„Sąsiad na grzybobraniu czerwienił się jak muchomor. Może i grzybiarz z niego żaden, ale nocą pokazał, na co go stać”
„Marek szedł przez leśną polanę jak model na pokazie. Skórzane buty za kostkę w kolorze beżowym. Kosz wiklinowy pod pachą, a na głowie czapka z daszkiem. Ale najciekawsze było to, co niósł w koszu. – Proszę bardzo! – uniósł dumnie zawartość i z uśmiechem zaczął swój popis. – Grzybki jak malowane”.

- Redakcja
Zbieranie grzybów to nie jest tylko hobby. Przynajmniej nie u nas. W naszej wsi grzybobranie to święto, niemalże rytuał. Co roku, pod koniec września, organizujemy wielkie, wspólne wyjście do lasu. Są dzieci z koszykami większymi niż one same, są seniorzy z wysłużonymi plecakami, są psiaki biegające między drzewami. To dzień, na który czekają wszyscy, nie tylko dla zbiorów, ale dla prestiżu. Bo ten, kto przyniesie największego prawdziwka, może liczyć na wieczorną owację w remizie i całoroczny szacunek. Jestem nauczycielką w miejscowej podstawówce. Grzyby zbieram, odkąd pamiętam. Tata uczył mnie, które są jadalne, a które „ładne, ale trujące jak piorun”. Do dziś pamiętam, jak pokazywał mi muchomora czerwonego i mówił: „Ten wygląda jak z bajki, ale bajkowy to on nie jest”.
Nowy sąsiad pojawił się nagle. Nazywa się Marek, podobno mieszkał wcześniej w Warszawie, a tu kupił dom po starszym małżeństwie. Przyjechał z luksusowymi walizkami, a po podjeździe sunie prestiżowym autem z rejestracją na „W1”. Zawsze w koszuli, perfumy czuć na metr, buty – błyszczące jak lustro. Pojawił się, rozsiadł i od razu zaczął rzucać się w oczy. Gdyby nie jego ego, pomyślałabym, że jest przystojny. Ale nic tak nie gasi urody jak pewność siebie granicząca z pogardą.
Marek patrzył na nas jak na jakąś ciekawostkę etnograficzną. Wiecie – ciemny lud z koszykami, błoto po kolana, stary kombajn, co rano ryczy sąsiadowi pod oknem. Wydawał się być z innej planety, a jednak – z jakiegoś powodu – zdecydował się zamieszkać właśnie tutaj. I nie uwierzycie, co przyszło mu do głowy. Otóż Marek postanowił wziąć udział w dorocznym grzybobraniu. Nie wiedziałam jeszcze, że jego kosz okaże się największym żartem sezonu i że to właśnie od tego wszystko się zacznie.
Było mi go żal
– Witajcie, sąsiedzi! – rozległo się zza ściany drzew. Wszyscy odwróciliśmy głowy jednocześnie.
Marek szedł przez leśną polanę jak model na pokazie mody. Skórzane buty za kostkę – beżowe. Kosz wiklinowy pod pachą, a na głowie czapka z daszkiem, która nie pasowała do niczego, co miał na sobie. Ale najciekawsze było to, co niósł w koszu.
– Proszę bardzo! – uniósł dumnie zawartość i z uśmiechem jak z reklamy pasty do zębów zaczął swój popis. – Specjalnie dla was – najpiękniejsze okazy tutejszego lasu. Mój pierwszy raz, a patrzcie – same grzybki jak z obrazka!
Zamarłam. Pani Zofia, stojąca obok mnie, aż odsunęła okulary na czoło.
– Matko Bosko… – szepnęła, patrząc do środka koszyka. – Przecież on tu ma… same trujaki!
I to nie jeden czy dwa. Marek z dumą trzymał pełen kosz czerwonych, trujących jak cholera muchomorów. I jeszcze ułożonych – jak bukiet!
– No co? – zapytał, zauważając poruszenie. – Są piękne, no nie?
– Chłopie… – warknęła pani Zofia. – Tym to byś nas wszystkich wytruł! Tyś w ogóle wiedzioł, co ty zebrałeś?
Zaczęły się śmiechy. Ktoś puścił złośliwy komentarz: „Może na barszcz z muchomorem?”. Ktoś inny chichotał: „Kolejny ekspert z miasta”. Marek próbował ratować sytuację.
– No dobra, może nie wszystkie są jadalne, ale ja… ja po prostu zbierałem te najładniejsze, prawda?
– Prawda – odparłam, nie mogąc się powstrzymać od uśmiechu. – Tylko że grzybobranie to nie konkurs piękności. A te twoje „piękności” to trucizna na talerzu. Z tym to nie ma żartów.
Jego twarz nagle spoważniała. Już nie był taki pewny siebie. Widziałam, jak w oczach pojawia się zakłopotanie. Chciał zrobić wrażenie i zrobił. Ale nie takie, na jakie liczył. A ja? Sama nie wiedziałam, czy mi go żal, czy chce mi się śmiać. Może jedno i drugie.
Chciałam mu pomóc
Po tym wszystkim Marek zniknął z lasu tak szybko, jak się pojawił. Nie było go przy ognisku, nie pojawił się też w remizie na wieczornym podsumowaniu. Plotki krążyły jak pszczoły wokół słoika miodu. Pani Zofia chodziła od stolika do stolika, opowiadając z teatralnym oburzeniem o „tym biednym mieszczuchu, co to prawie nas otruł”. Nie wiem, co mnie tknęło, ale następnego dnia poszłam do niego. Ot, z czystej ciekawości. Może trochę z litości. Może trochę… z nudów?
– Puk, puk! – zawołałam, stojąc pod jego furtką. Wyszedł po chwili, bez tej swojej idealnej fryzury i perfum.
– O – mruknął z zaskoczeniem. – Przyszłaś mnie dobić?
– Albo nauczyć cię, jak nie zabić połowy wsi – odpowiedziałam i uśmiechnęłam się.
Przez moment widziałam, jak się wahał. Jego duma najwyraźniej wciąż bolała. Ale potem odetchnął głęboko i pokiwał głową.
– Dobra. Nie będę udawał, że mnie nie ruszyło. Przez pół nocy przeglądałem Internet i próbowałem znaleźć różnice między kanią a muchomorem. Nadal nie wiem, o co chodzi.
– To dlatego potrzebujesz przewodnika – wzruszyłam ramionami. – Zgłaszam się na ochotnika.
– Okej, ale pod jednym warunkiem – powiedział. – Żadnych docinków. Chcę się nauczyć, a nie zostać pośmiewiskiem.
Zaskoczył mnie. Tak, był wciąż trochę arogancki. Ale był w tym też cień szczerości. Może nawet… pokory?
– Umowa stoi. Jutro o ósmej, przy wejściu do lasu. Tylko załóż coś, co można ubrudzić – rzuciłam na odchodne.
– Nie będzie łatwo – mruknął z rozbawieniem – ale spróbuję.
I wtedy pomyślałam, że ciekawe, co z tego wyjdzie.
Zaskoczył mnie
Las był jeszcze mokry od porannej rosy, kiedy Marek stanął przy umówionym wejściu. Ku mojemu zdziwieniu – bez perfum, bez błyszczących butów. Miał na sobie stare dżinsy i kurtkę, której chyba nie nosił od lat. Nawet czapkę miał z daszkiem do tyłu. Widocznie potraktował to serio.
– Gotowy na survival? – zapytałam, podając mu drugi koszyk.
– Gotowy. Byle tylko nie wrócić znowu z arsenałem trucizn – odpowiedział z wymuszoną pewnością siebie.
Szliśmy w głąb lasu, ja opowiadałam o tym, czego unikać, co sprawdzać pod kapeluszem, jakie są podstawowe zasady. Marek słuchał uważnie, czasem zadawał pytania, czasem żartował, choć czuć było, że żarty mają zagłuszyć stres.
– A to? – zapytał, pokazując drobnego grzyba o białym trzonie.
– Muchomor jadowity – rzuciłam automatycznie. – Od tego się nie pochorujesz, tylko umrzesz.
– Aha – przygryzł wargę. – Super. Czyli to nie do jajecznicy?
– Tylko jak jesteś samobójcą – mruknęłam.
Przez kilka godzin szliśmy razem, a on próbował rozpoznać grzyby, czasem celnie, czasem kompletnie od czapy.
– To borowik? – zapytał, podnosząc z ziemi starego psiurka.
– To zdechły gołąbek – odpowiedziałam i zaczęliśmy się śmiać.
W którymś momencie, w środku lasu, usiedliśmy na pniu. Marek nagle spoważniał.
– Wiesz, chciałem zrobić dobre wrażenie. Nie znałem nikogo, a czułem, że wszyscy na mnie patrzą, jak na jakiegoś panicza z miasta. Chciałem pokazać, że też coś potrafię.
Zaskoczył mnie. To nie był już ten sam Marek z początku. Znikała maska, a zostawał człowiek. Samotny, trochę zagubiony, próbujący być kimś więcej niż tylko „tym nowym”.
– Każdy się kiedyś kompromitował – powiedziałam łagodnie. – Ale nie każdy ma odwagę to przyznać.
Patrzył na mnie przez chwilę bez słowa. A potem tylko skinął głową.
Spojrzeliśmy sobie w oczy
Tego dnia pogoda zmieniła się niespodziewanie. Niebo zasnuło się ciężkimi chmurami, a gdy byliśmy daleko od wsi, lunął deszcz. Nie taki przelotny kapuśniaczek, tylko prawdziwa, solidna burza.
– Szybko, tam pod dębem! – zawołałam i pociągnęłam Marka za rękaw. Biegliśmy przez leśne błoto, oboje już przemoczeni, aż w końcu schowaliśmy się pod ogromnym drzewem.
Deszcz bębnił o liście jak szalony, a my staliśmy blisko siebie, próbując złapać oddech. Marek pierwszy się odezwał:
– Przepraszam, że tak się na początku zachowywałem. Wiem, że byłem nie do zniesienia. W sumie... może dalej jestem.
– Może – przyznałam z uśmiechem. – Ale przynajmniej teraz jesteś przemoczony i trochę śmierdzisz lasem, więc już mniej drażniący.
Roześmiał się cicho. I wtedy spojrzeliśmy sobie w oczy. Tak inaczej, dłużej. Jego wzrok nie był już ironiczny, był spokojny. Ciepły.
– Wiesz, że ja z Warszawy uciekłem? – powiedział cicho. – Firma, znajomi, te wieczne wyścigi. Wszyscy coś mieli zawsze lepszego, wszyscy o coś walczyli. A ja się budziłem rano i nie wiedziałem po co.
– To czemu wieś? – zapytałam.
– Bo tu pachnie mokrą ziemią. Bo jak ktoś mówi „dzień dobry”, to myśli to serio. Bo może... tu jeszcze da się coś zacząć od zera.
Milczeliśmy chwilę. Deszcz lał nieprzerwanie. Było zimno, ale jakoś ciepło przy nim. Wtedy Marek odgarnął mi z czoła mokre pasmo włosów. Bardzo delikatnie.
– Masz błoto na policzku – powiedział. Ale nie starł go.
Zrobiło się cicho. Napięcie zawisło między nami jak ten ciężki, parujący oddech leśnej burzy. Gdyby nie grzmot, może bym się nie odsunęła. A może właśnie dlatego nie uciekłam.
Poczułam coś dziwnego
Kolejne grzybobranie zbliżało się wielkimi krokami, a we wsi aż huczało, bo Marek znów się zapisał. Tym razem nikt nie ukrywał kpin. W sklepie pani Zosia rzucała przy kasie:
– Ciekawe, czy tym razem przyniesie dzwonkówkę i czubajeczkę...
Marek się nie odzywał. Tylko się uśmiechał. A potem, w sobotę rano, pojawił się z koszem, który zamurował wszystkich.
Same piękne borowiki, podgrzybki, maślaki – świeże, czyste, starannie ułożone. Co ważniejsze wszystkie były jadalne.
– A to co? – Pani Zofia zlustrowała kosz, marszcząc czoło.
– To, co trzeba – odpowiedział spokojnie Marek. – Tym razem postawiłem na smak, nie na wygląd.
Śmiechy nagle ucichły. Ktoś z tyłu powiedział półgłosem: „Oho, jednak się nauczył...”
– No, chyba cię jednak czegoś nauczyliśmy – mruknęła w końcu pani Zofia, niechętnie, ale z uznaniem. – Chociaż nie wiem, czy to bardziej twoja, czy jej zasługa – dodała, wskazując mnie spojrzeniem.
– Oboje się staraliśmy – odpowiedział Marek, zanim zdążyłam otworzyć usta.
Potem posypały się komentarze. Trochę żartów, trochę śmiechu , ale już w innym cieplejszym tonie. A Marek? Nie zgrywał się. Śmiał się z samego siebie, nawet opowiedział anegdotę o tym, jak kiedyś próbował suszyć grzyby... w suszarce do bielizny.
– Pachniało jak w lesie, ale z grzybów nic nie zostało – zakończył, a cała świetlica zaryczała śmiechem.
Po wszystkim sąsiedzi zaczęli podchodzić. Klepali go po plecach, zagadywali. Już nie był obcym. Był „tym od muchomorów, co się poprawił”. A ja patrzyłam z boku i poczułam coś dziwnego. Dumę? Sympatię? Może nawet... czułość?
Nie wszystko trzeba nazywać
Czasem patrzę na ten kosz – ten pierwszy, co były w nim muchomory – bo Marek go zostawił u mnie. Powiedział, że jest „symbolem jego głupoty i początku czegoś lepszego”. Postawiłam go na werandzie. Ilekroć na niego spojrzę, uśmiecham się pod nosem. Nie spodziewałam się, że taki człowiek jak Marek zagrzeje miejsce we wsi. A tym bardziej, że zagrzeje miejsce obok mnie. Bo odkąd nauczył się odróżniać grzyby, zaczął wpadać do mnie częściej. Najpierw przynosił „do konsultacji” jakieś podejrzane egzemplarze. Potem zostawał na herbatę. A potem... już nie było pretekstu. Po prostu przychodził.
Nie jesteśmy razem. Przynajmniej nie oficjalnie. Nikt nie mówi tu „para”. Ale sąsiadka od kartofli mruga, gdy widzi go wychodzącego ode mnie rano. Pani Zofia mówi: „No, Anka, i tak lepiej niż zostać podtrutą grzybami”. A ja nic nie tłumaczę. Bo nie wszystko trzeba od razu nazywać. Wiem tylko, że coś się zmieniło. Że ten nowy sąsiad z miasta – przystojny, arogancki, z koszem pełnym muchomorów – z czasem stał się kimś, kto potrafi słuchać. Kto nie ucieka w deszczu. Kto wie, gdzie rośnie najlepszy prawdziwek. Czy to coś poważnego? Nie wiem. Może to tylko leśny epizod. A może początek czegoś, co jeszcze nawet nie ma nazwy. Jedno wiem na pewno, że czasem największe pomyłki otwierają drzwi do czegoś, czego człowiek nawet nie szukał.
Anna, 29 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Rzuciłam wszystko dla chłopaka z internetu. Miał mnie nosić na rękach, a zamiast tego do domu wracam na tarczy”
- „Wystroiłam się, by zaimponować mężowi, a on mnie upokorzył. Nie wie, że moja przemiana to nie jest jedyna niespodzianka”
- „Pracuję w korporacji i nie mam czasu dla syna. Gdy chciałam zwolnić tempo, usłyszałam to jedno okropne zdanie”