Reklama

Rodzice mówili, że siostra po prostu taka jest, ale mnie bolało każde jej porównanie, każda aluzja. Przez lata udawałam, że nie robi mi to różnicy. Aż przyszedł dzień, który wywrócił wszystko do góry nogami. Dzień, który zmienił nas obie.

To ona zbierała pochwały

– Nie zdążyłaś się jeszcze nauczyć, jak się robi sos bez grudek? – zapytała Weronika, mieszając w garnku z miną profesjonalnej kucharki. – Mama przecież tyle razy ci pokazywała.

Stałam obok niej w kuchni i próbowałam nie wywrócić oczami. Miałyśmy razem przygotować obiad na niedzielne spotkanie rodzinne. „Razem” w jej wykonaniu oznaczało: ja obieram ziemniaki i sprzątam po wszystkim, a ona zbiera pochwały za wszystko inne.

– Może po prostu wolę inne rzeczy niż gotowanie – rzuciłam cicho.

– Mhm, na przykład siedzenie na kasie w markecie? – odpowiedziała z uśmiechem, nawet nie odrywając wzroku od garnka.

Zacisnęłam zęby. To było jej ulubione. Niby żart, niby nic, a jednak wbijała igłę dokładnie tam, gdzie bolało najbardziej. Była starsza tylko o dwa lata, ale zachowywała się, jakby dzieliła nas cała epoka. Miała własną firmę, męża adwokata i dziecko zapisane na angielski, balet i robotykę. Ja? Kredyt na wynajmowany pokój i pracę, która nie dawała mi ani satysfakcji, ani pieniędzy.

– Ty, jak zwykle, wszystko musisz robić po swojemu – mruknęła, ustawiając talerze. – Ale nie martw się. Nie każdy musi być ambitny.

Przynajmniej jestem sobą – powiedziałam, bardziej do siebie niż do niej.

– Tak, tak. „Szczerość to twoja jedyna broń” – zaśmiała się, cytując jakąś głupią piosenkę.

Rodzice weszli do kuchni i od razu padły komplementy. Dla niej, oczywiście. Ja stałam z boku i znów poczułam się, jakbym miała siedem lat i właśnie dostała tróję z matematyki, a Weronika dyplom wzorowego ucznia.

Sztuczne uśmiechy przy stole

Gdy tylko zadzwonił dzwonek do drzwi, Weronika momentalnie się wyprostowała, jakby ktoś wcisnął jej przycisk „perfekcyjna pani domu”. Uśmiech numer pięć, ten zarezerwowany na rodzinne okazje, pojawił się na jej twarzy. Mama weszła z naręczem ciasta, tata niósł butelkę. Za nimi weszli wujkowie, ciotki, kuzynki – cała rodzinna śmietanka.

– Ależ tu pachnie, Weroniko! – wykrzyknęła ciotka Halina, całując ją w oba policzki. – Ty to jesteś złoto, nie kobieta. I jeszcze tak świetnie wyglądasz!

– Oj, daj spokój, ciociu… – Weronika niby się broniła, ale już promieniała od środka. – To tylko taki szybki obiad, naprawdę nic wielkiego.

– I wszystko sama? – zapytał wujek Janek, rozglądając się po stole.

– Z pomocą siostry – dodała z lekkim uśmiechem. – No wiesz, ziemniaki się same nie obiorą.

– O, to dobrze, że chociaż do czegoś się nadaje – zaśmiał się ktoś z końca stołu. Chyba kuzyn Damian.

– No tak, ja to tylko od brudnej roboty – rzuciłam z udawanym żartem, ale w środku bulgotałam jak ten sos w garnku.

Nikt nie zareagował. Nikt nie zauważył mojej miny. Dla wszystkich byłam tylko tłem dla spektaklu pod tytułem „Weronika – ideał”. Patrzyłam, jak z gracją roznosi zupę i śmieje się z żartów, których nawet nie słyszy, bo wie, że wszystko i tak kręci się wokół niej. A ja? Ja tylko liczyłam godziny do końca tego wieczoru. Bo nic nie męczy bardziej niż bycie niewidzialną wśród ludzi, którzy powinni cię znać najlepiej.

Wiem, jak mam żyć

Nie musiałam zaglądać na media społecznościowe Weroniki, żeby wiedzieć, że relacja z rodzinnego obiadu już tam jest. Pewnie z idealnie ustawionym stołem, kadrem, gdzie widać drogie napoje, sałatkę z granatem, a w tle jej uśmiechnięta twarz. Ja byłam pewna, że mnie nie ujęła. Byłam zbyt prawdziwa, zbyt nijaka do tego świata wyretuszowanych wspomnień.

– Dostałaś już decyzję z tego urzędu pracy? – zapytała mama, kiedy zbierałyśmy talerze.

– Nie jeszcze – odpowiedziałam, ledwo powstrzymując irytację.

– A myślałaś może, żeby się zapisać na jakiś kurs? Weronika to od razu po studiach robiła szkolenia z zarządzania, pamiętasz?

Pamiętałam. Pamiętałam doskonale, bo to był czas, kiedy próbowałam wyjść z dołka po rozstaniu z narzeczonym. Ale nikt wtedy nie pytał, jak się czuję. Liczyły się certyfikaty Weroniki i jej nowy samochód, „kupiony za swoje”.

Weronika tylko patrzyła na mnie kątem oka, jakby badała, czy już pękłam, czy jeszcze się trzymam.

– Każdy idzie swoją drogą – powiedziałam spokojnie, odkładając naczynia do zmywarki.

– Ale może czasem warto przyspieszyć – szepnęła siostra, zamykając drzwiczki i zerkając na mnie jak jakaś mentorka.

– A może czasem warto się zatrzymać, żeby nie przeoczyć własnego życia – odbiłam piłeczkę. I przez chwilę wydawało mi się, że zaniemówiła.

Ale nie. Weronika nie milknie. Weronika zawsze ma ripostę. Tyle że tym razem już jej nie pamiętam. Może właśnie dlatego, że po raz pierwszy to ja poczułam, że coś w niej się zachwiało.

Siostra nigdy nie dzwoniła o tej porze

Telefon zadzwonił po dziewiątej wieczorem. Weronika nigdy nie dzwoniła o tej porze. Zwykle miała już wtedy maseczkę na twarzy i jakąś relację z webinaru o sukcesie w tle.

– Cześć… – powiedziała cicho. Jej głos był inny. Suchy, pusty. – Możesz przyjechać?

– Co się stało?

– Michał… odszedł. Spakował się i powiedział, że potrzebuje przestrzeni. Że czuje się wypalony. Nie wiem, co to ma znaczyć.

Zamarłam. Michał – ten idealny mąż z jej zdjęć w pasujących piżamach i z rodzinnych niedziel na żaglówkach – po prostu wyszedł?

– Będę za pół godziny – powiedziałam tylko.

Zastałam ją w salonie, siedzącą na podłodze w bluzie z plamą. Bez makijażu. Włosy związane byle jak, oczy zaczerwienione. W innym świecie.

Nie jestem idealna, wiesz? – powiedziała, zanim jeszcze usiadłam. – On mówił, że duszę się w tym wszystkim. Że wszystko musi być perfekcyjne, że w domu nie da się oddychać…

Nie odpowiedziałam. Tylko nalałam jej wody i usiadłam obok.

– Nie chciałam ci dokuczać – dodała po chwili. – Po prostu... zawsze musiałam być lepsza. Jakby inaczej nikt mnie nie zauważył. A ty… Ty zawsze byłaś prawdziwa. I to mnie wkurzało najbardziej.

Siedziałyśmy w milczeniu. A ja pierwszy raz w życiu poczułam, że już jej nie zazdroszczę. Bo pierwszy raz widziałam w niej człowieka. Nie postać z reklamy. Człowieka, który nie umie oddychać.

Teraz mnie potrzebowała

Minęły dwa tygodnie. Weronika zaszyła się u rodziców, a ja zawoziłam jej rzeczy w torbach – te, które uznała za „najpotrzebniejsze”. Zostawiła firmę „na przeczekanie”, Michał przestał odbierać telefony. Dziecko – Bruno – nie bardzo rozumiało, co się dzieje, ale czuło, że coś niedobrego. Trzymał się matki kurczowo jak nigdy wcześniej.

Widziałam, jak Weronika zaczyna się łamać pod własnym ciężarem. Nie było już idealnych stories, manicure, kaw premium. Za to były dresy, papier toaletowy w promocji i wstydliwe pytania o raty kredytu, który do tej pory „ogarniał Michał”.

– Myślisz, że to wróci? Że się jeszcze ułoży? – spytała, kiedy siedziałyśmy na ławce przed domem rodziców, Bruno spał w wózku, a liście leciały z drzew jak scenografia z filmu, który Weronika zwykle by opublikowała z muzyką w tle.

– Nie wiem – odpowiedziałam szczerze. – Ale może właśnie dobrze, że wreszcie nie wiesz wszystkiego.

Popatrzyła na mnie zaskoczona. I po raz pierwszy od lat – nie miała żadnej ciętej riposty.

Wtedy zadzwonił telefon. Odebrała szybko, jakby na kogoś czekała. Ale to nie był Michał. To była szkoła Bruna. Dziecko miało problemy z zachowaniem, odmówiło wejścia do klasy, płakało. Weronika zerwała się z ławki jak poparzona.

– Jedziesz ze mną? – rzuciła przez ramię.

Skinęłam głową. Pojechałam. Nie wiem, czy chciała, żebym była obok. Ale wiedziałam, że teraz naprawdę mnie potrzebuje. Nie żeby zabłyszczeć. Tylko żeby przetrwać.

To nie była kara, to była lekcja

Bruno wracał do siebie długo. Dzieci czują więcej, niż myślimy – szczególnie gdy rodzice rozbijają się w drobny mak. Weronika próbowała ogarnąć wszystko na raz: rozstanie, firmę, emocje dziecka, własną rozpadającą się osobowość. I choć na początku znowu próbowała być „na pełnej petardzie”, z czasem odpuściła. Przestała się spinać o idealny plan dnia i zdrowe przekąski do szkoły. Zaczęła mówić „nie wiem”, „nie mam siły”, „proszę, pomóż”.

Nie wyglądała już jak z katalogu. Ale pierwszy raz naprawdę wyglądała jak ona. Pewnego dnia, gdy siedziałyśmy w kuchni u rodziców, zapytała:

– Pamiętasz, jak zawsze musiałam mieć rację?

– Pamiętam – odparłam bez śmiechu.

– I jak robiłam ci przytyki przy innych?

– Mhm.

– Przepraszam.

To jedno słowo – przepraszam – znaczyło więcej niż wszystkie wygrane dyskusje, którymi przez lata mnie uciszała. I może właśnie dlatego nie potrzebowałam, żeby się tłumaczyła.

Nie musiała być idealna. W końcu była siostrą. Zwykłą, pogubioną, zmęczoną. Taką, której da się przytulić bez zazdrości. Taką, której się współczuje, ale nie budzi litości. I taką, z którą można się pokłócić bez strachu, że zaraz pójdzie opowiedzieć wszystkim o twoich słabościach.

Tragedia nie była karą. Była lekcją. I dla niej, i dla mnie. Ona przestała udawać kogoś, kim nie była. A ja przestałam próbować być jak ona. Na własnych warunkach. Na spokojnie. Z zupą, której nie trzeba doprawiać po mistrzowsku, żeby była dobra.

Sylwia, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama