Reklama

Prowadzę życie spokojne, uporządkowane. Od ponad trzydziestu lat mieszkam w tym samym mieszkaniu w bloku z wielkiej płyty. Lubię te ściany, choć zimą bywają lodowate, a latem parzą jak rozgrzany piec. Przez lata nauczyłam się ich rytmu: kiedy dzieci sąsiadów grają w piłkę na klatce, kiedy ktoś smaży rybę, a kiedy pies z góry ujada na listonosza. Ale przez większość czasu jest tu względnie cicho. A dla mnie to najważniejsze – cisza. Cisza i święty spokój.

Wieczorem zaparzam herbatę z melisą, zasiadam z książką w fotelu pod lampą i wyłączam świat. W pracy jestem cały dzień na nogach, więc te wieczorne chwile są dla mnie jak tlen. I może to zabrzmi śmiesznie, ale właśnie te ciche wieczory pozwalają mi nie zwariować. Tylko że od pewnego czasu już nawet nocą nie mogę się wyciszyć.

Pan Andrzej mieszka za ścianą. Samotny mężczyzna, trochę starszy ode mnie, może sześćdziesiąt parę lat. Zawsze chodzi w tej samej kurtce, rzadko mówi „dzień dobry”. Nigdy nie był zbyt rozmowny, ale nigdy też nie sprawiał problemów… aż do momentu, kiedy jego pralka zaczęła grać pierwsze skrzypce w moim porannym życiu. Zawsze o tej samej porze – 5:40. Dosłownie. Budzę się, jak bęben zaczyna wirować. Mam wrażenie, że pralka stoi nie w jego kuchni, a przy moim łóżku. I wtedy moja cisza umiera. A razem z nią – cierpliwość.

Na początku próbowałam się przemóc. Wmawiałam sobie, że to nic takiego. W końcu to tylko sąsiad, tylko pranie, tylko hałas... Ale z każdym kolejnym porankiem czułam się coraz bardziej zmęczona i bezsilna. Tak bardzo nie lubię konfrontacji. Tak bardzo nie chcę być „tą sąsiadką, co się czepia”. Jednak poczułam, że ktoś nieustannie wchodzi mi w życie bez zaproszenia. I w końcu zaczynam mieć dość.

Nie zadziałało

Długo się zbierałam. Chodziłam po mieszkaniu w tę i z powrotem, jakby to mogło w czymkolwiek pomóc. W końcu wyszłam na klatkę. W duchu powtarzałam sobie, że to przecież tylko rozmowa, tylko sąsiad, zwykła ludzka prośba. Wcale nie czułam się zwyczajnie. Czułam się jak ktoś, kto zaraz przekroczy granicę, której nigdy nie chciał ruszać.

Drzwi otworzyły się szybko, jakby stał tuż za nimi. Pan Andrzej spojrzał na mnie tym swoim obojętnym, zmęczonym wzrokiem. Nie powiedział nic, tylko czekał.

– Przepraszam, że przeszkadzam, ale czy mógłby pan nastawiać pranie trochę później? Budzi mnie to codziennie... – powiedziałam najłagodniej, jak potrafiłam, patrząc mu prosto w oczy.

– Pralka jak pralka. Muszę to zrobić przed pracą. Taki mamy blok – rzucił bez cienia skruchy i niemal natychmiast zamknął drzwi.

Zostałam sama na klatce, jak idiotka, z rękami bezwładnie opuszczonymi wzdłuż ciała. Przez chwilę jeszcze tam stałam, słuchając własnego oddechu. Wróciłam do mieszkania i bez słowa usiadłam na krześle przy kuchennym stole.

Nie minęły dwa dni, a dźwięk jego pralki o świcie znowu przebił się przez ścianę z taką samą bezczelnością jak wcześniej. Czułam się zlekceważona. Nie tylko jako sąsiadka, ale jako człowiek, który grzecznie poprosił o coś ważnego.

Napisałam kartkę. Bez pretensji, bez wielkich słów. Włożyłam ją do jego skrzynki na dole. Napisałam, że rozumiem poranne obowiązki, ale może znalazłby inną godzinę, bo hałas naprawdę nie daje mi spać. Dodałam podpis – Barbara z sąsiedztwa – żeby wiedział, że to znowu ja. Może bezpośrednia rozmowa go nie ruszyła, ale słowo pisane czasem działa inaczej.

Nie zadziałało. Mijały dni, a pralka nadal rozdzierała ciszę przed szóstą rano. Wycierałam zmęczone oczy, patrzyłam w sufit, słuchając tych samych wibracji, tego samego upartego dźwięku, który przypominał mi, że nic się nie zmieniło. Że są tacy ludzie jak pan Andrzej – odporni na prośby, głusi na cudzy spokój. Zaczynało we mnie kiełkować coś nowego. Coś, czego do tej pory nie dopuszczałam do głosu.

W takim razie odwet!

Pierwszy raz nastawiłam swoją pralkę o 22:45 w sobotę. Siedziałam na kanapie z pilotem w dłoni i udawałam, że oglądam jakiś program, ale tak naprawdę czekałam. Pralka ruszyła, dźwięk niósł się po rurach i ścianach. Siedziałam sztywno, wsłuchując się, czy przypadkiem nie usłyszę jego kroków za ścianą, czy nie zapuka.

Nie zapukał. Następnego dnia zrobiłam to samo. I jeszcze kolejnego. Siedziałam przy stole, popijając letnią herbatę i obserwując zegar. Gdy wskazówki zbliżały się do za piętnaście jedenasta, wstawałam i szłam do łazienki. Pralka warkotała, buczała i wirowała – tak jak jego. A ja siedziałam i słuchałam.

Nie powiem, że nie czułam satysfakcji. Czułam. Ale obok niej czaiło się coś, czego nie potrafiłam nazwać. Wstyd? Może. Nie tego się po sobie spodziewałam. Zawsze starałam się być w porządku wobec ludzi, nawet jeśli oni nie byli wobec mnie. A teraz siedziałam w swoim mieszkaniu, słuchałam własnej pralki i czułam, jak wewnątrz we mnie coś się zmienia. Jakbym stawała się kimś obcym.

W ciągu dnia zaczęłam się zastanawiać, co mnie tak naprawdę w nim drażni. Ten hałas? Czy może coś więcej? Może to, że on może, a ja nie? Że jego życie nie musi się nikomu tłumaczyć, a moje zawsze jest zbudowane na unikaniu problemów, na uprzejmości i zaciskaniu zębów? Może chodziło o jego twarz, o ten wzrok, w którym nie było nawet cienia refleksji, że komuś może przeszkadzać. Może o to, że kiedy mówił „taki mamy blok”, chciał mi powiedzieć wprost: radź sobie sama.

Przez kolejne wieczory chodziłam do łazienki z coraz większym spokojem. Nie słuchałam już, czy pralka hałasuje. Nie czekałam na jego reakcję. To była moja odpowiedź. Moje „nie”, wypowiedziane bez słów. Jednak gdy siedziałam w kuchni po kolejnym wieczornym praniu, cisza po wirowaniu wydawała się bardziej dotkliwa niż sam hałas. I wtedy pomyślałam: czy to już wojna? A jeśli tak, to dlaczego ja jej nie chciałam, a jednak ją prowadzę?

Usłyszałam pukanie

Piąty wieczór z rzędu. Pralka zakończyła cykl o 23:25. Zamilkła. Oparłam się o blat i wyłączyłam światło w kuchni. I wtedy usłyszałam pukanie. Nie było agresywne. Raczej krótkie, zdecydowane. Podeszłam do drzwi powoli, bez pośpiechu. Otworzyłam. Stał tam pan Andrzej, ubrany w swój wyblakły polar i ciemne spodnie. Nie patrzył mi w oczy. W ręku trzymał klucze, jakby dopiero co wrócił z dworu.

– Przepraszam, ale czy nie można ciszej? Te wieczorne prania… trochę przesada, nie?

Mówił z wyraźnym napięciem. Nie krzyczał, ale każde jego słowo było ciężkie, jakby długo je w sobie tłumił. I może spodziewał się, że teraz się cofnę, przeproszę, zamilknę.

– O to samo prosiłam pana. Dwa razy. Pamięta pan? – odpowiedziałam spokojnie, ale twardo. Patrzyłam mu prosto w oczy.

Zapadła cisza. Na moment nie wiedział, co powiedzieć. Jego twarz wykrzywiło coś pomiędzy zaskoczeniem a irytacją. W końcu odwrócił wzrok, skinął głową i odszedł bez słowa. Zamknęłam drzwi. Przez chwilę jeszcze stałam przy drzwiach, nasłuchując jego kroków, jak cichły w oddali. Myślałam, że ten moment przyniesie ulgę. Albo satysfakcję. Nic z tego. Nie poczułam zwycięstwa. Czułam pustkę.

