„Rozwiodłam się z moim mężem, ale musiałam wciąż z nim mieszkać. To był prosty przepis na katastrofę”
„Najpierw się unikaliśmy. Wychodziliśmy o innych porach, jedliśmy w milczeniu. Potem zaczęliśmy znowu rozmawiać – o psującym się kranie, o rachunkach, o zakupach. Próbowaliśmy żyć w przyjaźni. Śmialiśmy się czasem. Może za często”.

To nie było jak w filmach – żadnych krzyków, dramatycznych wyprowadzek z walizką w deszczu. Po prostu któregoś styczniowego wieczoru siedzieliśmy na kanapie i Kamil powiedział:
– Wiesz, to chyba się skończyło.
A ja odpowiedziałam:
– Chyba tak.
I tyle. Bez dramatów. Bez łez. Tylko że potem... nie rozeszliśmy się tak naprawdę. Wciąż mieszkaliśmy razem. Kredyt hipoteczny na siedemnaście lat nie zniknął tylko dlatego, że uczucia się rozmyły. Żadnego z nas nie było stać ani na spłatę, ani na drogi wynajem. Wspólne opłaty, wspólna lodówka, jedno mieszkanie – dalej byliśmy jak para, ale bez uczuć.
Najpierw się unikaliśmy. Wychodziliśmy o innych porach, jedliśmy w milczeniu. Potem zaczęliśmy znowu rozmawiać – o psującym się kranie, o rachunkach, o tym, że mleko się skończyło. Próbowaliśmy żyć w przyjaźni. Śmialiśmy się czasem. Może za często.
Aż pewnego wieczoru podałam mu kubek herbaty. Ot tak. On się uśmiechnął. Tęskniłam za tym uśmiechem.
– I jak tam, Aneta? – zapytała pewnego dnia Iza, przyjaciółka, patrząc na mnie znad kieliszka wina.
– Normalnie. Mieszkamy razem. To tylko formalność.
– Nie da się mieszkać z kimś, kogo się już nie kocha, bez kosztów – powiedziała powoli. – Zawsze się za to płaci. Wcześniej czy później.
– Myślę, że już zapłaciłam wszystko – odparłam. Choć to nie była prawda.
Zabrnęliśmy za daleko
Kamil wrócił później niż zwykle. Miał zmarznięte dłonie i czerwony nos. Zapytał tylko:
– Co tak pachnie?
Na kuchence stał makaron z tuńczykiem. Nic wielkiego, ale go lubił. Zrobiłam z przyzwyczajenia. Może tylko odrobinę z tęsknoty.
– Chcesz? – zapytałam.
– No jasne – uśmiechnął się, jakby to było całkowicie naturalne.
Zjedliśmy razem przy stole. Milczeliśmy przez większość czasu, aż w końcu powiedział:
– Wiesz, że kiedyś nienawidziłem tuńczyka?
Parsknęłam śmiechem.
– Wiem. Wmuszałam go w ciebie przez pierwszy rok.
Zrobiło się ciepło. Za ciepło. Jakbyśmy znów byli parą, która wróciła do domu po ciężkim dniu. Po kolacji nalałam sobie kieliszek wina. On wziął piwo z lodówki. Usiadł obok mnie na kanapie. Blisko.
– Pamiętasz, jak byliśmy na Mazurach? – zapytał nagle.
Skinęłam głową. Leżeliśmy wtedy cały dzień na pomoście, milcząc. I też było dobrze. A potem… Nie wiem, jak to się stało. Jak jego dłoń znalazła moją. Jak usta dotknęły szyi. Wszystko było takie znajome. I bardzo nie na miejscu. A jednak – poszłam za nim do sypialni. Po wszystkim leżeliśmy bez słowa. Ja wpatrzona w sufit, on tyłem, śpiący.
Rano siedział przy stole, pił kawę, jak gdyby nigdy nic. Zapytałam cicho:
– Będziesz dziś późno?
Spojrzał na mnie przez ramię.
– To się już więcej nie powtórzy, prawda?
Odpowiedziałam szeptem:
– Nie wiem, czy mam jeszcze siłę udawać, że to nic nie znaczy.
Starałam się nie kłamać
Poznałam Wiktora w sobotę. Było spotkanie u znajomych, hałas, śmiechy, głośna muzyka i ja – trochę z boku. Zawsze siadam dalej, od kiedy z Kamilem nam się nie udało. Wiktor też nie był z tych, co grają pierwsze skrzypce. Miał ciemne oczy i spokojny głos. Przywitał się pierwszy, podsunął mi krzesło.
– Jesteś z nimi? – zapytał, pokazując na rozkrzyczane towarzystwo.
– Niby tak – uśmiechnęłam się. – Ale częściej gdzieś z boku.
– Z boku widać więcej – powiedział cicho.
Zostaliśmy tam razem do późna. Gadaliśmy, jakbyśmy się znali od lat – o książkach, starych filmach, pracy, byłych. Powiedziałam mu, że jestem po rozstaniu. Nie kłamałam. Powiedziałam prawdę. No prawie. Nie powiedziałam, że Kamil śpi w pokoju obok. Że czasem... nie śpi tam sam.
Wiktor napisał jeszcze tej samej nocy. Potem spotykaliśmy się coraz częściej. Spacery, herbata, kino. Nie spieszyliśmy się z niczym, co tylko bardziej mnie przyciągało.
– Wiesz, co mnie najbardziej przeraża? – zapytał kiedyś. – Kłamstwa na starcie.
Uśmiechnęłam się.
– Nie mam nic do ukrycia – odpowiedziałam.
Wtedy naprawdę wierzyłam, że potrafię to jakoś oddzielić. Przeszłość od teraźniejszości. Kamila od Wiktora. Ciało od serca. Tylko że ciało pamięta. Wieczorami wracałam do mieszkania, w którym na wieszaku wisiała jeszcze jego kurtka. Wspólne skarpetki leżały w pralce. Kubki stały dla dwojga. Mieszkaliśmy razem. To przecież była tylko formalność. Prawda?
Przyszedł bez zapowiedzi
Nie zapowiedział się. Pewnego dnia po prostu zadzwonił domofon.
– Mam coś dla ciebie – powiedział Wiktor, kiedy otworzyłam drzwi. Trzymał w rękach papierową torbę z moim ulubionym ciastem z orzechami i śliwkami. – Wczoraj miałaś ciężki dzień. Pomyślałem, że to trochę go osłodzi.
Nie zdążyłam zareagować. Zanim powiedziałam „wejdź”, on już był w przedpokoju. I wtedy... z pokoju wyszedł Kamil. W bokserkach, rozczochrany, jakby właśnie wstał. Przetarł oczy i rzucił tylko:
– O, mamy gościa?
Wiktor zamarł. Nie patrzył na Kamila. Patrzył na mnie.
– Kamil – powiedziałam w panice. – To Wiktor, mój...
Nie dokończyłam. Słowo „chłopak” zawisło w powietrzu jak oskarżenie. Wiktor odsunął się powoli.
– A więc... mieszkacie razem? – zapytał cicho.
Skinęłam głową. Wstyd ścisnął mnie za gardło.
– Chciałam ci powiedzieć. Tylko...
– Tylko co? – Wiktor był blady. – Tylko spałaś z nim i nie wiedziałaś, jak to wytłumaczyć?
Kamil stał jak zamurowany. Przez chwilę nikt się nie odezwał.
– To z kim spałaś ostatnio? – Wiktor mówił już spokojnie, ale każde słowo ciął jak brzytwa. – Ze mną? Czy z nim?
– To nie tak...
– Nie, Aneta. To dokładnie tak – odparł, patrząc mi prosto w oczy.
Odwrócił się i wyszedł. Nawet nie trzaskając drzwiami. Torba z ciastem została na podłodze. Opadłam na kanapę, nie słysząc nawet, że Kamil znów zamknął się w swoim pokoju. Nastała cisza, której tak bardzo się bałam.
Zrozumiałam, co to było
– To była pomyłka – powiedział Kamil tego samego wieczoru, kiedy siedzieliśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole.
Nie zaparzyłam herbaty. Nie było sensu udawać, że to zwyczajna rozmowa.
– My? – zapytałam. – Całość? Czy tylko tamta noc?
Wzruszył ramionami.
– Wszystko. To, co było między nami... to się po prostu rozmyło. Ale przez ten czas, kiedy nadal tu byłem... miałem nadzieję, że może nie do końca. Że może coś się jeszcze sklei.
– Ja też miałam nadzieję – przyznałam. – Tylko że nie umiałam powiedzieć „stop”. Bo było łatwiej. Bo znałam twoje ciało lepiej niż własne. W pustym mieszkaniu mniej bolało, kiedy byłeś obok.
Zamilkł.
– Czy to wszystko było tylko fizyczne? – zapytał po chwili. – A może... po prostu nie potrafiliśmy przestać być parą?
– Potrafiliśmy – odpowiedziałam. – Tylko nigdy nie nauczyliśmy się być osobno.
W jego oczach pojawiło się coś między żalem a ulgą. Jakby przyznał sobie prawo do bycia kimś innym niż moim byłym. A ja... chyba pierwszy raz naprawdę go zobaczyłam – zmęczonego, trochę zagubionego. Takiego samego jak ja.
– Wiesz, że muszę się wyprowadzić – powiedział w końcu.
Skinęłam głową.
– Wiem.
Nie błagałam, żeby został. Nie tym razem. Wreszcie oboje zrozumieliśmy, że wszystko, co jeszcze trzymało nas razem, to nie była miłość. To był tylko lęk przed byciem samemu.
W końcu powiedziałam to głośno
Spotkaliśmy się w małej kawiarni na rogu. Tej, w której kiedyś śmialiśmy się do rozpuku, czekając na koniec śnieżycy, i tej samej, w której teraz czekałam ze ściśniętym gardłem, że może jednak Wiktor nie przyjdzie. Jednak przyszedł. Uśmiechnął się słabo, bardziej z grzeczności niż ciepło. Usiadł naprzeciwko mnie, nie zdejmując kurtki. Milczeliśmy chwilę. Potem powiedziałam:
– Nie mam żadnych wymówek. Chciałam zachować dwa światy naraz. A to tak nie działa. Kłamstwo... ono nie jest zawsze wielkie. Czasem zaczyna się od przemilczenia.
– A kończy? – zapytał spokojnie.
– Kończy się utratą zaufania – odparłam. – I ciebie.
Pokiwał głową.
– Nie zostawiam cię z nienawiścią, Aneta. To nie o to chodzi. Ale zaufanie, którego nie było na początku, nie zbuduje się później. Nie da się zaczynać relacji od ukrywania tego, co najważniejsze.
Chciałam coś powiedzieć, ale nie miałam siły.
– Wiesz, ja naprawdę cię polubiłem – powiedział. – Nawet coś poczułem. Ale... ja szukam prawdy, a nie półśrodków.
Zamknęłam oczy na chwilę. Zacisnęłam dłonie na filiżance.
– Może muszę w końcu przestać uciekać – powiedziałam cicho. – I spojrzeć sobie w oczy.
– Może tak – przyznał. – I może dopiero wtedy ktoś inny też będzie mógł w nie spojrzeć.
Nie pocałowaliśmy się na pożegnanie. Nie dotknęliśmy. On wyszedł pierwszy. Ja zostałam przy pustej filiżance. I przy słowach, które nie bolały. One po prostu były prawdziwe.
Zaczęłam to doceniać
Kamil wyprowadził się tydzień później. Pomagałam mu pakować rzeczy. Cisza między nami nie była już ciężka. Raczej... czuła. Jakbyśmy oboje rozumieli, że kończy się coś, co trzeba było zakończyć już dawno. Zostawił mi czajnik i zapomniał ładowarki do telefonu. Zadzwonił po nią dopiero po trzech dniach. Nie przyjechał – zostawił adres i poprosił, żebym wrzuciła do automatu paczkowego. Wiktor milczał. Nie miałam pretensji.
W sobotę rano wstałam wcześnie. Mieszkanie było puste. Po raz pierwszy od lat naprawdę puste. Poszłam boso do kuchni, zaparzyłam kawę. Usiadłam przy stole i patrzyłam na przeciwległą ścianę, gdzie jeszcze niedawno wisiało wspólne zdjęcie. Teraz był tam tylko ślad po gwoździu.
Właśnie ta cisza – ta, której tak się bałam, przed którą uciekałam w cudze ramiona i znajome łóżko – była... spokojna. Nie dławiła. Była moja. Wzięłam łyk kawy. Przez okno wpadało słońce. Nie miałam planów. Nie czekał na mnie nikt, nie musiałam nikomu tłumaczyć, gdzie jestem, z kim, dlaczego tak długo. Mogłam siedzieć i po prostu być.
Nie wiedziałam, co będzie dalej. Może kogoś poznam. Może długo będę sama. Pierwszy raz nie czułam się przez to gorsza. Nie miałam zakończenia. Wreszcie mi to nie przeszkadzało. To był mój początek.
Aneta, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż całymi dniami siedzi na kanapie i miga się od roboty. Sąsiedzi śmieją się za plecami, że trzymam w domu darmozjada”
- „Teściowa staje na rzęsach, by zrujnować mi małżeństwo. Zawsze była zołzą, ale nie myślałam, że posunie się tak daleko”
- „W mroźny poranek na przystanku poznałam mężczyznę jak ze snu. Po roku okazało się, że to raczej koszmarny bałwan”