Reklama

Kiedy podpisywaliśmy z Moniką akt notarialny, byłem przekonany, że właśnie zaczynamy najlepszy rozdział naszego życia. Nowe mieszkanie pachniało farbą i obietnicą wspólnej przyszłości. Remont miał nas do siebie zbliżyć, dać poczucie, że budujemy coś ramię w ramię. Nie zauważyłem, kiedy między nami zaczęła rosnąć cisza, a ktoś inny wypełnił przestrzeń, którą ja zostawiłem pustą.

Sąsiad był dla mnie wybawieniem

Pierwsze tygodnie w nowym mieszkaniu były chaosem. Kartony piętrzyły się pod ścianami, w powietrzu unosił się pył po szlifowaniu gładzi, a ja każdego ranka wychodziłem do pracy z poczuciem, że zostawiam Monikę na polu bitwy z wiertarką i instrukcjami montażu.

– Wrócisz dziś wcześniej? – zapytała któregoś dnia, stojąc w drzwiach z włosami związanymi niedbale w kucyk. Na policzku miała smugę białej farby.

– Postaram się – odpowiedziałem, już zerkając na zegarek. – Wiesz, że teraz jest gorący okres w firmie.

Skinęła głową, ale jej uśmiech był wymuszony. Darek pojawił się jak wybawienie. Zapukał któregoś popołudnia.

– Słyszałem wiercenie. Jak coś, mam poziomicę laserową i trochę doświadczenia – powiedział swobodnie. – Sam dwa lata temu robiłem generalny remont.

Poczułem ulgę. Nie musiałem brać kolejnego dnia wolnego.

– Byłoby świetnie – odparłem. – Ja teraz siedzę w pracy po godzinach.

Od tamtej pory coraz częściej słyszałem jego imię.

– Darek wpadł dziś z rana, pomógł mi przy suficie – mówiła Monika przy kolacji, mieszając herbatę. – Wiesz, on ma niesamowite wyczucie przestrzeni.

– To dobrze – odpowiadałem, starając się brzmieć obojętnie. – Najważniejsze, żebyśmy skończyli przed końcem miesiąca.

Coraz częściej wracałem po dwudziestej. Zastawałem ich przy wspólnym skręcaniu mebli albo przy rozłożonych planach kuchni.

– Artur, zobacz, Darek wymyślił, żeby tu zrobić półki aż pod sufit – mówiła z entuzjazmem, jakiego dawno u niej nie słyszałem.

Patrzyłem na nich. Stali blisko siebie, nachyleni nad projektem. To nie było nic niewłaściwego. A jednak coś mnie uwierało.

– Fajnie – rzucałem krótko. – Byleby zmieścić się w budżecie.

Monika przestała pytać, czy wrócę wcześniej. Zamiast tego pisała: „Nie robię dziś kolacji, zjemy z Darkiem po pracy przy kuchni”. Tłumaczyłem sobie, że to przecież naturalne. Ktoś musiał jej pomóc. Któregoś wieczoru wybuchła.

– Wiesz, że przez cały dzień nie zamieniłam z tobą ani jednego zdania? – powiedziała nagle, gdy siedziałem z laptopem przy stole.

– Przecież rozmawiamy teraz.

– Teraz? – zaśmiała się gorzko. – Ty tylko piszesz kolejnego maila.

Zamknąłem komputer z trzaskiem.

– Robię to dla nas, Monika. Chcesz żyć od pierwszego do pierwszego?

Chcę mieć męża, a nie inwestora – odpowiedziała cicho.

Te słowa utkwiły mi w głowie, ale zamiast się nad nimi pochylić, uznałem, że dramatyzuje. W końcu remont kiedyś się skończy. Awans też przyniesie spokój. Powtarzałem sobie, że chwilowy chaos to cena za stabilność. Nie zauważyłem, że w tym chaosie zaczynam tracić coś znacznie cenniejszego niż wolny czas.

Poczułem ukłucie zazdrości

Zaczęło się od drobiazgów. Monika częściej ściszała telefon, gdy wchodziłem do pokoju. Przestawała opowiadać o szczegółach dnia, ograniczając się do krótkiego: „W porządku”. A przecież jeszcze niedawno potrafiła godzinami relacjonować każdą wizytę w markecie budowlanym.

Któregoś popołudnia spotkanie w pracy odwołano w ostatniej chwili. Pomyślałem, że zrobię jej niespodziankę. Kupiłem po drodze jej ulubione ciastka i wszedłem na klatkę schodową, czując się niemal dumny z siebie. Zatrzymałem się przed drzwiami. Cicho nacisnąłem klamkę i zobaczyłem ich oboje – stali naprzeciwko siebie, bardzo blisko. Monika śmiała się cicho, a Darek poprawiał jej kosmyk włosów, który opadł na twarz. Serce zabiło mi szybciej. Otworzyłem szerzej drzwi. Ich rozmowa urwała się natychmiast.

– O, wróciłeś wcześniej – powiedziała Monika, cofając się o krok.

– Tak wyszło – odparłem, starając się brzmieć naturalnie. – Przeszkadzam?

– Skąd – wtrącił Darek. – Właśnie kończyliśmy montować listwy.

Przytaknąłem, ale w powietrzu wisiało coś ciężkiego. Zbyt szybkie spojrzenia, zbyt nerwowe ruchy. Wieczorem spróbowałem poruszyć temat.

– Musisz z nim spędzać tyle czasu? – zapytałem, udając obojętność.

Monika odłożyła kubek.

On po prostu pomaga. Gdybyś był częściej w domu, nie musiałabym nikogo prosić.

– Nie o to chodzi.

– A o co? – spojrzała na mnie wyzywająco. – Że rozmawiam z sąsiadem?

Nie potrafiłem ubrać w słowa tego, co mnie gryzło. Brzmiałbym jak ktoś chorobliwie zazdrosny.

– Po prostu mam wrażenie, że… że jesteś z nim bliżej niż ze mną – wydusiłem.

Jej twarz stężała.

– Wiesz, kto jest bliżej? Ten, kto jest na miejscu, pryz mnie. Kto słyszy, że kran cieknie i reaguje. Kto nie patrzy na zegarek co pięć minut.

Te słowa uderzyły mocniej, niż chciałem przyznać.

– Czyli ja nie reaguję? – zapytałem chłodno.

– Reagujesz, przelewem i kolejnym telefonem – odpowiedziała. – A ja potrzebuję człowieka.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Poczułem, jak między nami rośnie mur. Chciałem powiedzieć, że się staram, że to wszystko ma sens. Zamiast tego wstałem i wyszedłem do drugiego pokoju. Od tamtej chwili zaczęła mnie zjadać niepewność. Każdy śmiech na klatce schodowej brzmiał podejrzanie. Każde jego pukanie do drzwi sprawiało, że napinałem ramiona.

A jednak wmawiałem sobie, że to tylko moje zmęczenie. Że Monika nigdy by mnie nie zraniła. Przecież planowaliśmy przyszłość. Przecież to miało być nasze wspólne miejsce. Nie wiedziałem, że najgorsze dopiero miało nadejść.

Wszystko się posypało

Tamtego dnia wszystko potoczyło się szybciej, niż planowałem. Spotkanie, do którego przygotowywałem się tygodniami, zakończyło się przed czasem. Szef klepnął mnie po ramieniu i powiedział:

– Dobra robota, Artur. Resztę dopniemy jutro.

Wyszedłem z biura z dziwną lekkością. Pomyślałem, że kupię po drodze kwiaty. Bez okazji, tak po prostu. Może to będzie początek naprawy. Na klatce schodowej panowała cisza. Drzwi do naszego mieszkania były lekko uchylone. Zmarszczyłem brwi. Monika zawsze je domykała. Wszedłem cicho.

– Monika? – zawołałem.

Nie odpowiedziała. Z sypialni dochodził przytłumiony śmiech. Ten sam, który jeszcze niedawno był zarezerwowany tylko dla mnie. Zrobiłem kilka kroków i zatrzymałem się w progu. Obraz, który zobaczyłem, wbił mnie w podłogę. Stali bardzo blisko siebie. Darek obejmował ją, a ona nie próbowała się odsunąć. Jej dłonie spoczywały na jego ramionach. Czas jakby przestał płynąć. Kwiaty wypadły mi z ręki. Monika odwróciła głowę. Zbladła.

– Artur… – wyszeptała.

Darek cofnął się o krok, jakby nagle przypomniał sobie, gdzie jest.

– To nie jest… – zaczął, ale urwał.

Patrzyłem na nich i nie potrafiłem wydobyć z siebie ani jednego słowa. W uszach dudniło mi własne serce.

Jak długo to trwa? – zapytałem w końcu. Mój głos brzmiał obco.

Monika otworzyła usta, lecz przez chwilę nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

– To się… po prostu stało – powiedziała cicho. – Nie planowałam tego.

– Nic nie planowałaś? – powtórzyłem. – A jednak wygląda na to, że znalazłaś czas.

Darek podniósł ręce w bezradnym geście.

– Artur, ja nie chciałem…

Spojrzałem na niego tak, że zamilkł.

– Wyjdź – powiedziałem spokojnie.

Przez moment zawahał się, ale w końcu minął mnie bez słowa. Usłyszałem, jak drzwi się zamykają. Zostaliśmy sami.

Czułam się samotna – zaczęła Monika, a jej głos drżał. – Każdego dnia byłam sama w tym mieszkaniu. Darek był obok. Słuchał mnie.

– A ja? – zapytałem.

– Ty byłeś zmęczony. Wiecznie zmęczony.

Chciałem krzyczeć, wyrzucić z siebie wszystko, co mnie dławiło. Zamiast tego usiadłem na łóżku, które jeszcze chwilę temu było świadkiem czegoś, czego nie potrafiłem zaakceptować.

– Wiesz, kiedy to się zaczęło? – powiedziałem cicho. – Nie dziś. Tylko wtedy, kiedy przestaliśmy ze sobą rozmawiać.

Monika rozpłakała się, ale jej łzy nie cofnęły obrazu, który miałem przed oczami. Wstałem.

– Potrzebuję czasu – powiedziałem.

Spakowałem kilka rzeczy do torby. Mijając ją w przedpokoju, poczułem, jak coś we mnie pęka bezgłośnie. To nie był wybuch. To było powolne rozsypywanie się wszystkiego, co budowaliśmy. Drzwi zamknęły się za mną z cichym kliknięciem.

Przestałem być potrzebny

Hotelowy pokój był zimny i obcy, jakby zaprojektowany dla ludzi, którzy nie chcą czuć zbyt wiele. Szare ściany, ciężkie zasłony, zapach proszku do prania. Siadałem wieczorami na łóżku i wpatrywałem się w telefon, który co chwilę rozświetlał się jej imieniem. „Przepraszam”.
„Nie chciałam, żeby tak wyszło”. „Możemy porozmawiać?”.

Czytałem te wiadomości po kilka razy, jakby między literami miało ukrywać się wyjaśnienie, które zmieni sens całej sytuacji. Nie było go. Po trzech dniach zgodziłem się na spotkanie. Usiedliśmy w małej kawiarni niedaleko naszego bloku. Monika wyglądała na zmęczoną, jakby nagle postarzała się o kilka lat.

To był błąd – zaczęła od razu. – Ja po prostu… potrzebowałam, żeby ktoś mnie dostrzegł.

– A ja? – zapytałem spokojnie.

– Ty widziałeś tylko rachunki. Terminy i faktury, ale mnie… nie zawsze.

Zacisnąłem dłonie na filiżance.

– Mogłaś powiedzieć, że jest aż tak źle.

– Mówiłam – odpowiedziała cicho. – Tylko ty nie słuchałeś.

Zabolało, bo wiedziałem, że jest w tym część prawdy. Tyle że jej samotność nie usprawiedliwiała tego, co zrobiła. Kilka dni później spotkałem Darka na klatce schodowej. Stał przy skrzynkach pocztowych, jakby czekał.

– Artur, chciałem… – zaczął.

– Nie musisz – przerwałem mu.

Patrzył na mnie z mieszaniną wstydu i uporu.

– Nie planowałem tego. Po prostu byliśmy blisko, dużo czasu razem…

– Miałeś pomóc z remontem – odpowiedziałem chłodno. – A nie zabierać mi żonę.

Nie czekałem na jego reakcję. Minąłem go i wszedłem do mieszkania, które jeszcze pachniało świeżą farbą. Stałem w salonie i patrzyłem na półki, które razem montowali. Na stół, który wspólnie skręcali. Każdy element przypominał mi, że w tym domu byłem coraz rzadziej obecny – aż w końcu przestałem być potrzebny.

Zrozumiałem wtedy, że nie chodzi tylko o zdradę. Chodziło o to, że oboje pozwoliliśmy, by między nami powstała przepaść. Ja uciekłem w pracę. Ona – w czyjąś uwagę. Ale jedno było pewne: ona przekroczyła granicę, której nie potrafiłem już cofnąć.

Każdy poszedł w swoją stronę

Poprosiłem Monikę, żeby usiadła ze mną przy stole. Tym samym, który miał służyć wspólnym kolacjom i rozmowom o przyszłości.

– Nie chcę żyć z ciągłymi podejrzeniami – powiedziałem spokojnie. – I nie chcę sprawdzać, czy znów nie robisz czegoś za moimi plecami.

Patrzyła na mnie ze łzami w oczach.

– Chcę spróbować jeszcze raz – wyszeptała.

– Ja też chciałem – odpowiedziałem. – Ale to dla mnie zbyt wiele.

To nie była decyzja podjęta w gniewie. Była spokojna, niemal chłodna. Ustaliliśmy, że sprzedamy mieszkanie. Kredyt podzielimy między siebie. Każde z nas pójdzie w swoją stronę. Kiedy ostatni raz zamykałem drzwi, spojrzałem na ściany, które miały być początkiem wspólnego życia. Remont rzeczywiście nas zmienił. Odsłonił pęknięcia, których wcześniej nie widziałem.

Dziś wiem, że sama stabilność nie buduje bliskości. Można być obok i jednocześnie bardzo daleko. Ja nauczyłem się, że obecność to nie tylko fizyczne bycie w domu, ale uważność na drugiego człowieka. Monika wybrała inną drogę, zanim zdążyłem to zrozumieć.

Nie wróciliśmy do siebie. Rozwód zakończył się kilka miesięcy później, bez kolejnych scen i pretensji. Została mi lekcja, której nie planowałem, i cisza w nowym mieszkaniu, które urządzałem już sam.

Artur, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama