Reklama

– Pani Beato, czy to prawda, że „Lalka” była kiedyś modna? – zapytała mnie Anka z drugiej ławki, a ja niemal westchnęłam. Tak, była. Tak samo jak ja byłam kiedyś żoną, kobietą, która wierzyła w coś więcej niż plan wynikowy i zestaw lektur obowiązkowych.

Reklama

Od rozwodu minęło dziewięć lat, a ja wciąż nie przyzwyczaiłam się do tego, że wracam do pustego mieszkania. Moje dni były jak dzwonki w szkole – powtarzalne, przewidywalne. Pobudka o 6:30, śniadanie – najczęściej owsianka i herbata malinowa – potem do szkoły, gdzie wszyscy wiedzą, że Beata jest „porządną”, „cierpliwą” i „konkretną” nauczycielką od polskiego. A wieczorem? Książka. Telewizor grający w tle. Herbata w kubku z pękniętym uchem. Cisza.

Zamknęłam się w sobie po rozwodzie. Przestałam bywać. Przestałam zapraszać i być zapraszaną. Odsuwałam ludzi, zanim mogli się zbliżyć. Zostali mi tylko uczniowie i staruszka sąsiadka, która zawsze zostawia mi na klamce reklamówkę z jabłkami. Ale ona nagle zmarła tej wiosny... I wtedy pojawiły się brzoskwinie. Nie, nie z nieba. Ze straganu na targu, gdzie chodziłam co rano, odkąd mój lekarz zalecił mi „więcej ruchu i świeżych owoców”. Zawsze wybierałam te miękkie, słodkie, lekko pomarszczone – jakby nadgryzione czasem. I zawsze ten sam mężczyzna mi je podawał.

– Lubi pani te z włoskiej plantacji? – zapytał mnie po raz pierwszy z uśmiechem.

– Lubię, jak pachną. Te, które nie pachną, to tylko udają, że są czymś więcej niż powinny być – odparłam i aż się zdziwiłam, że potrafię jeszcze odpowiadać z odrobiną przekory.

Od tego dnia nie było poranka, żebym nie przystanęła przy jego stoisku.

– Dziś mamy takie słoneczne, pełne soku. Idealne na konfitury albo… śniadanie w łóżku – mrugnął pewnego razu.

– Śniadania w łóżku to luksus dla tych, którzy nie śpią sami – odpowiedziałam, nie patrząc mu w oczy.

Ale wracałam. I znów rozmawialiśmy – o pogodzie, o dojrzewaniu owoców, o tym, że najlepsze brzoskwinie są te lekko obtłuczone, bo wtedy smakują jak wspomnienie dzieciństwa. Nie wiedziałam, dlaczego to robię. Ale wiedziałam jedno, że odkąd Mirek zaczął mi podawać owoce, brzoskwinie pachniały inaczej.

Nie robiliśmy nic niestosownego

Codziennie przechodziłam tą samą trasą, pod pretekstem zakupu świeżych owoców. Chociaż lodówka w domu ledwo się domykała od nadmiaru brzoskwiń, nie mogłam się powstrzymać. Kiedy dochodziłam do jego stoiska, moje kroki mimowolnie zwalniały. Mirek miał w sobie coś, co rozbrajało – może ten lekko przekrzywiony uśmiech, może sposób, w jaki układał owoce na ladzie, jakby każde z nich było czymś więcej niż tylko towarem do sprzedania.

– Znowu te włoskie? – zapytał pewnego dnia, gdy jeszcze nie zdążyłam nic powiedzieć. – Pani to ma nosa do tych soczystych. Dzisiaj wyjątkowo udane.

– To znaczy, że znowu trafiłam w dziesiątkę? – uśmiechnęłam się, sama się sobie dziwiąc, że mój głos brzmiał lżej, niż zwykle. Jakbym na chwilę zapomniała, że jestem kobietą, która przez lata unikała rozmów innych niż służbowe.

– Zdecydowanie. Jakby były zrywane tylko dla pani. Wybieram zawsze te najdorodniejsze.

Zawahałam się. Już miałam odejść, ale nagle zauważyłam, że na ladzie leży skrzynka z inną odmianą – drobniejszą, bardziej aksamitną.

– A te? Wyglądają... inaczej.

– To „saturny”. Mniej popularne, ale za to jaki mają smak! Jakby brzoskwinia i lato umówiły się na randkę.

– Na randkę?

– A dlaczego nie? Przecież każdy ma prawo do odrobiny przyjemności – odpowiedział, zerkając na mnie z ukosa.

To był pierwszy raz, gdy poczułam, że z kimś flirtuję. Nie przez przypadek, nie w jakimś kontrolowanym, przewidywalnym tonie, ale naprawdę. I nie czułam się z tym głupio. Wręcz przeciwnie. Ten lekki dreszcz niepokoju był mi dziwnie znajomy, jakby przypomniał mi, że wciąż żyję, że coś we mnie jeszcze nie zgasło. Zaczęłam wychodzić z domu wcześniej. O dziesięć minut, potem o piętnaście. Znajdowałam wymówki, by zatrzymać się przy jego stoisku nieco dłużej – niby nie byłam pewna, które owoce wziąć, niby musiałam dopytać, czy to na pewno ta odmiana, którą ostatnio polecał... Zauważał to. Widziałam, jak jego dłonie nieznacznie się zatrzymują, gdy podchodziłam. Jak uśmiechał się szybciej niż do innych.

Nie robiliśmy nic niestosownego. Rozmawialiśmy o brzoskwiniach. O pogodzie. Czasem o jego psie, który czekał na niego w aucie. Ale w tych rozmowach było coś, czego nie potrafiłam zignorować. Ciepło. Ciekawość. Chwila, na którą czekałam przez całą resztę dnia. Zaczęłam łapać się na tym, że wybieram sukienki zamiast spodni. Że przeglądam się w witrynach sklepów. I chociaż wciąż wracałam do pustego mieszkania, nie czułam się już tak samotna.

Wieczorem pukałam do jego drzwi

Stałam przed drzwiami jego domu z papierową torbą pełną owoców, których nie miałam po co kupować. To on zaprosił mnie tego ranka, niby mimochodem, między jednym klientem a drugim.

– Jak pani lubi konfitury, to zapraszam kiedyś na herbatę. Robię sam, z tych, które mi zostają pod koniec dnia. Szkoda wyrzucać, nie?

Nie odpowiedziałam od razu. Pokiwałam tylko głową, ale wieczorem stałam już pod jego drzwiami, czując się jak dziewczyna na pierwszej randce, chociaż przecież byłam kobietą po czterdziestce, która wiele już przeżyła. Dłonią poprawiłam włosy, zanim nacisnęłam dzwonek.

– Wejdź, butów nie musisz ściągać, podłogi i tak dawno nie myłem – rzucił z uśmiechem, otwierając drzwi. Pachniało czymś słodkim i czułam od razu jakieś nieokreślone ciepło, które nie miało nic wspólnego z kaloryferami.

Usiedliśmy przy stole w kuchni. Miał obrus w kratę, lekko wyblakły, ale czysty. Na środku stał słoik z konfiturą, a obok wielkie pękate kubki z parującą herbatą.

Truskawka z brzoskwinią. Trochę nietypowe, ale takie właśnie lubię – powiedział, podając mi łyżeczkę.

Spróbowałam. Smak był słodki, ale nie przesadzony. Czułam niemal jakby ktoś zatrzymał lipcowy poranek i zamknął go w słoiku.

– Dobre... takie jak jadłam kiedyś u mojej babci – powiedziałam, czując, że głos mi się łamie.

– To dobrze, że przypomina coś miłego – odpowiedział spokojnie. – U mnie też się tak robiło. Zawsze było coś do wekowania, bo szkoda było zmarnować. Może dlatego lubię rzeczy, które nie są od razu idealne.

Patrzyłam na niego, jak smaruje chleb masłem i dolewa mi herbaty. Poruszał się powoli, uważnie, bez pośpiechu. Jego obecność nie była przytłaczająca, raczej miękka, łagodna. Nie mówił zbyt wiele. I to właśnie było najdziwniejsze – nie czułam potrzeby, żeby zagadywać ciszę.

– Sam mieszkasz? – zapytałam po chwili.

– Od kilku lat. Żona się wyprowadziła. Zostawiła psa i dwa kubki. Pies został, kubki też. Tylko ciche to wszystko za bardzo – spojrzał na mnie poważnie, ale bez pretensji.

Zrobiło mi się głupio, że pytam. Ale on nie wyglądał, jakby miał mi to za złe.

Też mieszkam sama. Po rozwodzie nie potrafiłam już nikogo wpuścić. Przez długi czas myślałam, że to dobrze. Że tak właśnie ma być.

– A teraz?

Wzruszyłam ramionami.

– A teraz... chyba nie wiem.

Zapadła cisza. Nie bolała. Nie ciążyła. Po raz pierwszy od lat poczułam, że siedzę z kimś, przy kim mogę nic nie mówić, nie muszę nic udawać. I że nie muszę być zabawna, elokwentna, potrzebna. Że mogę być po prostu. I wtedy zrozumiałam, że on nie zaprosił mnie po to, żeby się popisać konfiturami. Chciał, żebym usiadła, napiła się herbaty, zjadła coś słodkiego i odpoczęła. Tylko tyle. I może aż tyle.

Nie musiałam nic tłumaczyć

Kiedy wychodziłam, zaproponował spacer. Powiedział, że pies i tak musi się wybiegać. Zgodziłam się bez wahania. Nie chciałam wracać jeszcze do siebie. Do tej samej kanapy, tego samego dźwięku zegara, który zawsze wydawał się głośniejszy, kiedy byłam sama. Szliśmy powoli wzdłuż rzeki. Mirek rzucał patyk psu, a ja przyglądałam się drzewom, które już zaczynały gubić liście. Nie rozmawialiśmy wiele. Nie musieliśmy. Co jakiś czas wymienialiśmy krótkie zdania.

– Ładnie tu masz – powiedziałam.

– Lubię tę ścieżkę. Zwłaszcza jesienią. Wszystko zwalnia.

Było w tym coś, co trafiało dokładnie w moje myśli. I w moje tempo. Nie musiałam nic tłumaczyć. On też nie mówił wiele o sobie. Dopiero gdy przystanęliśmy, spojrzał na mnie z lekkim wahaniem.

– Myślisz czasem o tamtym życiu? Tym sprzed samotności?

– Myślę – odpowiedziałam. – Ale coraz rzadziej. Teraz częściej o tym, co dalej.

Nie odpowiedział od razu. Kiwnął głową, jakby przyjął to do wiadomości. Dopiero późnym wieczorem, gdy siedziałam już u siebie, zorientowałam się, że wróciłam później niż zwykle. Że nie sprawdzałam godzin, nie myślałam o pracy, o tym, co powinnam. Po prostu zostałam z nim, bo chciałam. I ta cisza... była inna niż wszystkie wcześniej. Już nie bolała.

Chciał mnie bliżej poznać

Następnego ranka wstałam wcześniej niż zwykle. Nie dlatego, że musiałam. Po prostu nie chciałam się spóźnić na targ. Miałam ochotę znów zobaczyć jego twarz, usłyszeć, jak mówi o brzoskwiniach, jakby to były najważniejsze owoce na świecie. Szłam szybko, chociaż nie było pośpiechu. Mirek już rozkładał skrzynki, jego pies leżał z boku, leniwie spoglądając na przechodniów. Kiedy mnie zobaczył, uniósł głowę i pomerdał ogonem.

– Dzień dobry Beatko – powiedział Mirek z uśmiechem. – Mam coś nowego. Brzoskwinie z późnego zbioru. Mało kto je ceni, ale dla mnie najlepsze.

– To poproszę koniecznie – odpowiedziałam. – A w sobotę? Będziesz tutaj?

– Będę, ale po południu mam wolne. Może chciałabyś pojechać ze mną do ogrodu? Pokazałbym ci, skąd naprawdę są te wszystkie cuda.

Zaskoczył mnie. Ale nie przestraszył. Czułam, że nie chodziło o wycieczkę. Chciał mnie bliżej poznać. Po prostu. Tak zwyczajnie. Przytaknęłam. Nieśmiało, ale szczerze. Wzięłam owoce, zapłaciłam, ale nie chciałam jeszcze odchodzić. Uśmiechnęliśmy się do siebie. Nic więcej nie było potrzebne. W drodze do szkoły zaczęłam się zastanawiać. Czy naprawdę mogę się na coś otworzyć? Czy potrafię dać sobie pozwolenie, by czegoś chcieć więcej? Bałam się. Ale ten strach miał w sobie coś nowego, bo był połączony z nadzieją. Może pierwszy raz od lat.

Bardzo chciałam spróbować

W sobotę zabrał mnie do swojego ogrodu. Nie wyglądał jak z obrazka. Był trochę dziki, nierówny, ale pełen życia. Drzewa owocowe pochylały się w stronę słońca, a w kącie ogródka stała drewniana altanka, obrośnięta winoroślą.

– Nie jest idealnie – powiedział, zapraszając mnie do środka. – Ale to moje. Każdy krzak sam sadziłem.

Zaparzył herbatę. Tym razem w dużym imbryku, z miętą.

– Pamiętasz, jak mówiłaś, że nie potrafisz już nikogo wpuścić? – zaczął po chwili.

– Pamiętam.

– Ja też miałem takie myśli. Po tym jak żona odeszła miałem wrażenie, że wszystko się zatrzymało. Że każdy następny dzień będzie tylko próbą przetrwania.

Spojrzał na mnie uważnie. Nie było w nim żalu, tylko spokój. Mówił o niej bez goryczy.

– Przez rok codziennie robiłem konfitury. Nie umiałem inaczej być sam. Dopiero później zrozumiałem, że nie o owoce chodziło.

Nie odpowiedziałam od razu. Poczułam, jak łzy napływają mi do oczu. Chciałam coś powiedzieć, ale nie mogłam. Usiadł obok. Nie dotknął mnie, nie próbował mnie pocieszać. Po prostu był. Zaczęłam płakać. Cicho, bez szlochu. To nie był smutek. Raczej ulga. Jakby coś we mnie pękło, jakby przez lata noszona skorupa wreszcie się rozpadła. Nie wiem, ile tak siedzieliśmy. W końcu się odezwałam.

– Ja też nie wiem, co z tego będzie. Ale bardzo chcę spróbować.

Beata, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama

Reklama
Reklama
Reklama