„Po rozwodzie z mężem chciałam skończyć z facetami. To dzięki kurierowi z pokaźną paczką zmieniłam zdanie”
„Piekło – to był mój związek z Rafałem. Samotność? Brzmiała jak wakacje all inclusive po 3 latach mieszkania z człowiekiem, który potrafił suszyć skarpetki na kaloryferze w salonie. A uczucie? Nie szukałam go. Serio. A jednak… Los, ten figlarny dziad, miał wobec mnie inne plany”.

- Redakcja
Mój rozwód miał być końcem wszystkiego. Tak przynajmniej twierdziła moja matka, machając mi przed nosem różańcem i powtarzając, że „lepiej już trwać w piekle, niż narażać się na samotność po czterdziestce”. Pomyliła się o kilka lat – rozwód wzięłam w wieku trzydziestu pięciu. Piekło – to był mój związek z Rafałem. Samotność? Brzmiała jak wakacje all inclusive po trzech latach mieszkania z człowiekiem, który potrafił suszyć skarpetki na kaloryferze w salonie i zostawiał nożyczki w lodówce.
A uczucie? Nie szukałam go. Serio. Najbardziej ekscytującym punktem mojego tygodnia była sobotnia promocja na granolę i to, że mogłam spać bez zatyczek do uszu. A jednak… Los, ten figlarny dziad, miał wobec mnie inne plany. I chociaż nie miałam pojęcia, że pewien przypadkowy dzień odmieni moje życie o sto osiemdziesiąt stopni, to dziś – kiedy na to patrzę z perspektywy – muszę przyznać jedno, że czasem najlepsze rzeczy zdarzają się wtedy, gdy przestajesz ich szukać. I kiedy właśnie myślisz, że to już koniec.
Rozmowa od razu nam się kleiła
Pierwszy poranek po rozwodzie był... cichy. Aż za cichy. Nikt nie włączył telewizora o szóstej trzydzieści, żeby oglądać te same wiadomości trzy razy z rzędu. Nikt nie pytał: „Gdzie są moje skarpetki?” mimo że zawsze były w tej samej szufladzie. I nikt nie mlaskał przy kawie, jakby pił zupę ogórkową. Zaparzyłam herbatę. Bez cukru, tak jak lubię. I usiadłam w kuchni, patrząc na kartony – moje nowe meble.
– No, Jowita... Tak to sobie wymarzyłaś? – mruknęłam do siebie.
Telefon zawibrował. Wiadomość od Iwony, mojej przyjaciółki od liceum. „Jak się trzymasz, rozwódko?” „Jak ktoś po czterdziestce w klubie techno – niby żyje, ale nie wie, po co” – odpisałam. Dosłownie dwie minuty później – telefon.
– Dzień dobry, tu paczkomat! – zaśmiał się głos po drugiej stronie. – Znaczy, Janek, kurier. Mam dla pani paczkę. Zestaw do robienia sushi. To pani?
– Zestaw do sushi? – zdziwiłam się. – Nie zamawiałam...
– No ale tu stoi jak byk: Jowita K. Może prezent? Facet za odkupienie winy?
– Nieee... To by się musiał bardziej postarać. Przynajmniej blender do hummusu – rzuciłam.
– To co, zostawić pod drzwiami czy osobiście wręczyć? – zapytał.
– Osobiście. Potrzebuję jakiegoś człowieka w zasięgu wzroku.
Kiedy otworzyłam drzwi, zobaczyłam go po raz pierwszy. Wyglądał jak ktoś, kto miał plan na życie. Albo przynajmniej czyste buty. I uśmiech, który nie był częścią służbowego dress code’u.
– Janek. Dzień dobry jeszcze raz.
– Jowita. Rozwódka. Jakby pan szukał tematu do small talku.
– Zdecydowanie lepsze niż pogoda.
Szczerzyłam się jak idiotka
Janek przyniósł paczkę i butami rozniósł mi pół jesieni po mieszkaniu. Zostawił liście, ale też coś jeszcze – zapach kawy i zmęczenia. Nie pachniał wodą kolońską. Pachniał... człowiekiem.
– To pani robi sushi w domu? – zapytał, rozglądając się po kartonach.
– Raczej próbuję udawać, że mam życie po rozwodzie – odpowiedziałam. – Ale jeśli potknie się pan o pudełko z napisem „szczęście”, to proszę dać znać. Chyba gdzieś zapodziałam.
Janek się zaśmiał. Prawdziwie, tak jak się śmieje ktoś, kto umie się śmiać z siebie.
– Pracuję w dostawach od pięciu lat. Jeszcze nikt nie zamówił szczęścia przez internet.
– Ciekawe, bo mój były zamówił se nową dziewczynę przez apkę i jakoś mu przyszła. Bez folii bąbelkowej, ale z dużym ego.
– Klasyk. Ja z kolei kiedyś spotykałem się z dietetyczką. Po trzech tygodniach zostawiła mnie dla właściciela piekarni. Ironia losu, co?
Zamilkliśmy. Ja, bo zdałam sobie sprawę, że gadam z obcym facetem jak z kolegą z podstawówki. On – bo chyba wyczuł, że ten moment to nie zwykła dostawa.
– W razie czego... paczkomat nie gryzie – powiedział w końcu, machając telefonem. – Jeśli będziesz potrzebowała pogadać. Albo... zamówić coś innego niż sushi.
– Czegoś innego niż sushi? Cóż, może serce na nowo.
– Może – odparł. – Ale bez instrukcji obsługi. I bez zwrotów.
Wyszedł. A ja? Złapałam się na tym, że stoję przy drzwiach jak idiotka i się uśmiecham.
Desperacki krzyk o pomoc
Zestaw do sushi postawiłam na blacie i gapiłam się na niego z podejrzliwością. Ryż, wodorosty, bambusowa mata... Brzmiało jak lista zakupów kogoś, kto wierzy, że życie da się zawinąć w idealny rulonik. Wieczorem napisałam do Iwony. „Kuriera miałam jak z filmu. Albo z reklamy pasty do zębów. Za dużo się uśmiechał”. „Ty się chyba znowu zakochujesz. A dopiero co się odkochałaś” – odpisała błyskawicznie. „Ja się zakochuję tylko w promocjach. I ewentualnie w ludziach, którzy nie pytają, czemu nie mam dzieci”. Nie odpisała. To znaczy – wiedziała, kiedy trzeba zamilknąć. Następnego dnia znowu usłyszałam znajomy dźwięk domofonu.
– Znowu paczka – powiedział Janek. – Tym razem kawa. Z Kolumbii. Ktoś tu ma styl.
– Może to mój styl życia się zmienia? – rzuciłam z przekąsem. – Albo karma. Albo przypadek.
– Przypadki są przereklamowane – powiedział, wręczając paczkę. – Ja tam wolę wybory.
Spojrzałam na niego uważnie. Miał takie oczy... Jakby też kiedyś wysiadał z auta pod czyimś blokiem i zastanawiał się, czy zadzwonić.
– Masz ochotę na sushi? – wypaliłam nagle, zanim zdążyłam się zatrzymać. – Mam cały zestaw. I zero odwagi.
Janek uniósł brwi.
– To zaproszenie?
– Raczej desperacki krzyk o pomoc.
– Idealnie. Specjalizuję się w sytuacjach desperackich. O 19:00?
– O 19:00. Przynieś pałeczki. Ja mam tylko widelec i swoje ego.
– Będę.
Drzwi się zamknęły. A ja zaczęłam szukać w necie, jak się gotuje ryż do sushi, nie kończąc związku i nie podpalając mieszkania.
Janek zjawił się punktualnie
O dziewiętnastej byłam gotowa. Przebrana trzy razy, umalowana jak na rozmowę kwalifikacyjną i z kuchnią, która wyglądała jakby przeszła tornado z ryżem w roli głównej. Janek zjawił się punktualnie. Z pałeczkami. I butelką białego wina.
– Nie wiedziałem, czy sushi robione przez rozwódkę wymaga alko – zażartował – ale pomyślałem, że może chociaż pomoże przełknąć.
– Jakby było naprawdę źle, mam keczup. Na wszystko.
Usiedliśmy przy kuchennym blacie, który za wysokim stołem próbował udawać romantyczną restaurację. Ryż się lekko rozlatywał, łosoś był z puszki, a ogórek… no cóż. Pokroiłam go jak z piątego kręgu piekła.
– Powiem szczerze – Janek zamoczył kawałek w sosie – jadłem gorzej. Kiedyś moja była zrobiła lasagne z ziemniakami. Twierdziła, że „nie miała makaronu, ale vibe się zgadza”.
– To brzmi jak próba kulinarnego morderstwa. I jakbyś miał słabość do kobiet po przejściach.
– Tylko do tych, które znają różnicę między vibe a porażką.
Piliśmy wino. Sushi znikało powoli, ale nie o to chodziło. Siedzieliśmy, gadaliśmy o wszystkim i niczym. O tym, jak po trzydziestce człowiek zaczyna kochać ciszę. Jak boli zdrada, ale jeszcze bardziej... zmarnowany czas.
– Rafał miał problem z mówieniem „przepraszam” – powiedziałam. – Uważał, że to słowo zarezerwowane dla dzieci i przegranych.
– To dlatego już tu nie mieszka?
– To dlatego w ogóle mieszkał. Bo za długo wierzyłam, że milczenie jest formą miłości.
Janek spojrzał na mnie uważnie. Ujęcie z filmu. A ja? Czułam się tak, jakby ktoś po raz pierwszy od miesięcy naprawdę mnie... słuchał.
Położyłam mu dłoń na dłoni
Po kolacji nie od razu wstał. Siedzieliśmy w ciszy, tej dobrej, nienapiętej. Ja sączyłam resztkę wina, on obracał pałeczkę w palcach jak jakiś japoński mistrz zen.
– Wiesz – zaczął w końcu – ludzie boją się zaczynać od nowa. Ale jeszcze bardziej boją się, że nikt ich już nie wybierze.
– Bo to prawda. Po trzydziestce nie jesteś już opcją. Jesteś wersją z przeceny. „Z delikatnym śladem użytkowania”.
– A może właśnie dzięki temu jesteś więcej warta? Bo już wiesz, że nie warto dawać zniżek na swoje granice.
Spojrzałam na niego z lekkim niedowierzaniem.
– A ty co, jakiś terapeuta w przebraniu kuriera?
– Nie, po prostu byłem kiedyś tam gdzie ty, znam to od podszewki.
Zapadła cisza. Taka z tych, które nie bolą, tylko unoszą. I zanim zdążyłam to przemyśleć, po prostu to zrobiłam. Położyłam mu dłoń na dłoni. Nie patrzył na mnie z szelmowskim uśmieszkiem. Tylko spokojnie, ciepło. Jakby czekał, aż sama zdecyduję, czy ten dotyk to pomyłka, czy decyzja.
– To chyba ten moment, kiedy powinnam powiedzieć, że to nie jest randka – mruknęłam.
– Ale to już nie jest tylko dostawa, prawda?
I wtedy po prostu się nachylił. Bez presji. Bez „muszę cię mieć”. Tylko z tym cichym „chcę tu być”. Pocałował mnie. Powoli, z taktem, jakby całował nie usta, a moje nowe życie. I choć minęło ledwie kilka sekund, czułam się, jakby wróciło coś, czego nie umiałam nazwać.
Nie było wielkich deklaracji
Minęły trzy tygodnie. W tym czasie Janek przyniósł mi: trzy paczki, jedną pizzę, dwie kawy, pół garnka zupy (zrobionej przez jego babcię) i coś, czego nikt nie umiał nazwać. Może to był spokój. Może brak oceniania. Może po prostu... obecność. Nie musieliśmy się widywać codziennie. Nie było wielkich deklaracji, planów na wspólną emeryturę w domku nad jeziorem. Ale był sms rano: „Jak się dziś trzymasz, kobieto po przejściach?” I moja odpowiedź: „Jak ryż w sushi – trzymam się dzięki warstwie nori. Cienkiej, ale silnej.” Czasem przychodził tylko na 10 minut. Na herbatę. Albo, jak to określał: „na sprawdzenie, czy wciąż nie spaliłaś kuchni i serca”.
– Wiesz, Jowita – powiedział któregoś wieczoru, siedząc na mojej kanapie w dresie – czasem ludzie próbują się zakochać od razu. Jakby to był ekspresowy program do prania emocji.
– A ja chyba wolę tryb: „wrażliwe tkaniny”. Długi, delikatny, bez wirowania.
Uśmiechnął się. I tylko skinął głową. Nie obiecywał mi świata. Ani nawet wspólnego konta na seriale. Ale obiecał być. Na chwilę. Na dziś. Na sushi. Na błąd. Na „co tam u ciebie”. I to wystarczyło. Bo mój rozwód miał być końcem wszystkiego. Ale okazał się początkiem. Czegoś, co czekało tuż za drzwiami. Z torbą kurierską. I oczami, które nie oceniały, tylko patrzyły. Po prostu – patrzyły.
Jowita, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Chociaż dobrze zarabiamy, żyjemy biednie. Mąż woli ukrywać, że mamy pieniądze, z jednego dziwnego powodu”
- „Nie robiłem zbyt wiele w życiu, bo czekałem na majątek po rodzicach. Wycięli mi numer i zostałem bez perspektyw”
- „Mąż kręci nosem na moje obiady, a mamusi rosołek zjada ze smakiem. Zgotowałam mu taką zemstę, że straci apetyt na dobre”