Usiadłam w salonie i spojrzałam na wyłączony telewizor. Przez chwilę wpatrywałam się w swoje odbicie na czarnym ekranie. Nie poznawałam tej twarzy. Coś było nie tak. Niby osiągnęłam to, co chciałam. Usłyszał. Przyszedł. Zareagował. Ale wewnątrz czułam, że to wszystko poszło za daleko. Że to już nie chodzi o pralkę, nie chodzi o poranne hałasy, tylko o coś głębszego. O to, że nie potrafiliśmy się porozumieć jak ludzie. O to, że zamiast rozmowy została tylko zemsta.

Żadnej pralki, żadnego pukania

Siedziałam w fotelu z kubkiem herbaty, której nawet nie miałam ochoty pić. Za oknem paliła się jedna z latarni, rzucając żółte światło na gałęzie drzew bez liści. Cisza była pełna. Żadnej pralki. Żadnego pukania. Żadnego dźwięku zza ściany. A mimo to coś dudniło we mnie, głęboko.

Przypomniałam sobie Bożenę z piętra niżej. Kiedyś piłyśmy razem kawę w soboty. Przychodziła w szlafroku, a ja zawsze miałam dla nas jakieś ciasto. Potem Bożena wyprowadziła się do córki, bo zdrowie już nie pozwalało jej samodzielnie mieszkać. Nagle zdałam sobie sprawę, że od tamtej pory nie zaprosiłam do siebie nikogo. Nie rozmawiałam z nikim dłużej niż kilka minut. Nawet w sklepie byłam tylko „ta od herbaty i dwóch jabłek”.

Zaczęłam się zastanawiać, kiedy to się stało. Kiedy z osoby, która mówiła sąsiadom „dzień dobry” z uśmiechem, zamieniłam się w kobietę, która z nikim nie rozmawia, za to włącza pralkę na złość. Kiedy przestałam wierzyć, że można się dogadać. Kiedy zaczęłam wierzyć, że jedyne, co mnie chroni, to zamknięte drzwi.

Może to nie tylko pan Andrzej się zamknął w sobie. Może ja też. Przestałam dzwonić do znajomych. Przestałam odpowiadać na zaproszenia. Przestałam szukać czegokolwiek poza ciszą. Bo cisza przynosiła ulgę. A teraz? Teraz cisza była jak beton. Czy samotność robi z nas potwory? Czy tylko nauczyłam się w końcu dbać o siebie? Zaczynałam się bać, że nie potrafię już rozróżnić jednego od drugiego.

Napisałam list

Obudziłam się chwilę przed szóstą. Zdziwiło mnie to, bo od wielu dni o tej porze budził mnie znajomy dźwięk bębna u sąsiada. Teraz było cicho. Przewróciłam się na bok i nasłuchiwałam. Nic. Ani jednego szmeru zza ściany. Leżałam tak kilka minut, aż w końcu wstałam. Zaparzyłam herbatę i usiadłam w kuchni. Nagle ta cisza nie wydawała się błogosławieństwem. Była ostra, twarda i nieprzyjazna. Jakby ktoś przeciął coś, co mimo wszystko mnie łączyło z tamtą stroną ściany.

Nie wiedziałam, czy pan Andrzej zrezygnował z porannego prania, czy po prostu był chory, albo może wyjechał. Nie miało to znaczenia. Poczułam niepokój, którego się nie spodziewałam. Całe te tygodnie walczyłam o ciszę. A kiedy w końcu ją dostałam, nie potrafiłam jej unieść. Poczułam samotność.

Wyciągnęłam kartkę papieru. Najpierw po prostu siedziałam i patrzyłam na nią, potem zaczęłam pisać. Nie był to list do niego. Ani do nikogo innego. Może raczej do siebie. O granicach. O hałasie. O tym, jak łatwo można się odgrodzić. Jak trudno wrócić. Pisałam o tym, że czasem walczymy z czymś, co wydaje nam się przeszkodą, tylko po to, by potem odkryć, że przeszkodą jesteśmy my sami.

Skończyłam, złożyłam kartkę na pół i wsunęłam ją między kartki książki, którą miałam akurat na stole. Nie wiedziałam, czy kiedyś do niej wrócę. Poczułam, że musiałam to zrobić. Usiadłam w kuchni z herbatą. Za ścianą panowała cisza. Ja słyszałam coś więcej – siebie. Pierwszy raz od dawna.

Barbara, 56 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama