Reklama

Czasem wydawało mi się, że wystarczy pretekst, byśmy znowu zaczęli ze sobą rozmawiać normalnie. Walentynki miały być właśnie takim dniem – neutralnym, niewinnym, trochę sentymentalnym. Po miesiącach ciszy między mną a bratem liczyłam, że jeden gest wystarczy, by złagodzić to, co narosło po sprawach spadkowych. Nie spodziewałam się, że kilka słów na ekranie telefonu rozpali wszystko od nowa.

Walentynki były dobrą okazją na pojednanie

Kłótnia z Pawłem zaczęła się niewinnie, jak większość rodzinnych wojen. Przy kuchennym stole po pogrzebie mamy, między herbatą a maślanymi ciastkami, padło słowo „sprawiedliwie”. On powiedział je pierwszy. Ja wtedy tylko uniosłam brwi.

– Sprawiedliwie, czyli jak? – zapytałam, próbując brzmieć spokojnie.

– No normalnie. Po równo. Bez kombinowania – odpowiedział, nie patrząc mi w oczy.

„Bez kombinowania” zabolało najbardziej. Jakby już wtedy zakładał, że coś knuję. Potem poszło szybko. Mieszkanie po mamie, działka, stare meble, które dla mnie miały wartość sentymentalną, a dla niego były tylko „graciarnią”. Głosy się podniosły, słowa zrobiły ostrzejsze. Wyszłam, trzaskając drzwiami. Od tamtej pory minęły trzy miesiące ciszy.

Walentynki zbliżały się nieubłaganie. Wszędzie czerwone serca, promocje na kwiaty i czekoladki. Pomyślałam, że to dobry moment, żeby spróbować. Nie rozmowa, nie spotkanie. Tylko SMS. Krótki, neutralny. Taki most nad przepaścią. Długo patrzyłam w telefon, zanim napisałam. Skasowałam kilka wersji. W końcu wysłałam: „Paweł, wiem, że między nami jest ciężko. Może dziś spróbujemy pogadać spokojnie. Dla mamy.”

Odpowiedź przyszła szybciej, niż się spodziewałam. Telefon zawibrował, a mnie ścisnęło w żołądku. „Nie mieszaj mamy do swoich gierek. Jeśli chcesz rozmawiać, to najpierw oddaj klucze”. Zamarłam. Klucze do mieszkania, które wciąż miałam, bo nikt oficjalnie nie ustalił podziału. Poczułam, jak twarz robi mi się gorąca.

– Gierki? – powiedziałam na głos do pustego pokoju.

Odpisałam niemal odruchowo: „Jakie gierki? Chciałam tylko porozmawiać. Klucze oddam, jak ustalimy wszystko razem”. Tym razem cisza trwała dłużej. Pięć minut. Dziesięć. W końcu kolejna wiadomość: „Typowe. Zawsze chodziło ci tylko o swoje. Nie pisz do mnie”. Telefon opadł mi na kolana. Walentynki, które miały być mostem, zamieniły się w mur. I czułam, że to dopiero początek.

Napisałam jeszcze raz

Przez resztę dnia chodziłam jak we śnie. Telefon leżał na stole, ekran był czarny, ale miałam wrażenie, że wciąż świeci tymi zdaniami Pawła. Co chwilę wracałam myślami do kluczy. Leżały w szufladzie w przedpokoju, obok starych paragonów i rękawiczek bez pary. Mama zawsze mówiła, żebym ich pilnowała.

Wieczorem nie wytrzymałam. Napisałam jeszcze raz, choć obiecywałam sobie, że tego nie zrobię. „Paweł, nie chcę się kłócić. Spotkajmy się jutro, porozmawiajmy na spokojnie”. Wysłałam. Przez chwilę poczułam ulgę, jakby sam fakt napisania czegoś łagodził napięcie. Minęło pół godziny. Odpowiedzi nie było.

Pojawiła się za to wiadomość od ciotki Ireny. „Paweł był dziś u mnie. Mówił, że nie chce już z tobą kontaktu, dopóki nie oddasz kluczy i nie podpiszesz papierów. Lepiej nie rób scen”. Scen. To słowo uderzyło mnie mocniej, niż się spodziewałam. Jakby wszystko, co przeżywałam, było jakimś niepotrzebnym przedstawieniem.

Zadzwoniłam do Pawła. Raz. Drugi. Trzeci. Za czwartym razem odebrał.

– Czego chcesz? – jego głos był chłodny, obcy.

– Chcę zrozumieć, skąd to wszystko. Jeden SMS, Paweł. Naprawdę aż tak cię rozsierdził?

– Nie SMS – prychnął. – To, że udajesz świętą. Walentynki, mama, zgoda… a klucze dalej trzymasz.

– Bo to też mój dom – powiedziałam cicho. – Nasz.

Zapadła cisza, ciężka i długa.

– Już nie – odpowiedział w końcu. – I im szybciej to zrozumiesz, tym lepiej.

Rozłączył się. Siedziałam z telefonem przy uchu, słuchając pustego sygnału. Wtedy coś we mnie pękło. Wstałam, podeszłam do szuflady i wzięłam klucze do ręki. Były zimne. Jak decyzja, którą musiałam podjąć.

Pojechałam do domu brata

Następnego dnia pojechałam do mieszkania mamy. Po raz pierwszy od pogrzebu otworzyłam drzwi sama, bez Pawła, bez napięcia w powietrzu, które zwykle wisiało między nami. W środku pachniało kurzem. Wszystko stało tak, jak zostawiła. Filiżanki równo ustawione, narzutka na kanapie starannie wygładzona, jakby miała zaraz wrócić z zakupów.

Usiadłam przy stole i pozwoliłam sobie na chwilę słabości. Przesuwałam palcami po blacie, pamiętając, jak mama stawiała tu gorącą herbatę i zawsze mówiła, żebym uważała. Wtedy zrozumiałam, że Paweł walczy nie tylko o rzeczy. Walczył o poczucie kontroli. A ja – o to, żeby nie zostać zepchnięta do roli tej gorszej, podejrzanej.

Spakowałam klucze do koperty. W domu mamy zostawiłam krótką wiadomość na kartce. Nie wypracowaną, nie idealną. Szczerą. „Oddaję klucze, bo nie chcę już tej wojny. Ale nie zgadzam się na to, co o mnie mówisz”. Pojechałam do jego domu. Ręce lekko mi drżały, kiedy naciskałam dzwonek. Otworzył po chwili. Wyglądał na zmęczonego, jakby te ostatnie dni kosztowały go więcej, niż chciał przyznać.

– Przyniosłam klucze – powiedziałam, zanim zdążył coś powiedzieć.

Spojrzał na nie, potem na mnie.

– I tyle? – zapytał.

– Tyle, ile mogę dziś dać – odpowiedziałam spokojnie.

Wziął je do ręki. Przez moment myślałam, że powie coś jeszcze, ale tylko skinął głową i zamknął drzwi. Stałam tam chwilę, czując ulgę pomieszaną z bólem. Wiedziałam, że to nie koniec spraw spadkowych. Jednak był to koniec mojej próby ratowania relacji za wszelką cenę.

Wróciłam do domu lżejsza. Walentynki nie pogodziły mnie z bratem. Ale nauczyły mnie, że czasem zgoda zaczyna się od postawienia granicy.

W dobrą stronę

Minęło kilka dni. Spodziewałam się ciszy i ją dostałam, ale nie była taka, jaką znałam wcześniej. Nie ciążyła. Była raczej jak głęboki oddech po długim biegu. Skupiłam się na pracy, na drobiazgach, które wcześniej odkładałam. Przestawiłam meble w salonie, wyrzuciłam stare papiery, zrobiłam porządek w szufladach. Jakby porządkowanie przestrzeni miało uporządkować też mnie.

Któregoś popołudnia zadzwonił telefon. Paweł. Przez chwilę patrzyłam na ekran, wahając się, czy odebrać. W końcu przesunęłam palcem.

– Słucham – powiedziałam ostrożnie.

– Byłem w mieszkaniu mamy – zaczął bez przywitania. – Znalazłem twoją kartkę.

– I? – zapytałam, czując, jak serce zaczyna mi bić szybciej.

– Nie wiedziałem, że aż tak to przeżywasz – dodał ciszej. – Myślałem, że grasz na czas.

Zacisnęłam usta. Tyle dni, tyle słów, a on wciąż mówił o grze.

– Paweł, ja nie gram – odpowiedziałam spokojnie. – Ja próbowałam się dogadać.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Słyszałam jego oddech.

– Może… przesadziłem – przyznał w końcu. – Ten SMS w Walentynki… odebrałem go jak manipulację.

– A ja wysłałam go, bo brakowało mi brata – powiedziałam wprost.

To zdanie zawisło między nami. Nie było już gdzie się cofnąć.

– Spotkajmy się – zaproponował po chwili. – Bez papierów. Bez kluczy. Tylko pogadać.

Zgodziłam się, choć wiedziałam, że to spotkanie nie naprawi wszystkiego. Pierwszy raz od miesięcy poczułam, że nie rozmawiam z przeciwnikiem, tylko z kimś, kto też się pogubił.

Pojednanie po naszemu

Spotkaliśmy się w małej kawiarni niedaleko parku, do którego mama zabierała nas, gdy byliśmy dziećmi. Przyszłam wcześniej. Paweł spóźnił się kilka minut, jak zawsze. Usiadł naprzeciwko, niepewnie, jakbyśmy byli obcymi ludźmi.

– Nie wiem, od czego zacząć – powiedział, mieszając herbatę, choć już dawno była zimna.

– To nie zaczynajmy od spadku – zaproponowałam. – Choć raz.

Spojrzał na mnie zaskoczony, ale skinął głową. Rozmawialiśmy o rzeczach prostych. O pracy, o zmęczeniu, o tym, że oboje czujemy się samotni od śmierci mamy, tylko każde na swój sposób. W pewnym momencie Paweł spuścił wzrok.

– Bałem się, że mnie wyprzedzisz. Że zostanę z niczym – przyznał. – I ten SMS… poczułem, jakbyś mnie pchała pod ścianę.

– A ja poczułam, że mnie oskarżasz o coś, czego nie zrobiłam – odpowiedziałam. – I że już nie widzisz we mnie siostry.

Nie przeprosił wprost. Ja też nie. Ale coś między nami opadło. Ustaliliśmy, że sprawy spadkowe załatwimy oficjalnie, z kimś trzecim, bez kolejnych domysłów i emocjonalnych szantaży. Bez SMS-ów wysyłanych pod wpływem impulsu.

Kiedy wychodziliśmy, Paweł zatrzymał się przy drzwiach.

– Walentynki… to był zły dzień – powiedział cicho.

– Dla nas obojga – odpowiedziałam.

Rozstaliśmy się bez uścisku, bez deklaracji poprawy relacji, ale też bez wrogości. Konflikt nie zniknął jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jednak przestał rządzić moim życiem. Zrozumiałam, że pojednanie nie zawsze wygląda jak w filmach. Czasem to tylko zgoda na to, by nie ranić się dalej. I to wystarczyło.

Anna, 58 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama