Reklama

Po powrocie z rocznej wymiany studenckiej w Indiach do rodzinnej wsi nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Wszystko wydawało mi się obce, choć przecież byłam u siebie. W Indiach nauczyłam się wielu rzeczy: jak pić gorącą chai o świcie, targować się na zatłoczonym bazarze, gotować dhal tak, żeby smakował lepiej następnego dnia. Ale nauczyłam się też żyć inaczej – bez mięsa, bez rosołków i schabowych. To był mój wybór, który tam przychodził naturalnie.

Reklama

Zostałam weganką

Wiedziałam, że po powrocie będzie trudniej. Wystarczyło kilka pierwszych zdań z mamą, by poczuć, że mój powrót oznacza nie tylko ciepło domu, ale i powrót do rodzinnych zasad, których nikt nie zamierza zmieniać.

– Babcia mówi, że trzeba cię porządnie podkarmić po tej egzotyce.

Uśmiechnęłam się krzywo. W uszach wciąż miałam słowa starszego sprzedawcy z rynku w Delhi: „Twoje wybory to twoja modlitwa”. Wtedy brzmiały jak mądrość na całe życie. Teraz zastanawiałam się, jak zniosą je w moim rodzinnym domu. Niedzielny obiad miał być pierwszym prawdziwym testem mojego powrotu.

W niedzielę od rana czułam w powietrzu ten znajomy, ciężki zapach gotującego się rosołu. W kuchni para unosiła się nad wielkim garnkiem, a babcia krzątała się z chochlą w ręku, próbując smaku i mrucząc coś pod nosem. Po południu cała rodzina zasiadła do stołu.

– Masz – powiedziała babcia, podając mi głęboki talerz, w którym pływał spory kawałek kurczaka.

– Babciu, tylko zupę poproszę, bez mięsa.

Wszystko krytykowali

Babcia spojrzała na mnie zdziwiona, jakby usłyszała, że od dziś będę jadła tylko powietrze.

– Weź, dziecko, bo zupa bez mięsa to nie zupa.

– Nie jem mięsa od roku – odpowiedziałam spokojnie. – Wystarczy sam rosół.

– Wstydu nie masz? – wtrącił się ojciec. – Cała rodzina patrzy, a ty będziesz teraz jakieś fanaberie odstawiać.

– To nie fanaberie, tato, tylko mój wybór – próbowałam jeszcze łagodnie.

Ciotka Zosia, która właśnie nalewała sobie kompot, uśmiechnęła się z przekąsem.

– A w Indiach to co, tylko trawę jedzą?

– Nie, ciociu, jedzą wiele różnych rzeczy… – zaczęłam tłumaczyć, lecz babcia już wciskała mi talerz z kawałkiem kurczaka, jakby nie usłyszała ani jednego słowa.

Odstawiłam talerz z powrotem na blat.

– Jeśli nie mogę dostać samej zupy, to nie chcę wcale.

Przy stole zapadła krótka cisza, którą przerwał ojciec.

– Robisz wstyd. Ludzie całe życie tak jedli i było dobrze, a tobie nagle coś przeszkadza.

Wyłamałam się z tradycji

Mama próbowała złagodzić sytuację, opowiadając o pogodzie i o tym, co nowego u sąsiadów, ale wiedziałam, że niedzielny obiad właśnie stał się czymś więcej niż tylko wspólnym posiłkiem.

Po obiedzie wyszłam z domu. Potrzebowałam odetchnąć i odsunąć od siebie obrazy z kuchni – talerz z kawałkiem mięsa, spojrzenie ojca, półuśmieszki ciotki. Szłam powoli polną drogą, która prowadziła między łąkami. Przypomniały mi się poranki w Indiach, kiedy siadałam na małym tarasie i piłam gorącą chai, patrząc na budzące się miasto. Tam nikt nie pytał mnie, dlaczego jem tak, a nie inaczej. Tu każde odstępstwo od tradycji wydawało się powodem do dyskusji, a nawet osądu.

W głowie wciąż miałam ostre słowa ojca. Może faktycznie robię problem z niczego? To przecież tylko rosół. Mogłam odsunąć mięso na bok i po sprawie. Ale zaraz przychodziła inna myśl: dlaczego ja mam się dostosować, a oni nie mogą po prostu zaakceptować, że jem inaczej? Przecież nikomu tym nie szkodzę.

Pragnęłam ich akceptacji

Kiedy wróciłam do domu, było cicho. Mama pewnie poszła pomóc babci sprzątać po obiedzie, a ciotka wyszła do sąsiadki. Ojciec siedział sam przy stole i nalewał sobie herbaty. Drzwi skrzypnęły, gdy wchodziłam, więc uniósł wzrok i spojrzał na mnie bez słowa. Usiadłam naprzeciwko niego.

– Tato, to, że jem inaczej, nie znaczy, że odwracam się od rodziny – zaczęłam spokojnie. – To mój wybór, czuję się z nim dobrze i chcę, żeby był uszanowany.

Odłożył łyżeczkę na spodek.

– Rodzina to wspólny stół. A jak ty go rozbijasz, to co nam zostanie? Każdy będzie sobie wymyślał, co innego?

– To nie jest wymysł. Po prostu nauczyłam się inaczej jeść i nie chcę wracać do starych nawyków. Mogę być przy stole z wami, nawet jeśli na moim talerzu będzie coś innego.

Próbowałam im tłumaczyć

– A co ja mam powiedzieć babce? – prychnął. – Całe życie gotowała tak, jak ją nauczyli, a ty teraz mówisz, że to nie jest dobre.

– Nigdy tak nie powiedziałam – odparłam. – To, co gotuje, jest dobre, tylko nie dla mnie.

Patrzył na mnie chwilę w milczeniu, a potem potrząsnął głową.

– Jak tak dalej pójdzie, to zapomnisz, skąd jesteś. Zatracisz to, co polskie.

– Polskość to nie tylko rosół i kotlet – odpowiedziałam, czując, że głos zaczyna mi drżeć. – Chodzi o to, jakimi jesteśmy ludźmi.

Westchnął, odwrócił wzrok i sięgnął po herbatę. Wiedziałam, że tej rozmowy nie zakończyliśmy porozumieniem. Ale przynajmniej powiedziałam to, co leżało mi na sercu.

Znalazłam babcię na ganku, siedziała owinięta w chustę i obierała jabłka. Usiadłam obok, przez chwilę milczałyśmy.

– Babciu, nie chcę, żebyś się złościła – powiedziałam cicho. – To, że nie jem mięsa, to nie jest przeciwko wam.

Otworzyła oczy

Spojrzała na mnie spod brwi.

– Ja myślałam, że to jakaś moda, ale może ty tak na poważnie?

– To mój wybór, babciu. Tak się lepiej czuję.

Przez moment tylko słychać było stukanie nożyka o deskę.

– Wiesz… za moich czasów mięsa też nie zawsze było. Człowiek jadł, co miał, żeby przeżyć. Jak ci tak pasuje, to może powinnam ci dać spokój.

Poczułam, jak napięcie ze mnie schodzi. To nie było pełne zrozumienie, ale pierwszy krok w jego stronę.

Wieczorem siedziałam w swoim pokoju przy uchylonym oknie. Z ogrodu dobiegały śmiechy ojca, mamy i ciotki. Słuchałam tego, czując się jednocześnie blisko i daleko od nich. Oni widzieli w moim wyborze coś obcego, ja natomiast chciałam, żeby uznali go za część mnie. Oczekiwali, że wrócę taka sama, ja miałam nadzieję, że zaakceptują zmiany.

Kinga, 25 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama

Reklama
Reklama
Reklama