Reklama

Wyjeżdżając z Warszawy, czułam się jak uciekinierka. Zostawiłam za sobą smród spalin, korporacyjne tabelki, wibrujący bez przerwy telefon i poczucie, że moje życie przecieka mi przez palce. Zakopane miało być tylko przystankiem, chwilą na złapanie oddechu, zanim wrócę do tego kołowrotka. Nie szukałam nikogo, a już na pewno nie miłości, choć na wyjazd wybrałam walentynki.

Chciałam tylko ciszy, widoku Tatr i zmęczenia, które pozwala zasnąć bez natłoku myśli. Nie wiedziałam jeszcze, że tam, na górskim szlaku, gdzie powietrze jest rześkie i ostre, spotkam człowieka, który sprawi, że zapomnę o całym moim dotychczasowym świecie. To miał być zwykły urlop, a stał się początkiem czegoś, co wywróciło moją codzienność do góry nogami.

Tak to się zaczęło

Pamiętam ten pierwszy poranek w Zakopanem. Powietrze pachniało wilgotnym drewnem i obietnicą śniegu, ale niebo nad Giewontem było uparcie błękitne. Wyszłam z pensjonatu wcześnie, uzbrojona w nowiutkie buty trekkingowe, które wciąż pachniały sklepem sportowym, i mapę, której, szczerze mówiąc, nie potrafiłam czytać. Moim celem było schronisko, miejsce, gdzie planowałam wypić kawę i po prostu patrzeć na szczyty.

Czułam się obco. Wokół mnie mijali się ludzie, którzy wyglądali, jakby góry były ich drugim domem – pewni siebie, z plecakami noszącymi ślady wielu wypraw. Ja czułam się jak intruz w świecie surowej natury. Moja warszawska pewność siebie, ta, którą nosiłam jak zbroję na spotkaniach zarządu, tutaj wydawała się zupełnie nieprzydatna. Kiedy dotarłam do schroniska, byłam zdyszana i spocona, a moje idealnie ułożone plany o samotnej kontemplacji legły w gruzach, gdy okazało się, że przy stolikach panuje tłok.

Usiadłam w rogu, na drewnianej ławie, próbując rozłożyć mapę, która uparcie się zwijała. Wtedy usłyszałam ten głos. Głęboki, spokojny, z tą charakterystyczną, śpiewną nutą, która od razu kojarzy się z podhalańską ziemią.

– Pani się chyba pogubiła nie tylko na mapie, ale i w myślach – powiedział ktoś nade mną.

Podniosłam wzrok. Stał tam wysoki mężczyzna o ciemnych włosach i oczach, które miały kolor leśnego mchu. Nie miał na sobie stroju ludowego, jakiego spodziewają się turyści na Krupówkach. Był ubrany w profesjonalną odzież górską, ale nosił ją z taką nonszalancją, jakby urodził się w polarze i traperach. Uśmiechał się kącikiem ust, a w jego spojrzeniu nie było kpiny, tylko ciepłe rozbawienie.

– Nie zgubiłam się – zaprzeczyłam odruchowo, choć moje policzki zapłonęły. – Po prostu sprawdzam trasę.

– Trasa na Czerwone Wierchy jest w drugą stronę – wskazał palcem, siadając naprzeciwko mnie bez pytania. – A tam, gdzie pani patrzy, to można dojść co najwyżej do niedźwiedziej gawry. Jestem Michał.

Tak to się zaczęło. Nie od fajerwerków, ale od prostego sprostowania mojej pomyłki. Michał był przewodnikiem. Czekał na grupę, która odwołała wycieczkę w ostatniej chwili. Zamiast wrócić do domu, postanowił zostać w schronisku na herbatę.

Jego oczy wzbudziły zaufanie

Zaczęliśmy rozmawiać. Początkowo o pogodzie, o szlakach, o tym, jak nieodpowiedzialni potrafią być turyści. Ale Michał nie narzekał. Mówił o górach z takim szacunkiem, jakby opowiadał o żywej istocie, o kimś bliskim. Słuchałam go zafascynowana. W moim świecie ludzie mówili o targetach, deadline'ach i zyskach. Michał mówił o wietrze halnym, który miesza w głowach, i o ciszy, która leczy duszę.

– Skoro masz wolny dzień, a ja straciłem grupę – powiedział nagle, przechodząc na „ty”, co tutaj, na wysokościach, wydawało się naturalne – to może pokażę ci miejsce, którego nie ma na twojej mapie? To bezpieczny szlak, ale turyści rzadko tam zaglądają.

Zawahałam się tylko przez sekundę. Mój miejski instynkt samozachowawczy krzyczał, że nie powinnam iść w góry z obcym mężczyzną. Ale moje serce, to zmęczone i spragnione autentyczności, podpowiadało mi coś innego. Jego oczy budziły zaufanie. Bił od niego spokój, którego tak bardzo mi brakowało.

– Zgoda – powiedziałam, składając mapę.

Wyruszyliśmy kilkanaście minut później. Michał narzucił tempo, które było dla mnie wyzwaniem, ale jednocześnie dbał o to, bym nie została w tyle. Kiedy szliśmy przez las, opowiadał mi historie, których nie znajdzie się w przewodnikach.

– Widzisz te stare świerki? – zapytał, wskazując na powykręcane drzewa. – Mój dziadek mówił, że one pamiętają czasy, gdy po tych lasach chodzili zbójnicy. Nie tacy z bajek, ale prawdziwi ludzie, którzy uciekali przed prawem i biedą. Górale to twardy naród, Anna. Życie tutaj nigdy nie było łatwe. Ziemia rodzi kamienie, a zima trwa pół roku.

Słuchałam o surowych zasadach, o honorze, o tym, jak ważne jest słowo dane drugiemu człowiekowi. Michał opowiadał też o sobie, choć oszczędnie. Dowiedziałam się, że przejął rolę przewodnika po ojcu, że kocha te góry, ale widzi też, jak Zakopane zmienia się w komercyjny lunapark, co go boli.

– Ludzie przyjeżdżają tu zrobić zdjęcie, kupić ciupagę z plastiku i zjeść pizzę – mówił z nutą goryczy, gdy przystanęliśmy przy potoku. – Rzadko kto chce naprawdę posłuchać, co góry mają do powiedzenia.

– Ja chcę posłuchać – powiedziałam cicho, patrząc mu w oczy.

Zatrzymał się i spojrzał na mnie uważnie. Obok szumiał potok, a słońce przedzierało się przez korony drzew, tworząc na jego twarzy mozaikę światła i cienia. W tym momencie poczułam pierwsze ukłucie czegoś, co wykraczało poza zwykłą sympatię. To było wrażenie, że ten człowiek widzi mnie naprawdę – nie jako Annę z korporacji, menedżerkę projektu, ale jako kobietę, która stoi przed nim w przybrudzonych butach i bez makijażu.

Moment, kiedy zapomniałam o całym świecie

Wyszliśmy na polanę, z której roztaczał się widok tak piękny, że zaparło mi dech. Szczyty Tatr wyglądały stąd jak potężni strażnicy, ośnieżone granie błyszczały w słońcu. Usiedliśmy na zwalonym pniu. Michał wyciągnął termos z gorącą herbatą z żurawiną.

– To magiczne miejsce – powiedział. – Mówi się, że tutaj człowiek zostawia wszystkie swoje troski. Wiatr je zabiera.

Zaczęłam mówić o sobie. Opowiedziałam mu o Warszawie, o presji, o pustym mieszkaniu, do którego wracam po dwunastu godzinach pracy. O tym, że mam prawie trzydzieści lat i poczucie, że przegapiłam coś ważnego, goniąc za awansem. Opowiedziałam o samotności w tłumie. Słowa płynęły ze mnie strumieniem, jakby tama pękła. Michał nie przerywał. Słuchał z uwagą, kiwając głową, czasem dolewając mi herbaty.

– Wiesz, Anna – powiedział, gdy skończyłam. – Góry uczą pokory. Tutaj nie liczy się, jakie masz stanowisko ani ile zarabiasz. Tutaj liczy się to, czy masz siłę iść dalej, gdy jest ciężko. I czy potrafisz podać rękę drugiemu. Ty masz siłę. Widzę to po tym, jak idziesz.

Jego słowa sprawiły, że poczułam ciepło rozlewające się w środku. To był komplement, który znaczył dla mnie więcej niż jakakolwiek pochwała od szefa.

Gdy zaczęliśmy schodzić, pogoda zaczęła się psuć, jak to w górach bywa. Chmury napłynęły błyskawicznie, a temperatura spadła. Ścieżka stała się śliska. W pewnym momencie moja noga poślizgnęła się na mokrym kamieniu. Straciłam równowagę i poleciałabym w dół, gdyby nie refleks Michała. Złapał mnie w ostatniej chwili, przyciągając do siebie mocnym, zdecydowanym ruchem.

Wylądowałam w jego ramionach, przyciśnięta do jego klatki piersiowej. Czułam bicie jego serca, szybkie i mocne, tak samo jak moje. Przez chwilę trwaliśmy w bezruchu. Czułam zapach jego kurtki, lasu i wiatru. Jego dłoń wciąż spoczywała na moich plecach, dając mi poczucie bezpieczeństwa, jakiego dawno nie zaznałam.

– Nic ci nie jest? – zapytał, a jego głos był lekko chrypliwy.

– Nie... dzięki tobie – wyszeptałam, nie odsuwając się.

Jego spojrzenie powędrowało na moje usta, a potem wróciło do oczu. W powietrzu zawisło napięcie, gęste i elektryzujące. To nie był moment na romans, byliśmy na szlaku, zaczynało kropić, ale chemia między nami była tak silna, że niemal namacalna. Michał powoli rozluźnił uścisk, ale nie odsunął się gwałtownie. Pomógł mi stanąć pewnie na nogach, a potem, przez resztę drogi, trzymał mnie za rękę w trudniejszych momentach. Ten dotyk parzył, nawet przez materiał rękawiczek.

Chcę tylko czuć, że żyję

Kiedy zeszliśmy do doliny, zmrok już zapadał. Byłam zmęczona fizycznie, ale mój umysł był jasny i pobudzony. Nie chciałam, żeby ten dzień się kończył. Nie chciałam wracać do pustego pokoju w pensjonacie.

– Jesteś głodna? – zapytał Michał, gdy dotarliśmy do granicy miasta. – Znam karczmę, gdzie nie ma tłumów, a jedzenie smakuje jak u mojej babci.

– Bardzo – odpowiedziałam szczerze.

Karczma była dokładnie taka, jak opisał. Drewniana, przytulna, z wielkim piecem kaflowym, który dawał przyjemne ciepło. Usiedliśmy przy małym stoliku w rogu. Zamówiliśmy kwaśnicę i pierogi. Rozmowa płynęła inaczej niż na szlaku. Była bardziej intymna, cieplejsza.

Michał zdjął kurtkę, zostając w wełnianym swetrze, który podkreślał jego szerokie ramiona. W świetle świec wyglądał jeszcze przystojniej. Opowiadał mi o swoich marzeniach, o tym, że chciałby wyremontować starą chatę po dziadkach, ale waha się, czy da radę zrobić to sam. Opowiadał o swojej rodzinie, o skomplikowanych relacjach z bratem, który wyjechał do Londynu i nie chce wracać.

– A ty? – zapytał w pewnym momencie, patrząc mi głęboko w oczy. – Czego ty pragniesz, Anna? Tak naprawdę, w środku, a nie w planach firmy?

Bawiłam się brzegiem serwetki, szukając właściwych słów.

– Chcę czuć, że żyję – powiedziałam w końcu. – Chcę budzić się rano i cieszyć się na nadchodzący dzień. Chcę mieć kogoś, z kim będę mogła dzielić ciszę, a nie tylko hałas.

Michał wyciągnął dłoń przez stół i delikatnie przykrył moją rękę swoją. Jego dłoń była duża, szorstka od pracy, ale dotyk był niezwykle delikatny.

– To dobre marzenia – powiedział cicho. – Wiesz, rzadko spotykam takie kobiety jak ty. Turystki zazwyczaj chcą tylko, żebym wniósł im plecak i zrobił ładne zdjęcie do internetu. Ty patrzysz głębiej. Zauważyłaś dzisiaj ten mech na kamieniach, o którym ci mówiłem. Zatrzymałaś się, żeby posłuchać wiatru. To rzadkość.

– Może po prostu potrzebowałam odpowiedniego przewodnika – odpowiedziałam, czując, jak serce podchodzi mi do gardła.

Siedzieliśmy tak długo, ignorując upływający czas. Kelnerka sprzątnęła talerze, a my wciąż rozmawialiśmy, pijąc ziołową herbatę. Każde jego słowo, każdy gest sprawiał, że mur, który budowałam wokół siebie przez lata, kruszył się kawałek po kawałku. Czułam się przy nim bezpieczna, akceptowana i... pożądana. Ale to pożądanie nie było nachalne. Było jak obietnica, jak zapowiedź czegoś pięknego.

W tym pocałunku było wszystko

Wyszliśmy z karczmy późnym wieczorem. Niebo oczyściło się po popołudniowym deszczu i teraz lśniło tysiącami gwiazd, które w górach wydają się być na wyciągnięcie ręki. Powietrze było mroźne, ale ja nie czułam zimna. Szliśmy w stronę mojego pensjonatu pustymi uliczkami, omijając głośne Krupówki.

Michał szedł blisko mnie. Nasze ramiona ocierały się o siebie przy każdym kroku. Milczeliśmy, ale to była dobra cisza. Cisza pełna zrozumienia i narastającego napięcia. Kiedy dotarliśmy pod bramę pensjonatu, zatrzymaliśmy się. Nie chciałam wchodzić do środka. Chciałam zatrzymać tę chwilę na zawsze.

– Dziękuję ci za ten dzień – powiedziałam, odwracając się do niego. – Był... niezwykły.

– Dla mnie też – odpowiedział Michał, stając naprzeciwko mnie. Był tak blisko, że czułam ciepło bijące od jego ciała. – Nie spodziewałem się, że dzisiaj spotka mnie coś tak ważnego.

Spojrzał na mnie z taką intensywnością, że nogi ugięły się pode mną. W jego oczach widziałam odbicie gwiazd i coś jeszcze – pragnienie, które było tak czyste i szczere, że zaparło mi dech.

– Anna – wypowiedział moje imię szeptem, który brzmiał jak zaklęcie.

Podniósł dłoń i delikatnie musnął kciukiem mój policzek, odgarniając niesforny kosmyk włosów. Ten prosty gest sprawił, że prąd przebiegł przez całe moje ciało. Zamknęłam oczy, instynktownie lgnąc do jego dotyku.

Pochylił się powoli, dając mi czas na odsunięcie się, gdybym tego chciała. Ale ja nie chciałam. Pragnęłam tego pocałunku bardziej niż czegokolwiek w życiu. Kiedy jego usta dotknęły moich, czas się zatrzymał. To nie był gwałtowny, zachłanny pocałunek. Był delikatny, badawczy, pełen czułości, a jednocześnie niósł ze sobą ładunek emocji, który mógłby roztopić śnieg na szczytach.

Moje dłonie powędrowały na jego kark, wplatając się w jego gęste włosy. Przyciągnęłam go bliżej, pogłębiając pocałunek. Czułam smak herbaty i górskiego powietrza. Czułam siłę jego ramion, które objęły mnie w pasie, przytrzymując mocno, jakby bał się, że zniknę.

W tym pocałunku było wszystko – moja tęsknota za bliskością, jego samotność skrywana pod maską twardego górala, nasze wspólne zmęczenie światem i nadzieja, że może właśnie odnaleźliśmy coś prawdziwego. To był pocałunek, który obiecywał, że to nie koniec, a dopiero początek.

Kiedy w końcu oderwaliśmy się od siebie, oboje ciężko oddychaliśmy. Oparłam czoło o jego ramię, próbując uspokoić rozszalałe serce.

– Jutro... – zaczął Michał, wciąż trzymając mnie w objęciach. – Jutro też mam wolne. Pokażę ci Dolinę Kościeliską, ale od strony, której nikt nie zna. Pójdziesz ze mną?

Podniosłam głowę i uśmiechnęłam się do niego. Wiedziałam, że moja odpowiedź zmieni wszystko. Wiedziałam, że mój powrót do Warszawy stanie pod wielkim znakiem zapytania. Ale w tamtej chwili, w ramionach górala o oczach koloru mchu, wiedziałam też, że po raz pierwszy od lat podejmuję decyzję sercem, a nie rozsądkiem.

– Pójdę – odpowiedziałam pewnie. – Pójdę z tobą wszędzie.

Michał uśmiechnął się, a ten uśmiech rozświetlił mrok nocy. Pocałował mnie jeszcze raz, krótko, w czoło, na pożegnanie. Patrzyłam, jak odchodzi w stronę ciemnych uliczek, a w sercu czułam spokój. Wiedziałam, że to nie był zwykły flirt. To był początek historii, którą będę pisać każdego dnia, krok po kroku, na górskich szlakach i w dolinach, u boku człowieka, który przypomniał mi, co to znaczy naprawdę żyć.

Anna, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama