„Sądziłam, że teść doceni lata mojej pomocy i darmowej harówki na polu. A jego testament mnie upokorzył”
„Jego słowa były dla mnie paliwem. Traktowałam je jak świętą obietnicę. Wierzyłam, że budujemy naszą przyszłość, że każdy odcisk na mojej dłoni to cegiełka do stabilizacji dla mnie, Pawła i naszych dzieci. Nie wiedziałam wtedy, że to były puste obietnice”.

- Redakcja
Zawsze wydawało mi się, że lojalność i ciężka praca to waluta, która nigdy nie traci na wartości. Byłam pewna, że jeśli oddam serce, zdrowie i najlepsze lata życia dla rodziny męża, to na końcu drogi spotka mnie za to nagroda, a przynajmniej sprawiedliwość. Myliłam się. Kiedy notariusz zaczął czytać ostatnią wolę człowieka, którego traktowałam jak drugiego ojca, poczułam, jak ziemia usuwa mi się spod nóg. To nie był tylko podział majątku. To był policzek wymierzony zza grobu, który piecze mnie do dziś.
Czułam się częścią rodziny
Nigdy nie planowałam życia na wsi. Wychowałam się w bloku, gdzie szczytem kontaktu z naturą było podlewanie paprotki na parapecie. Kiedy poznałam Pawła, zakochałam się w jego spokoju i tych silnych dłoniach, które potrafiły naprawić wszystko. Wiedziałam, że jest nierozerwalnie związany z gospodarstwem swojego ojca. To było wielopokoleniowe dziedzictwo, kilkadziesiąt hektarów ziemi, sady i nowoczesne jak na tamte czasy maszyny. Paweł był dumny z tego, co zbudowali jego przodkowie, a ja, młoda i naiwna, postanowiłam, że jego dumę uczynię moją własną. Ślub był piękny, ale miodowego miesiąca nie było wcale, bo akurat zaczynały się żniwa. Zamiast leżeć na plaży, wciągnęłam gumowce i w praktyce uczyłam się różnicy między pszenicą a żytem. Teść był człowiekiem surowym. Małomówny, o twarzy wyciosanej jak z kamienia, rzadko się uśmiechał. Od początku dał mi do zrozumienia, że w tym domu na szacunek trzeba sobie zapracować. Nie słowami, a czynami.
Przyjęłam to wyzwanie. Chciałam udowodnić, że „miastowa” też potrafi. Wstawałam o czwartej rano, by oporządzić inwentarz. Gotowałam obiady dla robotników sezonowych, jeździłam traktorem, a wieczorami, gdy inni padali ze zmęczenia, ja siadałam do papierów, by rozliczyć faktury i dotacje. Czułam się częścią czegoś wielkiego.
– Z ciebie to jest skarb, Moniczko – mawiał czasem teść, klepiąc mnie po ramieniu brudną od smaru ręką. – Kiedyś to wszystko będzie wasze, musisz o to dbać jak o własne dziecko.
Jego słowa były dla mnie paliwem. Traktowałam je jak świętą obietnicę. Wierzyłam, że budujemy naszą przyszłość, że każdy odcisk na mojej dłoni to cegiełka do stabilizacji dla mnie, Pawła i naszych dzieci. Nie wiedziałam wtedy, że to były puste obietnice.
Widziałam niesprawiedliwość
W tej układance był jeden element, który nie pasował do obrazka idealnej, pracowitej rodziny. Brat Pawła, Robert. Był oczkiem w głowie rodziców, a zwłaszcza teścia, choć kompletnie na to nie zasługiwał. Robert nienawidził wsi. Wyjechał do miasta na studia, których nigdy nie skończył, potem łapał się różnych biznesów, które zazwyczaj kończyły się długami, spłacanymi po cichu przez teścia. Szwagier przyjeżdżał rzadko, zazwyczaj po gotówkę albo na rodzinne uroczystości. Nigdy nie widziałam go w roboczym ubraniu. Zawsze w modnych butach, drogiej kurtce, z najnowszym telefonem w ręku. Siadał przy stole, opowiadał o swoich wielkich planach podboju rynku nieruchomości, a teść słuchał go jak zaczarowany.
– Widzisz, Pawełku – mówił potem teść do mojego męża. – Robert to ma głowę do interesów. On jest stworzony do wyższych celów, nie do gnoju.
Mnie to bolało. Bolało, gdy widziałam, jak Paweł zaciska szczękę, wracając po dwunastu godzinach orki, podczas gdy Robert spał do południa w gościnnym pokoju.
– Nie przejmuj się – szeptałam mężowi w nocy. – Ojciec wie, kto tu naprawdę pracuje. Wie, na kogo może liczyć. To my dostaniemy gospodarstwo, a Robert pewnie dostanie jakąś spłatę i wyjedzie na dobre.
Paweł tylko wzdychał ciężko.
– Obyś miała rację. Obyś miała rację.
Z biegiem lat moja niechęć do Roberta rosła. Widziałam w nim pasożyta żerującego na naiwności ojca i naszej harówce. Kiedy my odmawialiśmy sobie wakacji, żeby kupić nowy siewnik, Robert wrzucał do sieci zdjęcia z zagranicznych wojaży. Kiedy jeździliśmy starym dostawczakiem, on podjeżdżał pod dom nowym autem kupionym za pieniądze teścia. Mimo to milczałam. Dla dobra rodziny i dla tej wizji przyszłości, która trzymała mnie przy życiu.
Dawałam z siebie wszystko
Przełom nastąpił trzy lata temu, podczas lata. Susza niszczyła plony, a potem przyszły gwałtowne nawałnice. Pewnej nocy, w środku lipca, rozpętało się piekło. Wichura zrywała dachy, a grad wielkości piłek golfowych walił w szyby. Mieliśmy wtedy trzy tunele foliowe z pomidorami – to był mój autorski projekt, moje „dziecko”, które miało przynieść nam dodatkowy dochód. Kiedy zobaczyłam, że wiatr szarpie folią, nie zastanawiałam się ani chwili. Wybiegłam z domu w sam środek burzy. Paweł pobiegł za mną. Walczyliśmy z żywiołem przez trzy godziny. Przemoczeni, obijani przez grad, wiązaliśmy liny i ratowaliśmy sadzonki przed zalaniem. W pewnym momencie poślizgnęłam się na błocie i upadłam tak niefortunnie, że poczułam chrupnięcie w kostce. Ból był oślepiający, ale nie zeszłam z pola. Kuśtykając, podawałam Pawłowi narzędzia, dopóki wiatr nie zelżał. Rano teść wyszedł przed dom. Zobaczył uratowane tunele, moją fioletową, spuchniętą nogę i nasze skrajne wycieńczenie. Roberta nie było. Spał bezpiecznie w swoim mieszkaniu w mieście. Nie zadzwonił nawet zapytać, czy żyjemy. Teść podszedł do mnie wtedy, gdy siedziałam na schodach z okładem z lodu.
– Jesteś twarda babka – powiedział, a w jego oczach widziałam coś na kształt podziwu. – Niejeden chłop by uciekł. To wszystko, co tu widzisz... nikt inny by o to tak nie zadbał. Pamiętaj o tym.
Te słowa były dla mnie jak kontrakt. Ustny, ale wiążący bardziej niż jakikolwiek papier. Byłam pewna, że zdałam egzamin. Przez kolejne tygodnie chodziłam o kulach, ale i tak zajmowałam się księgowością i logistyką. Czułam się współwłaścicielką tego miejsca. Zdrowie teścia zaczęło podupadać rok później. Wymagał stałej opieki. Kto się nim zajął? Oczywiście ja. Paweł musiał przejąć wszystkie obowiązki w polu, więc dom i opieka nad teściem spadły na mnie. Robert wpadał raz na dwa tygodnie, przywoził ciasto, siedział pół godziny przy łóżku ojca, a potem znikał. Ja tymczasem zmieniałam pościel, gotowałam zupy, pilnowałam leków i wysłuchiwałam narzekań starszego człowieka, który nie mógł pogodzić się z własną słabością. Teść bywał złośliwy, zgorzkniały, by za chwilę przepraszać i łapać mnie za rękę.
– Nie zostawiajcie mnie – prosił cicho wieczorami. – Tylko wy mi zostaliście. Robert... Robert ma swoje życie, on jest daleko. Wy jesteście tu.
W tych ostatnich miesiącach temat testamentu nie był poruszany. Wydawało się to oczywiste. Skoro ja byłam pielęgniarką, kucharką i zarządcą, a Robert gościem, podział ról był jasny. Byliśmy przekonani, że formalności u notariusza będą tylko potwierdzeniem stanu faktycznego. Teść zmarł wczesną wiosną. Pogrzeb był wielki. Robert płakał najgłośniej, stał w pierwszym rzędzie i przyjmował kondolencje, jakby to on był opoką tej rodziny. Gryzłam się w język – to nie był czas na waśnie.
Nie wierzyłam własnym uszom
Odczytanie testamentu nastąpiło dwa tygodnie po pogrzebie w eleganckiej kancelarii w powiatowym mieście. Paweł był spięty, ja czułam niepokój, a Robert wyglądał na zrelaksowanego, bawiąc się kluczykami od samochodu. Notariusz otworzył teczkę i po wstępnych formułkach przeszedł do konkretów. I wtedy padły te słowa.
– „...mojemu synowi, Robertowi, zapisuję dom mieszkalny wraz z zabudowaniami gospodarczymi oraz osiemdziesiąt procent gruntów ornych, stanowiących główną część gospodarstwa...”
W pokoju zapadła gęsta cisza. Spojrzałam na Pawła. Był blady jak ściana. Notariusz kontynuował.
– „...mojemu synowi, Pawłowi, zapisuję działkę leśną, łąki nad rzeką oraz stary dom po dziadkach, wymagający remontu, wraz z przynależnym do niego sadem”.
Nie wierzyłam własnym uszom. To musiała być pomyłka. Robert dostał gotowy, prosperujący biznes, dom i najlepszą ziemię. My dostaliśmy las bez dochodu, zalewowe łąki i ruinę na końcu wsi.
– Ale... dlaczego? – Paweł wydusił z siebie tylko to jedno pytanie.
Notariusz odchrząknął i spojrzał na dokument.
– W uzasadnieniu spadkodawca napisał: „Paweł jest silny, pracowity i ma zaradną żonę, więc poradzą sobie w każdych warunkach. Zbudowali już wiele i wiem, że zbudują jeszcze więcej. Robert potrzebuje stabilizacji i solidnego startu, którego do tej pory nie miał. Jako ojciec muszę zadbać o to, by słabsze z moich dzieci miało zapewniony byt”.
Poczułam, jak krew uderza mi do głowy. „Słabsze dzieci”? Robert miał trzydzieści pięć lat! Był dorosłym facetem, który przebimbał życie, a teraz dostawał w nagrodę owoce naszej pracy! Zostaliśmy ukarani za naszą zaradność. Za to, że byliśmy dobrzy, lojalni i pracowici.
– To jakiś absurd! – wybuchłam, wstając z krzesła. – Myśmy tam harowali jak woły! Ja myłam go, karmiłam, ja ratowałam te plony w burzę! Robert nie wie nawet, jak się odpala traktor!
Robert uśmiechnął się lekko, bez cienia wstydu.
– Ojciec zawsze wiedział, co robi. Widocznie uważał, że to sprawiedliwe. Poza tym... nie wyrzucę was z domu od razu. Możecie tam mieszkać, dopóki nie wyremontujecie tej chałupy po dziadkach. A ziemię... no cóż, możemy się dogadać. Będziecie ją dzierżawić ode mnie. Oczywiście za odpowiednią opłatą.
W tamtym momencie coś we mnie pękło. Zrozumiałam, że teść w swojej źle pojętej miłości rodzicielskiej postanowił poświęcić jedno dziecko, by ratować drugie.
Czułam się wolna
Wyszliśmy z kancelarii w milczeniu. Paweł był zdruzgotany. Cały jego świat, cała jego tożsamość legła w gruzach. Czuł się zdradzony przez ojca.
– I co teraz? – zapytał w samochodzie drżącym głosem. – Będziemy parobkami u Roberta? Będę uprawiał ziemię ojca i płacił czynsz bratu, który wszystko przepuści?
Spojrzałam na niego i nagle poczułam dziwny spokój. Gniew ustąpił miejsca chłodnej kalkulacji.
– Nie – powiedziałam twardo. – Nie będziemy niczego dzierżawić. Nie zasiejemy tam ani jednego ziarna.
– Ale to całe nasze życie...
– Nie, Paweł. To było życie twojego ojca. My byliśmy tylko personelem. Skoro uważał, że jesteśmy tak zaradni, to udowodnijmy mu, że miał rację. I to na naszych warunkach.
Decyzja była drastyczna, ale konieczna. Spakowaliśmy się w ciągu miesiąca. Zostawiliśmy dom, w który włożyłam tyle serca, zostawiliśmy te zadbane pola, nowoczesne tunele. Przenieśliśmy się do starego domu po dziadkach. Był w opłakanym stanie, ale był nasz. Robert był w szoku. Myślał, że będziemy błagać, że zostaniemy i będziemy pracować na jego zysk.
– Zwariowaliście? Kto to wszystko obrobi? Ja nie mam pojęcia o rolnictwie! – krzyczał, gdy oddawaliśmy mu klucze.
– Masz osiemdziesiąt procent gruntów i dom – rzuciłam na odchodne. – Masz swój „dobry start”. Powodzenia.
Początki były trudne. Mieszkaliśmy w dwóch pokojach, ogrzewając się piecykiem elektrycznym, podczas gdy Paweł remontował dach. Jednak po raz pierwszy od lat czułam się wolna. Nie musiałam wstawać o czwartej rano do cudzych krów, nie musiałam słuchać narzekań. Ziemię, którą dostaliśmy – te łąki i las – wykorzystaliśmy inaczej. Paweł zajął się stolarką, zawsze miał do tego talent, ale przy gospodarstwie brakowało czasu. Ja otworzyłam firmę ogrodniczą. Zamiast uprawiać hektary pszenicy, zaczęłam projektować ogrody dla ludzi z miasta. Moja wiedza o roślinach, zdobyta w bólach na polu teścia, teraz procentowała, ale pieniądze trafiały do mojej kieszeni.
A co z „imperium” Roberta? Padło szybciej, niż się spodziewaliśmy. Robert nie miał pojęcia o terminach siewu, o nawozach, o konserwacji maszyn. Zatrudnił ludzi, którzy go okradali. Po roku sprzedał maszyny, żeby spłacić długi. Po dwóch latach zaczął wyprzedawać ziemię kawałek po kawałku deweloperom. Serce Pawła krwawiło, gdy na to patrzył, ale ja wiedziałam, że to nie nasza wina. To była wola teścia. Chciał zabezpieczyć Roberta, a dał mu jedynie narzędzie do szybszego upadku.
Dziś, siedząc na tarasie naszego wyremontowanego domu, patrząc na kwitnący ogród, który jest moją wizytówką, czuję satysfakcję. Nie mamy wielkiego majątku, ale mamy spokój. I mamy pewność, że wszystko, co teraz posiadamy, zawdzięczamy wyłącznie sobie. Teść w swoim testamencie napisał, że jesteśmy silni i sobie poradzimy. To była jedyna prawda, jaką tam zawarł. Poradziliśmy sobie. Bez niego, bez jego ziemi i bez jego toksycznej łaski.
Monika, 44 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Marzyłam o ciszy w Bieszczadach, ale znajomi woleli robić content w modnych ciuchach. Dawno nie najadałam się tyle wstydu”
- „Paragon grozy za pączki na tłusty czwartek pogrążył mojego męża. Odkryłam, że za nasze pieniądze udawał bogacza przed rodziną”
- „W tłusty czwartek stałam 2 godziny w kolejce do cukierni. Opłaciło się, bo wróciłam z tuzinem pączków i gorącym sercem”