Reklama

Nigdy wcześniej nie jechałam w góry z chłopakiem. Tak naprawdę – nigdy wcześniej nie spędzałam z Michałem więcej niż kilku godzin, nie mówiąc już o kilku dniach, i to w jednym domu, bez rodziców, bez nadzoru. Bez wyznaczonych godzin powrotu, za to z kubkami kakao i serialami do oglądania w łóżku.

To miały być ferie idealne. Pierwszy taki nasz wyjazd. Dom jego rodziców, taki ładny, z bali, trochę za duży, ale dzięki temu jeszcze bardziej magiczny. Michał mówił, że zawsze tam jeździli na święta, ale teraz jego rodzice polecieli na Teneryfę, a my mogliśmy z tego skorzystać. Tydzień tylko we dwoje. Śnieg, ciepłe światło z kominka, śmiech, wspólne gotowanie i plany na przyszłość.

Byłam zakochana. Michał miał w sobie coś czułego – może tę jego niepewność, którą chciałam w nim utulić. Miał też dołeczki w policzkach, które pojawiały się tylko wtedy, gdy śmiał się naprawdę. I śmiał się ze mną, często. Przynajmniej na początku. Rozmawialiśmy do późna, aż oczy same się zamykały. Patrzyłam wtedy, jak zasypia – z lekko rozchylonymi ustami – i myślałam, że tak wygląda zaufanie. Intymność.

To był dla mnie krok w dorosłość. Nie wiedziałam, co dokładnie to znaczy, ale czułam, że wszystko się zmienia. Że to „my” staje się prawdziwe. Nawet jak mama dzwoniła wieczorami i pytała, czy wszystko dobrze, odpowiadałam z tym swoim zakochanym uśmiechem:

– Tak, mamo. Wszystko dobrze.

Wierzyłam, że to uczucie ma sens. Że Michał może jeszcze nie do końca wie, kim chce być, ale ja mu w tym pomogę. Że razem to jakoś ogarniemy. Ale teraz, kiedy wracam myślami do tego tygodnia, wiem jedno – wraz z dorosłością nie zawsze przychodzi pewność. Przychodzi rozczarowanie. Czasem tak mocne, że rozsadza klatkę piersiową. I zostawia cię z jednym pytaniem: „Dlaczego?”.

Nie tak sobie to wyobrażałam

Obudziłam się pierwsza. Leżałam chwilę w bezruchu, czując jego ramię pod swoją głową. Było ciepło, znajome. Czułam się bezpieczna. To było nasze pierwsze wspólne doświadczenie tak bliskie, tak fizyczne, tak dorosłe. Uśmiechnęłam się do siebie i przysunęłam bliżej, chcąc poczuć jego zapach.

Michał poruszył się, jęknął cicho i sięgnął po telefon. Przewróciłam się na bok, żeby spojrzeć mu w twarz, ale on był już całkiem pochłonięty tym, co widniało na ekranie. Przesuwał powoli palcem, potem nagle znieruchomiał. Zmarszczył czoło i spochmurniał. Patrzył w ekran z takim skupieniem, jakby całe nasze wczorajsze „my” przestało się liczyć.

– Co się stało? – zapytałam, siadając na łóżku.

– Kinga napisała. Chce pogadać – odpowiedział bez patrzenia na mnie.

Twoja była?

– Tak. Nie wiem, co mam zrobić – powiedział cicho, jakby sam do siebie.

Zaniemówiłam. Przez moment nie wiedziałam, czy powinnam coś jeszcze powiedzieć, czy może lepiej zamilknąć. Przecież wczoraj wszystko było dobrze. Przecież był tutaj, ze mną. Przecież... Chciałam dotknąć jego ręki, ale odsunął się delikatnie i wstał. Poszedł do łazienki, nie zamykając drzwi.

Usiadłam z powrotem na łóżku i wpatrywałam się w pościel. Miałam ochotę krzyknąć, zapytać, po co w ogóle ze mną był, skoro teraz reaguje w taki sposób na wiadomość od swojej byłej. Ale nie zrobiłam tego. Wrócił po chwili, ubrał się i wrzucił telefon do kieszeni. Przeszedł obok mnie bez słowa.

– Michał, co robisz?

Muszę się przewietrzyć – rzucił i wyszedł, nie patrząc mi w oczy.

Zostałam sama w pustym domu, w którym jeszcze kilka godzin temu wierzyłam, że wszystko dopiero się zaczyna. Patrzyłam na drzwi, przez które wyszedł, próbując nie myśleć za dużo. Nie chciałam panikować. Powtarzałam sobie, że to pewnie nic, że zaraz wróci i wszystko wyjaśni. Ale im dłużej go nie było, tym wyraźniej czułam, że coś się zmienia. I nie miałam na to żadnego wpływu.

To nie miało dla niego znaczenia

Pół dnia chodziłam po domu w ciszy. Myłam kubki po śniadaniu, którego nawet nie zdążyliśmy zjeść. Próbowałam zająć czymś ręce, żeby tylko nie myśleć. Siedziałam chwilę na kanapie, potem przy oknie, ale każda minuta wydłużała się nieprzyjemnie. Michał wrócił po południu. Nie powiedział „cześć”. Zdjął buty, kurtkę rzucił na wieszak i wszedł do kuchni. Patrzyłam na niego z końca korytarza. Stał przy lodówce jak obcy człowiek.

– Michał, powiesz mi w końcu, co się dzieje?

Odwrócił się powoli i oparł o blat. W jego spojrzeniu było coś, czego nie znałam. Chłód. Niechęć? A może po prostu niepewność.

– Muszę się zastanowić nad wszystkim.

– Ale... o co chodzi? Co się zmieniło od wczoraj?

– Nie wiem, Zosia. Wszystko się pomieszało. Kinga się rozstała z tym typem... I nie wiem, co czuję.

Serce mi zamarło.

– Ale przecież my… Wczoraj to nic nie znaczyło?

Nie odpowiedział od razu, zamilkł. Przesunął dłonią po twarzy, jakby sam próbował się obudzić z czegoś, czego nie rozumie.

– Nie wiem – wyszeptał.

To wystarczyło. Nie musiał mówić więcej. W tej jednej chwili zrozumiałam, że nie jestem już częścią tej opowieści. Byłam tylko czymś nieistotnym w morzu jego wątpliwości. Poszłam do pokoju i zaczęłam się pakować. Nie szybko, nie nerwowo. Składałam ubrania i wkładałam do torby tak, jakby to była jedyna rzecz, którą jeszcze mogłam kontrolować.

Michał stał przez chwilę w drzwiach. Patrzył, ale nic nie mówił.

– Nic nie powiesz?

– Nie wiem, co mam powiedzieć – rzucił i cofnął się o krok.

Nie zatrzymał mnie. Nie próbował rozmawiać. Tylko siedział w kuchni, kiedy wychodziłam. Gdy zamykałam za sobą drzwi, ręce trzęsły mi się tak bardzo, że ledwo trafiłam w klamkę. Weszłam w śnieg po kostki. W uszach dźwięczało mi jedno pytanie, którego nie potrafiłam wyrzucić z głowy: czy to ja zrobiłam coś źle?

Nie zwlekałam ani chwili

Pociąg był prawie pusty. Zajęłam miejsce przy oknie, bo zawsze wolałam tak siedzieć. Lubiłam patrzeć na świat, kiedy nie trzeba z nikim rozmawiać. Krajobraz mijał za szybą powoli – zaśnieżone drzewa, dachy domów, rzędy słupów. Wszystko wyglądało, jakby nic się nie wydarzyło. Jakby to był zwykły dzień.

Patrzyłam w ekran telefonu. Wiadomość od mamy: „Jak tam u was?”. Nie potrafiłam jej odpisać. „Nie powiem im. Powiem tylko, że się pokłóciliśmy. Co mam powiedzieć? Że zostawił mnie chwilę po tym, jak oddałam mu najwięcej, co mogłam? Że poczułam się jak idiotka? Że dorosłam w jeden dzień i że boli mnie każdy oddech?”.

Wybrałam numer. Czekałam na sygnał, choć nie wiedziałam, co powiem.

– Hej – zaczęłam.

– Hej, kochanie. Jak tam? – głos mamy był spokojny, ciepły, jak zawsze.

– Wszystko okej. Trochę się pokłóciliśmy, wracam wcześniej.

– Och, kochanie… ale wszystko w porządku?

– Tak, po prostu… różnica zdań – powiedziałam, patrząc w ciemniejące niebo za oknem.

Nie zapytała dalej. Wiedziała, że nie chcę mówić. Albo wiedziała, że lepiej nie pytać, póki nie będę gotowa. Rozłączyłam się i schowałam telefon. Nie płakałam od razu, to przyszło później, cicho. Najpierw zacisnęło mi gardło, potem oczy zrobiły się ciężkie, a łzy spłynęły tak naturalnie, że nawet nie próbowałam ich zatrzymać.

Ludzie w przedziale patrzyli ukradkiem, ale nie przejmowałam się. Zasłoniłam się szalikiem i pozwoliłam sobie na ten moment. Pociąg sunął przez pola. Zasypane śniegiem wsie i czarne linie drzew przesuwały się leniwie. A ja siedziałam tam, osiemnastoletnia dziewczyna, która myślała, że miłość to coś, co ratuje. A nie coś, co zostawia cię na przystanku bez słowa.

Nie umiałam się z tym pogodzić

Była noc. Pokój wyglądał tak samo jak wtedy, gdy wyjeżdżałam. Ta sama pościel, te same książki na półce, zdjęcie z obozu letniego w ramce. Tylko ja byłam inna. Położyłam torbę na podłodze i usiadłam na łóżku. Ściągnęłam buty, potem kurtkę, ale nie miałam siły się rozebrać do końca. Zwinęłam się na kołdrze w ubraniu i tak leżałam, wpatrując się w sufit, który nie miał żadnych odpowiedzi.

Wzięłam telefon do ręki i przeglądałam zdjęcia. Michał śmiejący się przy naleśnikach. Michał w tej bluzie, którą miał zawsze na sobie w domu. Michał i ja na tle gór, z czerwonymi policzkami od mrozu. Patrzyłam na te obrazy i czułam, jak coś we mnie kurczy się i boli, chociaż wiedziałam, że powinnam je po prostu skasować.

Napisałam wiadomość: „Nie wiem, co się stało. Nadal próbuję to zrozumieć. Chciałam tylko, żebyśmy byli blisko. Naprawdę myślałam, że jesteśmy”. Ale nie wysłałam jej. Przeczytałam kilka razy i usunęłam. Nie miałam zamiaru błagać. Nie po tym, jak wyglądało jego „nie wiem”.

Otworzyłam folder ze zdjęciami i zaczęłam je usuwać. Jedno po drugim, ale nie wszystkie. Te, które zrobiliśmy pierwszego dnia, zostawiłam. Przerzuciłam je na pendrive'a. Włożyłam go do szuflady i zamknęłam, jakby to była jakaś kapsuła, którą kiedyś otworzę. Albo nigdy. Leżałam potem jeszcze długo, z otwartymi oczami. Bałam się, że jeśli zasnę, obudzę się i przez chwilę zapomnę, a potem znów wszystko spadnie na mnie z pełną siłą.

Nie płakałam. Po prostu było mi zimno, mimo że grzejnik huczał. Czułam się pusta, jakby coś ze mnie uszło, jak powietrze. A może właśnie coś zyskałam, a nie straciłam. Świadomość, że nie wystarczy się starać. Że można być delikatną, szczerą, oddaną – i nadal niczego to nie gwarantuje.

Nie byłam już sobą

Rano obudził mnie dźwięk budzika, który nastawiłam odruchowo, jakby nic się nie zmieniło. Wstałam mechanicznie, jakbym była na autopilocie. Umyłam się, ubrałam w dżinsy i sweter, ten zwykły, szary. W kuchni mama zrobiła herbatę, ale wypiłam tylko kilka łyków. Ojciec odprowadził mnie wzrokiem, nie pytając o nic. I dobrze. Nie chciałam mówić.

Szłam do szkoły powoli, wchodząc między znajome mury, jakby to był jakiś azyl. Ludzie wokół gadali o sprawdzianach, śmiali się, ktoś rzucił do mnie „hej”, odpowiedziałam skinieniem głowy. Weszłam do klasy i zajęłam swoje miejsce. Usiadłam przy oknie. Ołówki, zeszyty, podręczniki – wszystko na swoim miejscu, wszystko tak, jakby nic się nie wydarzyło.

– No i jak było? – spytała mnie Anka, siadając obok. Spojrzała na mnie z zaciekawieniem.

– Ferie jak ferie – odpowiedziałam.

Nie dopytywała. Może usłyszała ton, którym to powiedziałam. Może wyczuła, że nie chcę, żeby ktoś mnie teraz przepytywał. Wpatrywałam się przez okno, padał śnieg. Małe, ciche płatki opadały na asfalt, który i tak je pochłaniał. I wtedy, bez zapowiedzi, pomyślałam coś, co zostało ze mną już na długo:

„Myślałam, że dorosłość zaczyna się, kiedy odbierasz dowód. Albo kiedy się zakochujesz. Ale dorosłość to ten moment, kiedy wracasz do domu i nic nie mówisz, bo nie chcesz, żeby ktoś widział, jak cię to boli”.

Już nigdy nie byłam tą samą dziewczyną, która wyjechała na ferie z chłopakiem.

Zosia, 18 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama