczęło się zmieniać. Uśmiech stawał się wymuszony, głos cichszy. W Dzień Babci odbierała laurkę i mówiła: „Dziękuję, kochanie. Piękna”, a ja widziałam, że każde to „dziękuję” kosztuje ją coraz więcej. W tym roku już nie wytrzymała. Jeden wieczór. Jedno zdanie. I wszystko runęło.

Wzięła kartkę i… nic

– Pamiętasz, że jutro Dzień Babci? – zapytałam przez telefon, siląc się na lekkość w głosie.

– Pamiętam – odpowiedziała po krótkiej pauzie mama. – Jak co roku.

Zamilkłam na chwilę. W jej głosie było coś szorstkiego, jakby już wtedy wiedziała, że nie chce w tym uczestniczyć. Jakby nie miała siły znów zakładać tej maski.

– Wpadnij do nas na kolację. Dzieci zrobiły laurki, Lena się uparła, że upiecze muffinki. Chcą ci je wręczyć osobiście.

– Oczywiście – powiedziała. – Będę.

Wieczorem dzieci czekały jak na świętego Mikołaja. Lena krzątała się po kuchni, pilnując wypieków, Kuba siedział z laurką przy stole, pilnując, by nikt jej nie pomiął. Kiedy mama przyszła, ucałowała dzieci po policzkach, powiedziała „dzień dobry” Markowi i usiadła przy stole. Nie rozglądała się po mieszkaniu jak zwykle, nie spytała o moją nową firankę, nie powiedziała ani słowa o zapachu muffinek. Po prostu była. Ciałem.

– Babciu, to dla ciebie – powiedział Kuba, podając jej laurkę. Na kartce był rysunek ich trójki – on, Lena i mama, z podpisem „Najlepsza babcia na świecie!”

Mama wzięła kartkę i… nic. Nie uśmiechnęła się, nie powiedziała, że piękne. Pogłaskała Kubę po głowie, ale tak jakoś bez życia.

– Babciu, dlaczego jesteś smutna? – zapytał cicho chłopiec.

Spojrzała na niego długo, zbyt długo jak na odpowiedź na dziecięce pytanie. A ja... poczułam coś dziwnego. Jakby miało się wydarzyć coś, na co nikt z nas nie był gotowy.

Co ona wygaduje?!

Siedzieliśmy przy stole w ciszy, która zapadła po wręczeniu laurek. Muffinki leżały na talerzu, a rozmowy urwały się, jakby komuś zabrakło powietrza. Mama uśmiechała się od czasu do czasu, ale to był ten sam uśmiech, który już znałam – ten, co mówił: „jeszcze tylko trochę, Aneta, jeszcze tylko jeden wieczór i wrócę do siebie”.

– Babciu, chcesz jeszcze muffinkę? – spytała Lena, sięgając po talerz.

– Nie, dziękuję, kochanie – odpowiedziała spokojnie mama. – Już nic nie chcę.

Spojrzałam na nią, czując, jak zaciska mi się żołądek. Wiedziałam, co zaraz powie. Czułam to w powietrzu. Wzięła łyk herbaty. Odstawiła filiżankę z ostrożnością, jakby każdy dźwięk był teraz za głośny.

– Wiecie co... – zaczęła cicho, ale jej głos przerwał wszystkie rozmowy. – To nie moje święto. Nie jestem babcią.

Zamarło wszystko. Łyżeczka upadła na talerzyk z głośnym brzdękiem. Lena patrzyła na nią z szeroko otwartymi oczami, Kuba ścisnął laurkę, jakby chciał ją schować. Marek spojrzał na mnie pytająco. Ja... nie potrafiłam nic powiedzieć.

Przepraszam, dzieci – dodała mama. – Ale nie chcę już tego robić. Nie potrafię.

– Babciu... zrobiłam to dla ciebie – powiedziała cicho Lena, wskazując na kartkę.

– Wiem, skarbie – odpowiedziała łagodnie mama i podniosła się od stołu. – Dziękuję.

Po chwili wyszła do drugiego pokoju. Cisza została z nami.

– Mamo? – spytał cicho Kuba. – Zrobiliśmy coś złego?

Nie umiałam odpowiedzieć. Wstyd, żal i złość ściskały mnie za gardło.

„To nie moje wnuki!”

Zadzwoniłam do niej rano, zanim jeszcze dzieci wstały.

– Mamo, powiedz mi, co się dzieje. Wczoraj... To było straszne.

– Nic się nie dzieje – odpowiedziała zbyt szybko. – Jestem po prostu zmęczona.

– Od czego? – cisnęło mi się na język, ale ugryzłam się w język. Westchnęłam tylko.

Przecież widzę – naciskałam łagodnie. – Nie jesteś sobą.

Z drugiej strony zapadła cisza. Dłuższa niż powinna. A potem jej głos – cichy, zrezygnowany:

– A ty nigdy nie masz dość udawania?

Zamarłam.

– Czego udawania?

– Że wszystko jest dobrze. Że te dzieci to moje wnuki. Że jestem szczęśliwa. Że tak miało być. Że to mi wystarczy.

– Ale... przecież mówiłaś...

– Bo ty chciałaś, żebym to mówiła – przerwała mi. – Więc mówiłam. Dla świętego spokoju.

Zatkało mnie. Poczułam, jak kurczy mi się gardło.

– Przecież Lena i Kuba cię kochają – próbowałam.

To nie są moje wnuki, Aneta.

– Nie są cudze, są Marka... A ty... jesteś dla nich ważna...

– A wiesz, co powiedziała Lena do koleżanki, kiedy myślała, że nie słyszę?

Zamilkła, jakby musiała się zmusić, żeby to wypowiedzieć.

– „To nie moja prawdziwa babcia”.

Zamknęłam oczy. Już wiedziałam. Mama pękła. I nie chciała już więcej grać tej roli.

Tak bardzo chciała mieć swoje wnuki

Pojechałam do niej porozmawiać w cztery oczy. Znalazłam ją siedzącą na kanapie w ciemnym salonie. Nie płakała. Patrzyła w okno, chociaż na zewnątrz było tylko ciemno i cicho.

– Mamo – zaczęłam niepewnie.

– Nie musisz nic mówić – odparła. – Wiem, że ich kochasz. Wiem, że robisz, co możesz.

Usiadłam obok niej. Przez chwilę milczałyśmy.

– Nie wiedziałam, że to aż tak cię boli – powiedziałam w końcu.

Spojrzała na mnie i westchnęła.

To nie ich wina. One są cudowne, naprawdę. Ale ja... Ja przez całe życie czekałam na coś, co się nigdy nie wydarzyło.

– On się odciął... to jego wybór...

– A ja wciąż miałam nadzieję. Że jeszcze wróci. Nawet nie wiesz, ile razy podnosiłam słuchawkę i prawie do niego dzwoniłam. Prawie.

Zamilkła, a potem dodała ciszej:

– A potem patrzyłam, jak dzieci Marka mówią do mnie „babciu”, i wmawiałam sobie, że to jest to samo. Że to wystarczy. Ale to nie wystarcza. To nie boli, bo one są złe. To boli, bo ja wiem, że jestem tylko... zastępstwem.

– Lena nie chciała cię zranić – powiedziałam.

– Wiem. I nie mam jej tego za złe. To po prostu prawda. Dla niej jestem tą od mamy chłopaka. Nie babcią.

Wtedy zrozumiałam: moja mama nie była zgorzkniała. Była tylko człowiekiem, który zbyt długo udawał, że nie cierpi.

Co teraz?

Marek siedział przy stole i zbierał talerze, kiedy wróciłam do domu. Dzieci schowały się do swojego pokoju. Kuba udawał, że czyta książkę, ale co chwilę zerkał w stronę kuchni.

– Powiesz mi, co to było z twoją mamą? – spytał cicho Marek, kiedy zostaliśmy sami.

– Ona już nie daje rady – westchnęłam. – Przez lata grała w coś, co nie było jej.

– Ale przecież dzieci ją lubią. My ją lubimy. To chyba... coś znaczy?

– Znaczy. Ale nie zastąpi tego, co straciła. Dawid... on ją po prostu zostawił. Nie dzwoni, nie pisze. Nie ma go. I ona... została bez rodziny. Bez wnuków, bez prawdziwego kontaktu z własnym synem.

Marek usiadł ciężko przy stole. Przez chwilę nic nie mówił.

– Powinniśmy powiedzieć dzieciom? Że... co? Że ona nie chce już być ich babcią?

– Nie wiem – odpowiedziałam szczerze. – Może nie trzeba mówić wprost. Może wystarczy dać jej przestrzeń.

– Ale co teraz? Mamy udawać, że nic się nie stało?

– Może właśnie przestać udawać – odparłam. – Ona nie chce udawać. A ja... ja czuję, że wszystko, co budowaliśmy, to była jakaś konstrukcja na patykach.

Marek spojrzał na mnie smutno.

– Może po prostu za bardzo chcieliśmy w to wierzyć.

Przytaknęłam. Może i tak. Może potrzebowaliśmy tej iluzji bardziej niż ona. Tylko że teraz nie wiem, co dalej.

Może jednak się myliła...

Siedziałam przy kuchennym stole, gdy wszyscy już spali. Lampka nad blatem rzucała ciepłe światło na kartkę, którą Kuba miał wręczyć mamie. Nie zrobił tego. Schował ją w kieszeń, kiedy zobaczył, że wstaje od stołu. Znalazłam ją później. Na środku kartki było serce, a w nim napis: „Dla mojej babci Joli. Dziękuję, że jesteś”.

Patrzyłam na te litery i czułam, jak coś ściska mi gardło. Wciąż słyszałam głos mamy: „To nie moje święto. Ja nie mam wnuków”. Przypominałam sobie jej oczy, puste i pełne jednocześnie. Jakby to było wyznanie winy i żalu. A może ulga?

Przez lata próbowałam zbudować rodzinę z kawałków. Skleić coś, co nie miało wspólnych korzeni, tylko pustą umowę. Czasem myślałam, że to wystarczy. Że miłość to kwestia decyzji, nie biologii. Teraz już nie wiem.

Nie mam żalu do mamy. Nie potrafiła być kimś, kim nie była. Ja też nie wiem, kim byłam w tym układzie. Córką? Partnerką? Mediatorką? Na końcu została tylko ta kartka, której nie zdążył wręczyć. Złożyłam ją na pół i wsunęłam do szuflady. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś ją wyjmę. Ale nie mogłam jej wyrzucić. Bo mimo wszystko... może mama się myliła. Może jednak była babcią. Po swojemu.

Aneta, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama