„Ślub z bogatym wdowcem słono mnie kosztował. Choć żyję jak pączek w maśle, to w środku mam tylko smutek”
„Z czasem zamiast wsparcia od Wiktora, dostawałam reprymendy. Poczułam się, jakbym to ja była winna. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że ten luksus ma bardzo wysoką cenę. A ja, choć na zewnątrz, dla ludzi, żyję jak pączek w maśle, w środku czuję się samotna”.

- Redakcja
Kiedy Wiktor zaprosił mnie do swojej rezydencji po raz pierwszy, czułam zapach drogich perfum, skórzanej tapicerki i nieograniczonych możliwości. Widziałam w nim nie tylko przystojnego, dojrzałego mężczyznę, ale też bilet do świata, o którym czytałam w kolorowych magazynach. Myślałam, że wygrałam życie na loterii, a rola macochy będzie tylko drobnym dodatkiem do wizyt w spa i kolacji w najlepszych restauracjach. Rzeczywistość uderzyła mnie szybko i z pełną mocą. Dziś wiem, że wchodząc do tego domu, nie weszłam do raju, ale na pole bitwy, gdzie atakującym jest dziewiętnastolatka o twarzy anioła i szesnastolatek, który nienawidzi całego świata.
Myślałam, że chwyciłam Pana Boga za nogi
Pamiętam dzień, w którym poznałam Wiktora. To był wernisaż w małej galerii, gdzie dorabiałam jako asystentka. On stał przy obrazie, którego nikt nie rozumiał, i wyglądał na człowieka, który ma wszystko pod kontrolą. Siwe skronie, garnitur szyty na miarę i ten specyficzny spokój, jaki daje tylko pokaźne saldo na koncie. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, poczułam dreszcz. Nie będę kłamać – to nie była tylko chemia fizyczna. To była obietnica stabilizacji, której tak bardzo brakowało mi w mojej kawalerce na kredyt.
Wiktor był wdowcem od czterech lat. Jego żona zmarła po długiej chorobie, zostawiając go z dwójką nastoletnich dzieci i firmą, która generowała miliony. Przez pierwsze pół roku naszego związku żyliśmy w bańce. Wyjazdy do Toskanii, biżuteria wręczana bez okazji, długie rozmowy, podczas których zapewniał mnie, że jestem słońcem, które rozświetliło jego mrok.
O dzieciach wspominał rzadko, a jeśli już, to z ojcowską dumą przemieszaną z poczuciem winy. „Weronika jest bardzo wrażliwa, a Kacper... Kacper wciąż szuka swojej drogi” – mówił, gładząc mnie po dłoni. Wtedy te słowa brzmiały niewinnie. Nie wiedziałam jeszcze, że „wrażliwość” Weroniki to eufemizm na wyrachowaną manipulację, a „poszukiwania” Kacpra oznaczają totalny brak szacunku do jakichkolwiek zasad.
Kiedy Wiktor zaproponował, abym się wprowadziła, nie wahałam się ani chwili. Spakowałam swoje życie do kilku walizek, zostawiłam klucze do wynajmowanego mieszkania i z uśmiechem na ustach wjechałam przez kutą bramę do jego willi pod miastem. W głowie miałam wizję wspólnych śniadań na tarasie i rodzinnej idylli. Nie przewidziałam jednego: w tym scenariuszu rola złej królowej była już obsadzona, a ja miałam zostać jej ofiarą.
Pierwsze starcie z rzeczywistością
Dom był piękny, ale zimny. Nowoczesny design, szkło, beton i drogie drewno. Wszystko wyglądało jak z katalogu, w którym nikt nie mieszka. Moje pierwsze spotkanie z dziećmi Wiktora odbyło się przy kolacji, którą specjalnie dla nich przygotowała gosposia (ja miałam tylko ładnie wyglądać i się uśmiechać).
Weronika, dziewiętnastoletnia studentka architektury wnętrz, zmierzyła mnie wzrokiem, jakbym była tandetną podróbką torebki.
– Ładna sukienka – powiedziała, krojąc steka z chirurgiczną precyzją. – Moja mama miała podobną. W latach dziewięćdziesiątych.
Zamarłam. Wiktor zaśmiał się nerwowo.
– Weroniś, nie bądź złośliwa. Marlenie jest bardzo do twarzy w tym kolorze.
– Ależ tato, ja tylko stwierdzam fakty. Vintage jest teraz w modzie, prawda? – posłała mi uśmiech tak słodki, że aż zemdliło mnie od nadmiaru cukru.
Kacper, szesnastolatek z burzą loków i słuchawkami na szyi, nawet nie podniósł wzroku znad telefonu. Mruknął tylko „cześć” i przez resztę posiłku ostentacyjnie ignorował moją obecność, odpowiadając na pytania ojca monosylabami.
To był dopiero początek. Szybko zrozumiałam, że w tym domu panuje niepisana hierarchia. Na szczycie był duch zmarłej żony – Barbary. Jej zdjęcia stały w każdym pokoju, a w salonie wisiał ogromny portret, z którego spoglądała na mnie kobieta o nienagannej urodzie i – jak się domyślałam – nienagannym charakterze. Ja byłam intruzem. Kimś, kto przyszedł na gotowe i próbuje zająć miejsce świętej.
Cicha wojna podjazdowa
Przez pierwsze tygodnie starałam się być idealna. Nie narzucałam się, byłam miła, próbowałam nawiązać kontakt. Kupowałam prezenty, pytałam o szkołę i studia. Wszystko na nic. Moje starania odbijały się od ściany chłodu i biernej agresji.
Zaczęły się drobne incydenty. Ginęły moje kosmetyki. Ulubiony kaszmirowy sweter znalazłam w koszu na brudną bieliznę, skurczony do rozmiaru lalki – rzekomo „przypadkiem” trafił do prania w dziewięćdziesięciu stopniach. Kiedy zapytałam o to Weronikę, zrobiła wielkie oczy.
– Ojej, myślałam, że to ścierka do podłogi. Przepraszam, Marlena, ale masz taki... specyficzny gust, że łatwo się pomylić.
Wiktor? Wiktor bagatelizował wszystko.
– Kochanie, one wciąż przeżywają stratę matki. Musisz być cierpliwa. Weronika nie zrobiła tego specjalnie, to dobra dziewczyna – powtarzał jak mantrę. A ja gryzłam się w język, bo wiedziałam, że każda próba oskarżenia jego „księżniczki” skończy się kłótnią, w której to ja wyjdę na tę bezduszną.
Kacper obrał inną taktykę. Ignorował mnie całkowicie, za to robił wszystko, by uprzykrzyć nam życie. Zostawiał brudne naczynia w moim gabinecie (tak, Wiktor urządził mi gabinet, z którego bałam się korzystać), puszczał głośną muzykę, gdy wiedział, że mam migrenę, i zapraszał kolegów, którzy rzucali mi dwuznaczne uwagi, gdy przechodziłam przez korytarz.
Gdy poskarżyłam się Wiktorowi na zachowanie kolegów Kacpra, usłyszałam:
– Może nie rzucaj się w oczy, gdy są jego koledzy? To dorastający chłopcy, wiesz, jak to jest.
Zamiast wsparcia, dostałam reprymendę. Poczułam się, jakbym to ja była winna. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że ten luksus ma bardzo wysoką cenę.
Pieniądze, które parzą w dłonie
Wszyscy myślą, że bycie partnerką bogatego faceta to niekończące się zakupy. Owszem, dostałam kartę kredytową. „Na drobne wydatki”, jak powiedział Wiktor. Ale każde użycie tej karty wiązało się z komentarzami dzieci. Pewnego dnia wróciłam z zakupów. Kupiłam sobie nowe buty i kilka drobiazgów do domu, żeby ocieplić ten muzealny chłód. Weronika czekała w holu.
– O, widzę, że tata znowu sypnął groszem – rzuciła, opierając się o framugę. – Wiesz, mama nigdy nie musiała prosić go o pieniądze. Miała swoją firmę. Klasę też miała swoją.
– To są pieniądze twojego ojca, Weroniko. Jeśli on nie ma z tym problemu, ty też nie powinnaś – odpowiedziałam, starając się zachować spokój.
– Mnie to nie przeszkadza. Po prostu bawi mnie to, jak bardzo starasz się udawać panią tego domu. Ale pamiętaj, Marlena, to tylko dekoracje. Ty też jesteś tu tylko dekoracją. I to taką sezonową.
Te słowa bolały bardziej niż cokolwiek innego. Bo w głębi duszy czułam, że ona ma rację. Wiktor traktował mnie jak trofeum. Byłam młodsza, atrakcyjna, dobrze prezentowałam się na bankietach. Ale w sprawach domowych, w sprawach dotyczących jego dzieci, nie miałam prawa głosu. Byłam dodatkiem. Pączkiem, który z zewnątrz wyglądał apetycznie, ale w środku był pusty. A przez atmosferę w domu czułam się coraz częściej jak ten przysłowiowy zakalec – ciężka, niestrawna i niechciana.
Krok w stronę pojednania
Przełom nastąpił w moje urodziny. Wiktor zaplanował kolację w domu. Tylko my i dzieci. Miał to być krok w stronę pojednania. Spędziłam cały dzień w kuchni, przygotowując ulubione dania wszystkich domowników, mimo że mamy gosposię. Chciałam pokazać serce. Zrobiłam kaczkę z jabłkami, którą podobno uwielbiał Kacper, i bezglutenowe ciasto dla Weroniki.
Zasiedliśmy do stołu. Atmosfera była gęsta, ale znośna. Do momentu, gdy Wiktor wręczył mi prezent. Było to małe, aksamitne pudełeczko. W środku lśnił diamentowy naszyjnik. Piękny, delikatny, niezwykle drogi.
– Wszystkiego najlepszego, kochanie – powiedział, całując mnie w policzek.
Weronika upuściła widelec na talerz z głośnym brzękiem. Zapadła cisza.
– To naszyjnik mamy – powiedziała cicho, ale w jej głosie była stal.
Wiktor zbladł.
– Weroniko, to nie jest...
– To jest naszyjnik mamy! – wrzasnęła, wstając od stołu. – Dostała go od ciebie na dziesiątą rocznicę ślubu! Jak możesz?! Jak możesz dawać JEJ rzeczy po mamie?!
Spojrzałam na Wiktora. Jego mina mówiła wszystko. Nie kupił nowego prezentu. Wyciągnął coś z sejfu, coś, co należało do jego zmarłej żony, bo pewnie zapomniał o moich urodzinach i chciał to załatwić szybko i „godnie”.
– Wiktor? – zapytałam drżącym głosem. – Czy to prawda?
– Marlena, to tylko biżuteria... Leżała nieużywana, pomyślałem, że ci się spodoba... – jąkał się, próbując ratować sytuację.
Kacper wstał i przewrócił krzesło.
– Jesteś żałosny – rzucił i wyszedł z pokoju.
Weronika spojrzała na mnie z tryumfem w oczach, choć po policzkach płynęły jej łzy (jestem pewna, że wyreżyserowane).
– Widzisz? Nigdy nią nie będziesz. Możesz nosić jej biżuterię, spać w jej łóżku, ale dla niego zawsze będziesz tylko zamiennikiem.
Wybiegła, zostawiając nas samych. Wiktor schował twarz w dłoniach. A ja siedziałam tam, w mojej drogiej sukience, z naszyjnikiem zmarłej kobiety w dłoni, i czułam się brudna. Nie luksusowa.
Weronika i Kacper wygrali, a ja za to płacę
Od tamtego wieczoru minęły trzy miesiące. Zostałam. Dlaczego? To skomplikowane. Częściowo ze wstydu – jak miałabym wrócić do starego życia i przyznać, że bajka okazała się horrorem? Częściowo z wygody – przyzwyczaiłam się do braku trosk o rachunki. Ale głównie dlatego, że Wiktor po tamtej awanturze stał się jeszcze bardziej hojny. Kupił mi samochód. Zabrał na Malediwy. Przepraszał.
Ale coś we mnie pękło. Wiem już, gdzie jest moje miejsce w szeregu. Jestem daleko za dziećmi, daleko za wspomnieniem Barbary. Weronika i Kacper wygrali. Weronika teraz traktuje mnie z litościwą wyższością, jakby wiedziała, że złamała mój kręgosłup moralny. Kacper po prostu mnie nie zauważa. Żyjemy obok siebie w tym wielkim domu.
Codziennie rano budzę się na pościeli z egipskiej bawełny. Piję kawę z ekspresu, który kosztuje tyle, co moje dawne roczne zarobki. Wsiadam do nowego SUV-a. Z zewnątrz żyję jak pączek w maśle. Kobieta sukcesu, która „dobrze wyszła za mąż”. Moje koleżanki mi zazdroszczą, lajkują zdjęcia w internecie, piszą „królowa życia”.
Nie wiedzą, że kiedy gasną światła, leżę obok mężczyzny, który kocha ducha, i nasłuchuję kroków jego dzieci, zastanawiając się, jaką nową intrygę przygotują na jutro. Nie wiedzą, że luksus nie smakuje, gdy jest przyprawiony pogardą. Czuję się jak rurka bez kremu – z zewnątrz może i przypominam ciasto, ale w środku jestem pusta od rozczarowania.
Moja rada? Jeśli myślicie, że bogaty wdowiec to rozwiązanie waszych problemów, sprawdźcie najpierw, czy w pakiecie nie dostajecie duchów przeszłości i dzieci, które zrobią wszystko, by was zniszczyć. Bo pieniądze mogą dać wiele, ale nie kupią spokoju we własnym domu. A ja? Ja chyba w końcu dojrzewam do tego, by spakować te walizki. Tylko czy będę miała odwagę zamienić jedwab na poliester, byle tylko odzyskać siebie? Tego jeszcze nie wiem.
Marlena, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Tłusty czwartek jest dla mnie ważniejszy niż walentynki. Tego dnia dostałam pączka z nadzieniem, które odmieniło moje życie”
- „W tłusty czwartek miałam apetyt nie tylko na pączki. Nie przypuszczałam, że życie osłodzi mi nieoczekiwany adorator”
- „W walentynki narzeczony oświadczył mi się w restauracji. Wiedziałam, że jedyną sensowną odpowiedzią będzie »nie«”