Radek stał w przedpokoju, poprawiając gumę w starych, wysłużonych kaloszach. W ręku trzymał wiklinowy koszyk, który pamiętał jeszcze czasy mojego teścia. Na głowę wcisnął zniszczoną czapkę z daszkiem, a w kieszeni kurtki schował mały nożyk składany. Wyglądał jak rasowy grzybiarz, gotowy na wielogodzinną batalię z leśnym runem. Uśmiechnęłam się do niego, podając mu butelkę z wodą mineralną i batonik z daktyli.

WIDEO…

player placeholder

– Powodzenia, kochanie. Może tym razem przyniesiesz, chociaż kilka podgrzybków na sos? – zapytałam z nadzieją w głosie.

– Postaram się, ale sama wiesz, jak to jest. Konkurencja nie śpi. Trzeba się nachodzić, żeby znaleźć cokolwiek – odpowiedział szybko, unikając mojego wzroku, po czym ucałował mnie pospiesznie w policzek i wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

Zobacz także

Odprowadziłam go wzrokiem przez okno w kuchni. Szedł dziarskim krokiem w stronę ścieżki prowadzącej do pobliskiego lasu. Naprawdę cieszyłam się, że ma to swoje zajęcie. Od kilku miesięcy w naszym domu panowały nowe porządki. Postanowiłam wprowadzić zdrowe nawyki żywieniowe. Wyeliminowałam z naszej kuchni białą mąkę, cukier, smażone mięso i tłuste sosy. Radek początkowo protestował, tęsknie spoglądając na półki z pieczywem w markecie, ale ostatecznie uległ moim argumentom. Przecież robiłam to dla jego dobra.

Wierzyłam mu

Moje zdziwienie zaczęło kiełkować dopiero po kilku tygodniach tej jego nowej pasji. Radek potrafił zniknąć na cztery, pięć godzin. Wracał zmęczony, ale dziwnie zadowolony z siebie. Najbardziej zastanawiający był jednak stan jego koszyka. Zazwyczaj na samym dnie leżały dwa mizerne, nadgryzione przez ślimaki podgrzybki albo jeden podejrzanie wysuszony borowik.

– No nie ma nic, po prostu pustynia – tłumaczył się co tydzień, zdejmując buty w przedpokoju. – Ludzie wszystko wyzbierali o świcie. Ale przynajmniej dotleniłem się na świeżym powietrzu.

Wierzyłam mu. Dlaczego miałabym nie wierzyć? Byliśmy małżeństwem od piętnastu lat i wiedliśmy spokojne, przewidywalne życie. Radek pracował jako monter instalacji sanitarnych, był człowiekiem prostym, ugodowym i raczej domatorem. Ta nagła miłość do lasu była jedyną odmianą w jego rutynie. Cieszyłam się, że chociaż spaceruje. 

Wszystko zmieniło się w tamten deszczowy wtorek. Postanowiłam skosić trawę przed domem, ale nasza stara kosiarka odmówiła posłuszeństwa. Pomyślałam, że zapytam o pomoc naszą sąsiadkę, Renatę. Renata była wdową, kobietą niezwykle energiczną, która słynęła w całej okolicy ze swoich talentów kulinarnych. Jej ogród zawsze tonął w kwiatach, a z okien jej kuchni niemal codziennie unosił się zapach świeżego ciasta drożdżowego, chleba czy pieczonych mięs. Dla mnie, żyjącej teraz w reżimie bezcukrowym, te zapachy były jak tortura, ale starałam się je ignorować.

Kłamał mi prosto w oczy

Podeszłam do niskiego płotu dzielącego nasze posesje. Renata właśnie wieszała pranie na sznurach rozciągniętych między jabłoniami. Na mój widok uśmiechnęła się szeroko i pomachała ręką.

– Dzień dobry, sąsiadko! Co tam słychać u was? – zawołała donośnym głosem.

– Dzień dobry, Reniu. A, dziękuję, wszystko w porządku. Chciałam zapytać, czy twój syn nie pożyczyłby mi na chwilę kosiarki? Moja znowu rzęzi i nie chce odpalić – odparłam, opierając się o drewniane sztachety.

– Ojej, jasne, powiem mu, jak tylko wróci z pracy. Nie ma problemu – Renata podeszła bliżej, wycierając dłonie w fartuch. – A tak w ogóle, to muszę ci podziękować. Masz naprawdę wspaniałego męża. Taki pomocny, taki uprzejmy. No i jaki ma apetyt! Serce rośnie, jak się patrzy na takiego chłopa.

Zgłupiałam. Poczułam, jak skóra na karku zaczyna mi delikatnie cierpnąć. Spojrzałam na sąsiadkę z ukosa, próbując zrozumieć, o czym mówi.

– Radek? Pomocny? Apetyt? – wykrztusiłam, starając się, by mój głos brzmiał naturalnie.

– No tak! – Renata zaśmiała się głośno, machając ręką. – Przecież co sobotę u mnie gości. Przychodzi tak koło dziesiątej, niby to pogadać o hydraulice, pomóc mi przy cięższych pracach w ogrodzie, ale ja tam wiem swoje. On po prostu kocha moje wypieki! Ten twój chłop potrafi zjeść pół blachy drożdżowego z kruszonką i śliwkami jeszcze na ciepło. I tak pięknie dziękuje! Mówi, że u mnie czuje się jak w niebie.

W tym momencie poczułam, jakby ktoś uderzył mnie obuchem w głowę. Radek? U Renaty? Co sobotę? W czasie, kiedy miał przedzierać się przez leśne gęstwiny w poszukiwaniu grzybów, on siedział w ciepłej kuchni sąsiadki i zajadał się ciastem? Moje myśli natychmiast potoczyły się w najgorszym możliwym kierunku. Renata, choć po pięćdziesiątce, była bardzo atrakcyjną, zadbaną kobietą. Samotną. A mój mąż spędzał u niej całe przedpołudnia, kłamiąc mi prosto w oczy.

Zamarłam na ten widok

Ledwo pamiętam, jak dokończyłam rozmowę z Renatą. Chyba coś bąknęłam o tym, że muszę wracać do kuchni i niemal pobiegłam do domu. Zamknęłam drzwi i osunęłam się na szafkę w przedpokoju. Moje serce kołatało jak szalone. Przez głowę przelatywały mi setki czarnych scenariuszy. Zdradza mnie. Mój cichy, spokojny Radek ma romans z sąsiadką zza płotu. A ja, głupia, pakowałam mu wodę mineralną i bezcukrowe batony, ciesząc się, że dba o zdrowie.

Przez kolejne dni żyłam w letargu. Nie potrafiłam normalnie rozmawiać z mężem. Kiedy pytał, dlaczego jestem taka cicha, zbywałam go. Radek niczego nie podejrzewał. Był tak samo miły i spokojny jak zawsze, co tylko potęgowało moją wściekłość i ból. Postanowiłam, że nie powiem mu nic, dopóki nie przyłapię go na gorącym uczynku. Musiałam mieć pewność, choć serce pękało mi na pół na samą myśl o tym, co zobaczę.

W końcu nadeszła sobota. Radek jak zwykle wstał wcześnie, zjadł przygotowaną przeze mnie owsiankę na wodzie z dodatkiem siemienia lnianego, skrzywił się lekko, ale posłusznie opróżnił miseczkę. Potem ubrał swoje grzybiarskie łachy, wziął koszyk i wyszedł. Odczekałam dokładnie pięć minut. Szybko narzuciłam na siebie ciemną kurtkę i wyszłam z domu, starając się poruszać jak najciszej. Zamiast iść w stronę lasu, skierowałam się wzdłuż żywopłotu oddzielającego naszą działkę od posesji Renaty. Moje serce waliło tak głośno, że bałam się, iż zaraz mnie usłyszy. Przemknęłam obok jej stodoły i podeszłam pod okno kuchenne, które wychodziło na tylną część podwórka. Okno było uchylone, a z wnętrza dolatywał słodki zapach pieczonych drożdżówek. Stanęłam na palcach i wyjrzałam zza gęstych krzewów bzu. To, co zobaczyłam, sprawiło, że na chwilę zapomniałam, jak się oddycha.

Nakryłam go z sąsiadką

Radek siedział przy dużym, drewnianym stole w kuchni Renaty. Na sobie miał wciąż tę swoją nieszczęsną czapkę, a koszyk stał na podłodze. Przed moim mężem leżał ogromny talerz, na którym piętrzyły się duże kawałki drożdżowego ciasta z kruszonką, obficie posypane cukrem pudrem. Obok stał kubek z kawą.

– Reniu, ty nawet nie wiesz, jakie to jest dobre – mówił Radek z pełnymi ustami, a na jego twarzy malował się wyraz absolutnego, niemal religijnego zachwytu. – Ja już nie mogłem. Te jarmuże, te koktajle z pokrzywy, ten chleb z tektury... Ja umierałem z głodu! Aldonka chce dobrze, wiem, kocha mnie, ale mój żołądek tego nie wytrzymywał. Śniły mi się drożdżówki, przysięgam!

Renata stała przy oknie, opierając się o blat, i patrzyła na niego z pobłażliwością.

– Oj, Radek, Radek. Powinieneś z nią porozmawiać. Przecież dieta dietą, ale chłop twojej postury musi zjeść coś konkretnego. Nie możesz tak uciekać z domu, żeby zjeść kawałek ciasta.

– Ale jak ja mam jej to powiedzieć? – jęknął Radek, sięgając po kolejny kawałek. – Ona się tak stara. Czyta te mądre książki, waży każdy gram kaszy. Jak jej powiem, że jej zdrowe jedzenie mi nie smakuje, to pęknie jej serce. A tak? Ja idę „na grzyby”, ona jest szczęśliwa, że się ruszam, a ja u ciebie zjem coś normalnego, pomogę ci przy okazji drewno rąbać i wszyscy są zadowoleni. Tylko te grzyby muszę kupować, bo w lesie pusto, a ona się dziwi, że nic nie przynoszę.

Słuchałam tego, a złość, która we mnie narastała przez ostatnie dni, nagle zaczęła ulatywać, zastąpiona poczuciem winy. Mój mąż nie miał romansu. Mój mąż miał nielegalny, potajemny romans z węglowodanami. Nagle poczułam, że nie mogę dłużej stać w tych krzakach. Obeszłam dom Renaty i bez pukania nacisnęłam klamkę drzwi wejściowych. Weszłam prosto do kuchni.

– No proszę, a to ci dopiero grzybobranie – powiedziałam głośno, krzyżując ręce na piersi.

Radek aż podskoczył na krześle. Kawałek ciasta, który właśnie niósł do ust, wypadł mu z dłoni i wylądował z powrotem na talerzu. Zbladł tak bardzo, że przez chwilę bałam się, iż zemdleje. Renata zakryła usta dłonią, patrząc na mnie z przerażeniem.

– Aldonka... – wykrztusił mój mąż. – To... to nie tak, jak myślisz.

– Ach tak? A jak? – podeszłam bliżej stołu, patrząc na talerz pełen ciasta. – Myślałam, że zbierasz borowiki, a ty tu uprawiasz kulinarną zdradę stanu.

– Przepraszam – Radek spuścił głowę, a jego ramiona bezradnie opadły. Wyglądał tak żałośnie, że cała moja złość ostatecznie minęła. – Ja po prostu tak bardzo tęskniłem za normalnym jedzeniem. Twoja dieta jest super, naprawdę doceniam, ale nie dawałem rady na samych warzywach. Byłem ciągle głodny i zmęczony. Renata zaproponowała mi kiedyś kawałek ciasta, jak pomagałem jej przy płocie, i... i tak już zostało. Sobota stała się moim dniem wolnym od diety.

Spojrzałam na Renatę, która patrzyła na mnie błagalnym wzrokiem.

– Nie gniewaj się na niego. To moja wina... – powiedziała cicho sąsiadka.

Odetchnęłam głęboko. A potem usiadłam na krześle obok męża.

Kamień spadł mi z serca

Spojrzałam na jego przerażoną twarz, a potem na rumiane, pachnące masłem i śliwkami ciasto drożdżowe.

– Radek – powiedziałam spokojnie. – Dlaczego mi po prostu nie powiedziałeś? Przecież nie jestem potworem. Gdybyś mi powiedział, że ta dieta jest dla ciebie trudna do przełknięcia, zmodyfikowalibyśmy ją. Wprowadzilibyśmy jakieś odstępstwa. A ty wolałeś kłamać, udawać grzybiarza i kupować grzyby na targu, żeby tylko ukryć, że jesz u sąsiadki?

– Bałem się, że sprawię ci przykrość – szepnął, patrząc na swoje dłonie. – Widziałem, z jakim zapałem to wszystko przygotowujesz.

– Głuptasie – westchnęłam, wyciągając rękę i kładąc ją na jego dłoni. – Twoje zdrowie jest dla mnie ważne, ale twoje szczęście i poczucie humoru również. Nie chcę, żebyś musiał uciekać z domu, żeby zjeść coś słodkiego.

Spojrzałam na Renatę i uśmiechnęłam się lekko.

– Reniu, a znalazłby się jeszcze jeden kubek z kawą i kawałek tego ciasta dla mnie? Bo od tych wszystkich jarmużów mnie też już powoli kręci się w głowie.

Na twarzy mojej sąsiadki wykwitł ulgowy, szeroki uśmiech, a Radek spojrzał na mnie, jakbym właśnie podarowała mu drugie życie. Tamtego dnia zjedliśmy to ciasto we trójkę, śmiejąc się z całej tej absurdalnej sytuacji. Od tamtej pory Radek nie musi już udawać grzybiarza. Nasza dieta stała się znacznie bardziej rozsądna. Jemy zdrowo na co dzień, ale w weekendy pozwalamy sobie na małe grzeszki. A do lasu chodzimy już razem, naprawdę szukając grzybów, a nie drożdżówek.

Aldona, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: