„Spadek po teściu rozdzielił nas na zawsze. Moje dzieci straciły nie tylko rodzinę, ale i wiarę w sprawiedliwość”
„Nie przypuszczałam, że koniec naszej rodziny zacznie się od czegoś całkiem zwyczajnego. Od testamentu. To, co miało być formalnością, zmieniło nasze życie w festiwal żalu. Może dlatego, że prawda, kiedy w grę wchodzi majątek, przestaje kogokolwiek interesować”.

- Redakcja
Rodzina. Kiedyś sądziłam, że to najważniejsze słowo na świecie. Że chroni, łączy, daje siłę. Nawet jeśli bywało trudno, zawsze myślałam: jesteśmy razem, to się jakoś ułoży. I układało się – raz lepiej, raz gorzej – ale przynajmniej z poczuciem, że trzymamy się wspólnie na powierzchni. Że łączą nas więzi, których nic nie rozerwie. Z biegiem lat życie, jak to życie, wystawiało nas na różne próby. Choroby, brak pieniędzy, przeprowadzki, niesnaski. Codzienność. A mimo to przetrwaliśmy. Nie przypuszczałam, że koniec naszej rodziny zacznie się od czegoś całkiem zwyczajnego. Od testamentu. To, co miało być formalnością, zmieniło nasze życie w festiwal żalu. Może dlatego, że prawda, kiedy w grę wchodzi majątek, przestaje kogokolwiek interesować.
Czułam, że coś jest nie tak
Teść zmarł w listopadzie. Było zimno, wilgotno, szaro. Wszyscy stali skuleni na cmentarzu, byle szybciej, byle do końca mszy.
– Trzymał się długo – westchnęła Teresa, poprawiając opaskę żałobną. – Jak na swoje choroby, to cud.
Zrobiłam tylko grzeczny uśmiech. Teresa na każdym pogrzebie komentowała, ile kto „się trzymał”, jakby prowadziła jakieś zestawienie. Po wszystkim zebraliśmy się u szwagra w domu. Kawa, zimne wędliny, sałatka jarzynowa w dwóch miskach i temat, który wisiał w powietrzu od tygodni – testament. Siedzieliśmy jak na szpilkach.
– No i co, kiedy ten notariusz? – zapytał w końcu szwagier, odkładając szklankę z herbatą.
– W środę – odpowiedział mój mąż. – 10:00. Wszyscy mamy przyjść.
– Ojciec mówił, że wszystko uporządkowane – rzuciła moja szwagierka. – Udziały, dom, ziemia. Wszystko rozpisane. Nic się nie martwcie.
No właśnie. „Nic się nie martwcie”. To zawsze brzmi jak wyrok. Spojrzałam na męża. I wtedy po raz pierwszy pomyślałam: coś jest nie tak.
Pot ściekał mi po plecach
Notariusz przyjął nas w niewielkim gabinecie z widokiem na parking. Krzesła skrzypiały, powietrze było duszne, a kawa – nie do wypicia. Przyszli wszyscy: ja, mój mąż, jego siostra z mężem, Tresa i nawet kuzynka z drugiego końca Polski, którą ostatni raz widziałam chyba na naszym ślubie.
– Dzień dobry państwu – zaczął notariusz, poprawiając okulary. – Przechodzimy do odczytania testamentu.
Zerknęłam na męża. Nadal niewzruszony. A ja czułam, jak pot ścieka mi po plecach.
– Zgodnie z wolą zmarłego – mówił dalej urzędnik – dom w całości przechodzi na rzecz córki, pani Barbary...
– Jak to? – przerwałam, zanim zdążyłam się ugryźć w język.
– Proszę pozwolić mi dokończyć – notariusz spojrzał na mnie chłodno. – Udziały w firmie, ziemia oraz oszczędności zostają przepisane na wnuka, syna pani Barbary, Jakuba.
Zrobiło się cicho. Nawet Teresa przestała dyszeć.
– Czyli co, Marek został wydziedziczony? – zapytała z niedowierzaniem kuzynka.
– Nie wydziedziczył – poprawił notariusz. – Po prostu nie uwzględnił go w testamencie. To co innego.
– To jakiś żart? – mój mąż wreszcie się odezwał. – Przecież ja przez ostatnie lata robiłem wszystko. Kto chodził po lekarzach? Kto opłacał opiekunkę?
– Może za mało robiłeś – syknęła jego siostra. – Może za późno?
Poczułam, jak zaciska mi się pięść. I nagle zrozumiałam: jesteśmy w środku wojny. I nie mamy żadnej broni.
Zrobiło mi się zimno
Nie wróciliśmy do domu od razu. Mąż zaproponował, żeby podjechać do lasu. Siedzieliśmy w samochodzie, patrząc w drzewa, jakby miały udzielić jakiejkolwiek odpowiedzi.
– Nie wierzę – powiedział w końcu. – Po prostu nie wierzę, że ojciec byłby do tego zdolny.
– Może nie on. Może ktoś mu pomógł... – mruknęłam.
– Baśka. Kto niby inny? – uderzył pięścią w kierownicę. – Ona zawsze była jego oczkiem w głowie. Dla niej wszystko. A ja? Robiłem, co trzeba, i miałem siedzieć cicho.
– Myślisz, że go zmanipulowała?
– A ty nie?
Nie odpowiedziałam. Myślałam. I właśnie to było najgorsze – że zaczęłam myśleć o własnej rodzinie jak o obcych ludziach. Kombinatorach, cwaniakach, gotowych zrobić wszystko, byle wyjść na swoje.
– Co teraz? – zapytałam cicho.
– Testament jest ważny, ale mogę złożyć sprawę o zachowek. Przynajmniej tyle.
– I co? Zaczniemy się procesować? Latami?
– A co mam robić? Milczeć i patrzeć?
Popatrzyłam na niego uważnie. W jego oczach nie było już żalu. Była wściekłość. Głęboka, cicha furia, która nie wróżyła niczego dobrego.
– A dzieci? – zapytałam. – Co im powiemy?
– Że dziadek nie zostawił nam nic. Że są równi i równiejsi. I że jak dorosną, to niech się dwa razy zastanowią, komu pomagają i komu wierzą.
Zrobiło mi się zimno. Nawet nie od pogody, tylko od tego, że miał rację.
Nie poznawałam jej
Sądowa batalia ruszyła miesiąc później. Sprawa o zachowek nie była niczym spektakularnym – formalności, pełnomocnicy, pisma. A emocje? Te aż kipiały pod powierzchnią.
– Uważam, że tata miał prawo rozporządzić majątkiem, jak chciał – mówiła do sędziego z kamienną twarzą. – A mój brat? No cóż… może nie był tak blisko z ojcem, jak my.
– Nie byłem blisko?! – Marek aż się podniósł z miejsca. – Codziennie mu zupę woziłem, pampersy zmieniałem!
– Panie Marku, proszę bez emocji – upomniał go sędzia. – Tu chodzi o konkretne roszczenia.
– Owszem – parsknęła szwagierka. – I o konkretne pieniądze. Marek zawsze liczył na to, że mu spadnie z nieba. Teraz nie dostał i się pieni.
Nie poznawałam jej. Może i nigdy nie byłyśmy bliskie, ale to, co wyprawiała w sądzie, miało w sobie coś upiornego. Obliczonego. Jakby grała rolę. I grała ją świetnie. Po rozprawie dzieci czekały na nas pod kancelarią. Córka miała łzy w oczach.
– Mamo… ciocia powiedziała, że tata był wyrodnym synem… To prawda?
Zamarłam.
– Dziecko… Twój tata zrobił dla dziadka więcej niż ktokolwiek.
Tylko że prawda? Prawda przegrała z narracją. I to bolało najbardziej.
Nie wiedziałam, co powiedzieć
Wyrok zapadł po półtora roku. Sąd uznał, że mężowi należy się zachowek. Tyle że kwota, którą przyznał, nie pokrywała nawet wartości połowy działki, nie mówiąc już o firmie czy domu.
– Oni nas zniszczą – powiedział Marek, kiedy wracaliśmy z sądu. – Przysięgam, że gdyby nie dzieci, rzuciłbym to wszystko w cholerę i pojechał gdzieś daleko.
– Tylko dzieci trzymają mnie przy zdrowych zmysłach – przyznałam.
W domu czekała na nas nasza córka z jakimś pismem w ręku.
– Mamo, to przyszło poleconym. Wygląda jak coś urzędowego.
Spojrzałam. Koperta z gminy. Pismo z informacją o planowanej sprzedaży działki. Czyli jednak idzie na całość. Nie wystarczyło jej wygrać. Musiała jeszcze sprzedać wszystko, zanim Marek dostanie cokolwiek.
– No to po nas – westchnął mój mąż, patrząc na dokument. – Zrobi to, a wtedy już nic nie wyegzekwujemy. Powie, że nie ma z czego oddać. I po temacie.
– Nie może tak po prostu uciec od odpowiedzialności!
– Może – odpowiedział gorzko. – I właśnie to robi.
Wieczorem syn przyszedł do mnie do kuchni, kiedy zmywałam naczynia.
– Mamo… czemu ciocia was tak nienawidzi? Przecież jesteście rodziną.
Odłożyłam gąbkę. Patrzyłam na niego chwilę i nie wiedziałam, co powiedzieć. Bo nie miałam pojęcia, kiedy przestaliśmy być dla niej rodziną. Może wtedy, gdy ktoś podsunął jej pomysł, że pieniądze są ważniejsze niż wszystko inne.
Słowa ugrzęzły mi w gardle
Nie odzyskaliśmy ani ziemi, ani spokoju. Baśka sprzedała działkę za bezcen firmie developerskiej. Dom wyremontowała i wynajęła jakimś studentom. Firma po ojcu? Została rozwiązana. Marek nie chciał już walczyć. Wypalił się. Stał się cichy, przygaszony. Czasem siedział wieczorami przy stole i gapił się w pusty kubek po herbacie.
– Wiesz, że już nawet nie jestem zły? – powiedział któregoś wieczoru. – Tylko mi żal. Nie o majątek. O ojca. Że pozwolił, żeby jego dzieci się pożarły jak psy o kość.
– Myśmy się nie pożarli – odparłam. – Myśmy się tylko obudzili za późno. Ona miała plan. My – sentymenty.
Córka unikała rozmów o rodzinie. Syn pytał coraz rzadziej. Chyba zrozumiał, że pewne pytania zostają bez odpowiedzi.
– Mamo, a my tak kiedyś z Hanią też się pokłócimy o wasze rzeczy?
– Mam nadzieję, że nie będziecie się mieli o co kłócić – powiedziałam z przekąsem.
– Nie… tak serio – dopytał. – Bo jak rodzina się tak rozwala o pieniądze, to co to za rodzina?
Nie umiałam odpowiedzieć. Chciałam powiedzieć coś mądrego, coś, co da mu poczucie, że są jeszcze rzeczy święte, niezniszczalne. Jednak słowa ugrzęzły mi w gardle. Niektórych strat nie da się przeliczyć na pieniądze. A niektórych pieniędzy – odzyskać bez straty.
Małgorzata, 56 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wnuczka przyszła w Dzień Babci tylko po to, by wybadać, ile mam kasy. Od zawsze była łasa na pieniądze”
- „Byłam pewna, że na feriach w Białce mój chłopak mi się oświadczy. To, co powiedział, bolało bardziej niż upadek na stoku”
- „Postawiłam mężowi noworoczne ultimatum: zero tajemnic. Dopiero później zrozumiałam, dlaczego tak szybko się zgodził”