„Rozwiodłam się przez jogurt kokosowy. Przelała się czara goryszy. Miałam dosyć lekceważenia i pustych obietnic”
„Są ludzie, którzy do rozwodu potrzebują zdrady, przemocy, dramatycznych tajemnic. Ja potrzebowałam... jogurtu. A raczej jego braku. Może to wydać się głupie, ale jogurt stał się tylko symbolem czegoś znacznie ważniejszego”.

- Redakcja
Z Mirkiem byłam siedem lat. Poznaliśmy się w pociągu do Krakowa – on zapytał, czy może się przysiąść, a ja zgodziłam, bo miał dobrą książkę. Miłość przyszła zaskakująco łatwo. Mieszkanie, ślub, kredyt – wszystko było jak z listy. Tyle że gdzieś po drodze z tej listy zniknęłam ja. Moje potrzeby, moje uczucia, moje zdanie. I moje jogurty.
Głupie? Pewnie. Ale jeśli ktoś ci codziennie podjada ulubiony kokosowy jogurt z granolą, mimo że go o to prosisz, i mimo że wie, że to jedyna rzecz, na którą czekasz po ciężkim dniu pracy – to nie chodzi już o jogurt.
– Mirek, nie zjedz moich jogurtów, dobrze? – mówiłam spokojnie.
– Spoko, spoko – odpowiadał. A potem otwierałam lodówkę i widziałam tylko pustą półkę i jego odręczną notatkę: „Zjadłem ci dzisiaj, jutro kupię dwa”.
Nie kupował. Albo kupował inne. Albo zapominał. A potem mówił: „No daj spokój, przecież to tylko jogurt”. To głupie, wiem. Ale miałam wrażenie, że nie chodzi o jogurt. Chodziło o mnie. O to, że mogłam prosić, mówić, błagać, a i tak nikt mnie nie słuchał.
Znowu to samo!
– No nie wierzę... – powiedziałam na głos, patrząc w pustą półkę lodówki.
Nie było potrzeby zadawać pytań, ale i tak zawołałam:
– Mirek!
Siedział przy stole w kuchni, wcinał jajecznicę i przeglądał coś na telefonie. Nawet nie podniósł wzroku.
– Co?
– Zjadłeś mój jogurt?
– Jaki?
– Ten z kokosem. Z granolą. Jedyny, jaki lubię. Ten, który sobie kupiłam wczoraj specjalnie.
Wzruszył ramionami.
– No... chyba tak. Przepraszam. Kupię ci jutro dziesięć, dobra?
Usiadłam naprzeciwko niego, nie odzywając się przez chwilę. Czułam, jak we mnie narasta coś gorszego niż złość. Taki cichy zawód. Ten sam, który przychodził za każdym razem, kiedy zlekceważył coś, co mówiłam poważnie.
– Mówiłam ci przecież. Nie jedz ich. One są moje. Ty masz swoje.
– No ale przecież to tylko jogurt, Asia. Bez przesady. Nie ma o co robić afery.
Zacisnęłam usta.
– Ale ja cię prosiłam. Nie raz. Nie pięć. Nie dziesięć. I co?
– No przepraszam przecież! Przesadzasz. Zrobiłaś się ostatnio... nerwowa.
Nie odpowiedziałam. Zebrałam z blatu talerz, wrzuciłam go do zlewu z hukiem. Wzięłam płaszcz, klucze. Wychodząc, rzuciłam jeszcze:
– To nie o jogurt chodzi, Mirek. Ale ty i tak nigdy nie zrozumiesz.
Nie zapytał, gdzie idę. Wróciłam po godzinie, usiadłam na łóżku i pomyślałam, że jeszcze trochę – i nie będzie już do czego wracać.
To nie o jogurt chodzi
– I co? Znowu? – zapytała Edyta, zanim jeszcze usiadłam przy stoliku. Miała już zamówioną kawę i jak zawsze wyglądała jak osoba, która radzi sobie ze wszystkim: z życiem, z pracą, z facetem. Ja z kolei... jak ktoś, komu znowu zjedzono jogurt.
– Codziennie – westchnęłam i opadłam na krzesło. – Nie przesadzam, Edyta. Mówię mu, żeby ich nie ruszał. Mówię normalnie, bez krzyku. A on robi to znowu.
– Ale przecież wiesz, że nie chodzi o ten jogurt.
Pokręciłam głową.
– Wiem. Ale od czegoś muszę zacząć, rozumiesz? Bo jak próbuję mówić o czymś poważniejszym, to zaraz się śmieje, mówi, że przesadzam. Albo przewraca oczami. Więc już nawet nie zaczynam.
– Bo on nie traktuje cię poważnie – powiedziała Edyta, bez zbędnych ceregieli. – Wiesz, że on po prostu ma cię za pewnik?
– Tak.
Popatrzyłam na nią i poczułam, że chce mi się płakać. Ale nie płakałam. Bo byłam zmęczona. Nawet nie zła, tylko właśnie... zmęczona. Tą codzienną walką o drobne rzeczy, które niby nic nie znaczą, ale razem robią się ciężkie.
– Chodzi o to, że jak ktoś naprawdę cię kocha, to ci tego jogurtu nie zje. Albo jak już zje, to poleci na złamanie karku do sklepu po nowy – dodała Edyta.
Wzięłam łyk kawy. Nie była dobra. Ale ciepła. W związku nie chodzi o wielkie gesty. Chodzi o to, żeby ktoś ci kupił jogurt, kiedy wie, że go lubisz. Albo chociaż go nie zjadł. To wystarczy.
Dokumenty zamiast jogurtu
– Nie przesadzaj, dziecko – westchnęła mama przez telefon. – W domu to się mężczyźnie nie odmawia. Jak mu się chce jeść, to je. Ty też byś coś ugotowała, zamiast tylko projektować te lampy w komputerze.
– To nie PRL, mamo – odpowiedziałam zmęczonym tonem. – I nie chodzi o jedzenie. Tylko o szacunek. O to, że coś ustalamy, a on to ignoruje. Za każdym razem.
– Ale przecież mówiłaś, że przepraszał?
– Przeprasza. I zaraz robi to znowu. I śmieje mi się w twarz, jakby to wszystko było zabawne.
– Ty się za bardzo wszystkim przejmujesz. Mężczyźni są jacy są, trzeba ich brać z dobrodziejstwem inwentarza. Będziesz kruszyć kopię o jogurt?
Nie odpowiedziałam. Usiadłam na kanapie i poczułam, że trzymam telefon jak cegłę. Zawiesiłam rozmowę, bo i tak wiedziałam, że nic nowego mama nie powie. Poszłam do kuchni. Otworzyłam lodówkę. Pusto.
Nie w sensie dosłownym – były tam jajka, mleko, jego piwo, resztki sosu. Ale nie było mojego jogurtu. Znowu. I właśnie w tym momencie coś we mnie pękło. Wzięłam głęboki oddech, zamknęłam drzwi lodówki i poszłam po laptopa.
Drukarka szumiała cicho. Biały papier wysunął się spokojnie. Dokumenty rozwodowe. Przeczytałam je jeszcze raz. Wszystko się zgadzało.
Podeszłam do lodówki i położyłam papiery dokładnie tam, gdzie zwykle stał jogurt.
Rano Mirek krzyknął z kuchni:
– Co to ma być do cholery?!
Podeszłam powoli. Zobaczyłam jego minę – już nie wyluzowaną. Zaskoczoną. Przestraszoną.
– To, co chciałam, żebyś zrozumiał – powiedziałam spokojnie. – Zjadłeś ostatni.
Będzie ci smakować samotność
– Ty sobie chyba kpisz! – wrzasnął, trzymając dokumenty rozwodowe jakby miały go oparzyć. – Naprawdę rozwód przez jogurt?!
Stałam przy zlewie, płukałam kubek po kawie. Odwróciłam się do niego dopiero po chwili.
– Nie przez jogurt. Przez to, że nie umiesz mnie uszanować.
– Ale przecież… Mówiłem ci, że kupię. Nawet chciałem dzisiaj rano...
– Nie chodzi o kupowanie. Mówiłam, setki razy. Nie jedz. Nie udawaj. Nie bagatelizuj. Ale wolałeś sięgnąć do lodówki.
– Trzeba było mi powiedzieć, że to dla ciebie takie ważne!
Spojrzałam na niego. Jakby dopiero teraz usłyszał, co mówi. Przechyliłam głowę.
– Mówiłam. Mówiłam spokojnie. Mówiłam z ironią. Mówiłam z płaczem. Mówiłam ciszą. Ale ty wszystko zawsze... zagłuszałeś.
Mirek zaczął chodzić w kółko, jakby szukał wyjścia z własnego mieszkania.
– Joasia, no przecież to absurd! Ludzie się rozwodzą z poważnych powodów, a nie przez jakiś... serek!
– To był jogurt kokosowy – powiedziałam cicho, z takim spokojem, że aż się zatrzymał. – I był mój. I wiedziałeś to. Ale nie obchodziło cię to. Tak jak ja.
Chciał coś powiedzieć. Ale nie potrafił. Otworzył usta, zamknął. I wtedy po raz pierwszy naprawdę zamilkł. Spakowałam się bez słowa. Dwa kartony, walizka, torba na ramię. Miał swoją szansę. Zmarnował ją. Kiedy zamykałam za sobą drzwi, stał przy tej lodówce. I tylko patrzył. Jakby w końcu zrozumiał, że nie ma już czego sięgnąć.
Jogurt smakował lepiej
– I jak ci tam? – zapytała Edyta przez telefon. – Jesteś sama?
– Sama – powiedziałam, siadając na podłodze między kartonami. – I mam w lodówce sześć kokosowych jogurtów.
– Serio?
– Tak. Nikt mi ich nie zjadł. Wiesz, że aż się wzruszyłam, jak je dzisiaj rano zobaczyłam?
Po drugiej stronie słyszałam jej śmiech.
– To sukces. Naprawdę. I mało kto go rozumie.
W mieszkaniu było cicho. Jeszcze nie miałam zasłon, kanapy, ani planu na życie. Ale miałam siebie. Zmęczoną, rozbitą, ale prawdziwą. I nieprzyduszoną cudzym lekceważeniem.
Wzięłam jeden jogurt do ręki, otworzyłam, zjadłam łyżeczkę. Zwykły smak. A jednak czułam się, jakbym pierwszy raz od dawna mogła oddychać.
– Co teraz będziesz robić? – zapytała Edyta.
– Nie wiem. Mam projekty, mam klientów. Mam dużo ciszy. I szczerze? Nie przeszkadza mi to.
Chodziło mi o to, żeby przestać być kimś, kto codziennie znika, bo komuś zawsze bardziej chce się sięgnąć do lodówki niż do ciebie. Teraz już wiem: wolę samotność niż bycie ignorowaną.
Jeden jogurt dla siebie, jeden dla kogoś
Mirek nigdy mnie nie słyszał. Słyszał tylko, kiedy krzyczałam. A jak już przestałam krzyczeć, to było za późno. Dziś, po czasie, mogę spojrzeć na to z dystansem. Z ironią. Ale też z goryczą. Bo mimo że od tamtej pory minęło wiele miesięcy, czasem w sklepie chwytam za jogurt z myślą, że kupię dwa – jeden dla siebie, jeden... dla kogoś. Ale na razie nie mam się z kim podzielić. Wiem jednak, że podzielę się tylko z kimś, kto będzie mnie szanował, a moje słowa traktował poważnie.
Joanna, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wierzyłam, że dzięki spadkowi po ojcu będziemy żyć po królewsku. Jedyne, co mi zostawił to rozpadający się kredens”
- „Matka modliła się, żeby Bóg zesłał mi uczciwego mężczyznę. Wstydziła się mnie, bo byłam starą panną z 30-tką na karku”
- „Chciałem ożenić się z sąsiadką, a rodzice łapali się za głowy. Może nie miała manier jak z Wersalu, ale umiała kochać”