Reklama

Przygotowania zaczęłam już kilka dni wcześniej. Chciałam, żeby wszystko wyglądało idealnie. Obrus wykrochmalony na sztywno, świeczki w srebrnych lichtarzach, serwetki złożone w wachlarz, a na stole pełen przekrój moich popisowych dań – od pasztetu własnej roboty po roladę drobiową z pieczarkami. Wiedziałam, że to może i trochę na wyrost jak na wizytę duszpasterską, ale przecież księdza nie przyjmuje się byle jak. Przynajmniej tak mi się wydawało. Inne gospodynie z ulicy może i stawiały co najwyżej talerzyk z herbatnikami i kubek kawy z fusami, ale ja nie. U mnie wszystko musiało być z klasą. Zresztą, niech ksiądz wie, że są jeszcze parafianki, które nie traktują tej wizyty jak przykrego obowiązku.

Rano wyobrażałam sobie, jak ksiądz z uznaniem kiwa głową, podjadając dokładkę. Zawsze lubił słodkie, a mój sernik jeszcze nigdy nie zawiódł. Nawet sąsiadka mówiła, że wychodzi mi taki, że „sam by papież poprosiłby o przepis”. I tylko mąż patrzył na to wszystko z miną, jakby mu ktoś zmuszał do uczestnictwa w przedstawieniu, na które nie kupił biletu. No cóż. Nie wszyscy potrafią docenić wysiłek. Ja potrafiłam. I byłam z siebie dumna.

Zrobiło mi się gorąco

Kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi, od razu ruszyłam do przedpokoju. Spojrzałam szybko w lustro – grzywka gładko, usta lekko różowe, dekolt zakryty. Może i miałam sześćdziesiątkę na karku, ale przecież to nie znaczy, że człowiek ma wyglądać jak fleja.

Niech będzie pochwalony – powiedział ksiądz.

– Na wieki wieków, proszę księdza, zapraszam – uśmiechnęłam się, uchylając szeroko drzwi. – Proszę nie zdejmować butów.

– Dziękuję, ale zdejmę, nie chciałbym nabrudzić – odparł, schylając się do sznurowadeł.

Wprowadziłam go do salonu, gdzie stół już czekał jak na Wigilię – świece zapalone, rosół parujący, a na środku patera z galaretą i plasterkami cytryny. Mąż siedział już przy stole.

– Proszę siadać, to specjalnie dla księdza naszykowane – powiedziałam i podałam mu talerz z rosołem.

– Oj, dziękuję bardzo, ale ja tylko na chwilkę – uśmiechnął się nieco sztywno. – Poświęcimy dom, pomodlimy się i pójdę dalej.

– Ależ proszę księdza, proszę skosztować, na rozgrzewkę... Mróz taki dziś, że człowiekowi aż w uszach dzwoni.

Ksiądz spojrzał na talerz, potem na mnie, i znowu na talerz.

Naprawdę nie trzeba. Mam jeszcze kilka domów dziś, nie zdążę.

Władek spojrzał na mnie. Widziałam w jego oczach coś między zdziwieniem a rozbawieniem. Mój rosół parował. Zrobiło mi się gorąco od karku aż po palce.

Czułam się niedoceniona

Stałam przy stole z chochlą w dłoni i przez chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć. Przecież nie gotowałam tego, żeby teraz ksiądz nawet łyżki nie spróbował.

– Ksiądz wybaczy, ale aż mi przykro – powiedziałam, siląc się na uśmiech. – Człowiek się stara, szykuje, a tu… taka niespodzianka.

– Proszę się nie gniewać – zaczął ksiądz. – Zawsze powtarzam, że nie na obiad przychodzę, tylko z Bożym błogosławieństwem.

– No jasne – mruknął Władek spod gazety. – I bardzo dobrze. Żadnych obiadków, tylko konkrety. Święcenie, modlitwa, kolęda, amen.

– Władek! – zgromiłam go spojrzeniem. – Nikt cię nie zmuszał, żebyś tu siedział, jak ci tak przeszkadza.

– Przeszkadza mi jedynie to, że od rana słyszę: „Nie jedz, to na kolędę!”, „Nie ruszaj sernika, to dla księdza!”, a teraz, proszę, ksiądz nawet nie tknie.

– Naprawdę bardzo doceniam ten gest – powiedział ksiądz pojednawczo. – Ale dzisiaj już dwa razy jadłem i nie dałbym rady…

– No, jakby tak każdy miał taką wymówkę... – prychnęłam, odkładając chochlę z hukiem do garnka.

Zapanowała niezręczna cisza. Ksiądz chrząknął i wyjął kropidło.

– Może jednak przejdźmy do modlitwy?

– Proszę bardzo – rzuciłam chłodno. – A potem, jak ksiądz będzie wychodził, to dam jeszcze słoik kompotu. Może chociaż to się nie zmarnuje.

Ksiądz westchnął, jakby naprawdę miał ciężki dzień. Nie wiedział jeszcze, że najlepsze dopiero przed nim.

Miałam żal

– Pokój temu domowi – powiedział ksiądz i zaczął odczytywać formułkę modlitwy.

Władek stał już przy drzwiach, z rękami skrzyżowanymi na piersi, a ja szłam krok w krok za księdzem, z ręcznikiem, żeby mu czasem coś nie skapnęło na parkiet.

– Nie za mocno, proszę księdza, bo lakier nowy – rzuciłam, gdy chlusnął wodą na meblościankę.

– Starałem się delikatnie – mruknął i ruszył do sypialni.

W sypialni stanął na progu i spojrzał na naszą starą świętą rodzinę nad łóżkiem, jeszcze po teściach.

Bardzo ładny obrazek – powiedział, choć głosem bez przekonania.

– Po mojej mamie – dodałam.

Ksiądz tylko skinął głową i chlusnął wodą nad poduszkami.

– Oj! – jęknął Władek. – Tylko nie na tapicerkę!

– To może ja pójdę już do kuchni – westchnęłam.

Zostawiłam ich, ale słyszałam dokładnie, jak ksiądz coś próbował jeszcze powiedzieć:

– Naprawdę nie chciałem sprawić przykrości…

– Panie dobrodzieju – przerwał mu mój mąż – jak się idzie w gości, to niech się ksiądz, choć kompotu napije. Żeby gospodyni nie miała wrażenia, że gotowała na darmo.

– To były odwiedziny towarzyskie, a nie wizyta duszpasterska.

– A gdzie indziej ksiądz też tak odmawia? Czy tylko u nas?

Oparłam się o framugę kuchennych drzwi i pokręciłam głową.

Spojrzał mi prosto w oczy

Wieczorem siedzieliśmy przy stole. Mąż patrzył w telewizor i nic nie mówił.

– Wiesz co? – odezwałam się w końcu. – Ja nie mam jakiegoś wybujałego ego. Nie muszę być chwalona co pięć minut. Tylko jak człowiek się stara, to chciałby usłyszeć słowo uznania.

– Może po prostu nie lubi rosołu? – mruknął, nie odrywając wzroku od ekranu.

– A ja co? Wróżka? Mam przewidywać preferencje smakowe duchowieństwa? Jak przyjdzie następnym razem, to co, mam zrobić ankietę?

Albo po prostu zapytać – rzucił.

– Nie wytrzymam z tobą – rzuciłam ścierkę na stół. – Napracowałam się jak głupia, piekłam sernik, mieliłam pasztet, kombinowałam, żeby to wszystko miało sens. Nawet talerze od teściowej wyciągnęłam, te z niebieskim rantem!

– No właśnie, może się przestraszył tej całej oprawy. Jak na wesele, nie na kolędę.

– Władek, on nawet nie usiadł! Jakbym mu podała truciznę, a nie rosół! Przecież co roku przychodził, jadł, dziękował. A teraz? Nawet nie spojrzał!

Władek w końcu spojrzał mi prosto w oczy.

– Może to jakiś nowy porządek. Może biskup im zakazał przyjmowania poczęstunków. Albo mają jakiś regulamin.

– A niech mają! Tylko niech o tym powiedzą. Bo ja już wiem jedno – za rok może nie przychodzić.

Władek pokiwał głową z powagą.

Zacisnęłam usta

Następnego dnia stanęłam przy warzywniaku, wybierając ziemniaki, a obok mnie sąsiadka z naprzeciwka trajkotała jak nakręcona.

– A u nas to ksiądz nie dość, że usiadł, to jeszcze trzy razy zupę sobie dolewał! Mówił, że „takiego rosołu to i u mamy nie jadł” – chichotała z dumą.

– Doprawdy? – rzuciłam z udawaną obojętnością.

– A jak! I jeszcze ciasto zapakowałam na drogę. On taki młody, chudy, to niech coś zje. I wie pani, co powiedział? Że jakby wszędzie tak karmili, to kolęda mogłaby trwać do marca!

Zacisnęłam usta.

– Może ksiądz był po prostu głodny… – wymamrotałam.

– Albo może u pani był pełny, co? – wtrąciła się druga, starsza kobieta z czapką na bakier. – Wie pani, jak to jest – u jednych zje, u drugich nie. Różnie bywa.

– U mnie to nawet nie spojrzał na stół. Nic. Poświęcił, pomodlił się i w drogę. Jakby się śpieszył na pociąg – powiedziałam już otwarcie.

– No to wie pani co? – sąsiadka się pochyliła konspiracyjnie. – Może coś go u pani odstraszyło?

– Co niby?!

– A nie była pani zbyt... napuszona? Wie pani, czasem jak wszystko takie wystylizowane, to człowiek czuje się jak w muzeum, a nie w domu.

– Czyli to ja jestem temu winna? – prychnęłam. – Bo nie podałam kawy w plastikowym kubku?

– E tam, niech się pani nie denerwuje – uśmiechnęła się ta druga. – Za rok może ksiądz przyjdzie inny. A jak nie… to się zrobi dzień wolny od kolędy. I tyle.

Patrzyłam na nie, jakby nagle mi coś zaświtało. Może faktycznie czas odpuścić. Albo przynajmniej nie robić przedstawienia.

Przyznałam mu rację

Minął tydzień, a ja dalej nie mogłam przestać o tym myśleć. Niby głupstwo, ale we mnie siedziało jak drzazga. Chodziłam po domu i wciąż przypominałam sobie słowa księdza. Aż któregoś dnia usiadłam z Władkiem przy herbacie i westchnęłam.

Może rzeczywiście przesadziłam. Może za bardzo chciałam, żeby to wyglądało jak z telewizji.

– Może? – uniósł brwi. – Ty się zachowałaś, jakbyś prezydenta przyjmowała. Jeszcze byś czerwony dywan przed drzwiami rozwinęła, jakbyś miała.

– Oj, nie przesadzaj – burknęłam.

– Nie przesadzam. Zrobisz, jak chcesz, ale ja za rok nie będę brał udziału w tej szopce.

– No dobrze. Wiesz co? Masz rację. Za rok zrobię normalnie. Bez serników, bez obrusów. Talerzyk, ciasto, kawa. Jak zje – dobrze. Jak nie – też dobrze. A jak zacznie robić miny – to już w ogóle nie będziemy przyjmować kolędy.

– No! I to jest gadka! – ucieszył się Władek. – Zresztą, może i dobrze by było odpocząć raz od tej całej szopki. Błogosławieństwo błogosławieństwem, ale człowiek się nie powinien przez to czuć jak kelner w restauracji.

Uśmiechnęłam się pod nosem. Może i racja. Może na przyszłość trzeba sobie mniej komplikować życie.

Wiesława, 64 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama