„Spędziłam z teściową ferie, bo obiecała, że pomoże z dziećmi. Nie wiedziałam, że w zamian dostanę od niej lekcję życia”
„Dzieci patrzyły na nas z niepewnością, jakby wyczuwały napięcie. Było jasne, że to dopiero początek – i że te ferie nie będą dla nikogo czasem relaksu”.

- Redakcja
Zawsze planowałam wszystko z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Kiedy więc w sierpniu teściowa mimochodem rzuciła, że w tym roku chętnie pojechałaby z nami na ferie, przyjęłam to jako błogosławieństwo z nieba. Marzyłam o odrobinie luzu, w końcu samotne ferie z dwójką rozbrykanych maluchów w górach – szczególnie bez wsparcia męża, który nie dostał urlopu – mogły oznaczać pełzającą katastrofę. Prawdę mówiąc, przez ostatnie lata nauczyłam się już nie oczekiwać zbyt wiele od życia, zwłaszcza od rodziny, ale teściowa potrafiła zaskoczyć. Była kobietą konkretną, bezpośrednią, czasem nawet ostrą, lecz wszyscy powtarzali, że pod tą twardą skorupą kryje się złote serce. Postanowiłam więc dać jej szansę. Było mi trudno wyobrazić sobie nas w jednej przestrzeni przez więcej niż dwa dni. Mimo wszystko wyjechałyśmy razem – ja, dzieci i ona. Ostatecznie, kto jak nie babcia ma być największym wsparciem? Tyle że życie, jak to życie, potrafi wywrócić wszystko do góry nogami, kiedy człowiek najmniej się tego spodziewa.
Czułam, że będzie ciężko
Pierwszy dzień ferii powitał nas zaskakująco ostrym mrozem, a dzieci już po trzydziestu kilometrach w kółko pytały, czy „daleko jeszcze”. Teściowa siedziała na miejscu pasażera, otulona swoim wełnianym szalem, a ja w myślach odliczałam minuty do zjazdu z autostrady.
– Może byś w końcu uchyliła to okno, bo tu jak w puszce – rzuciła teściowa bez żadnego „proszę”.
Zacisnęłam zęby i nacisnęłam guzik, żeby nie zaczynać od razu naszej tradycyjnej wymiany uprzejmości. Dzieciaków nawet nie próbowałam uciszać, bo wiedziałam, że i tak za chwilę zaczną się kłócić o to, kto pierwszy wybierze łóżko.
– Mamo, a babcia będzie z nami spała w jednym pokoju? – jęknęła Hania, najwyraźniej nie do końca zachwycona tą perspektywą.
– Tak, kochanie. Babcia obiecała, że cię nauczy grać w remika – odpowiedziałam, choć nie miałam pojęcia, skąd wziął się ten pomysł.
– Tylko żebyś nie siedziała potem z nosem w telefonie – wtrąciła się teściowa, jakby czytała mi w myślach. – Ja do dzieci to mam rękę. Hanka od razu sięga po bajki w komórce. Nic dziwnego, że one potem takie rozbrykane.
– Może spróbujesz sama poprowadzić dzieci przez śnieg do schroniska, skoro taka z ciebie instruktorka życia rodzinnego? – odparowałam, próbując nadać mojej wypowiedzi lekko żartobliwy ton.
– Widzisz, od razu z igły widły. Ja tylko mówię, co widzę. Swojego Marcinka też musiałam wszystkiego uczyć. Teraz przynajmniej ktoś ci pomoże – mruknęła, z wyraźną satysfakcją.
Milczałam przez resztę drogi, pozwalając jej prowadzić monologi. Było jasne, że ta „pomoc” nie będzie taka, jak sobie wyobrażałam.
Rosła we mnie frustracja
Zameldowanie w pensjonacie przebiegło w atmosferze lekkiego chaosu, bo dzieci od razu rzuciły się na łóżka, a teściowa, z walizką w jednej ręce i torbą z zakupami w drugiej, zaczęła wydawać instrukcje, jakby była na szkoleniu BHP.
– Hania, nie skacz po łóżku, bo zaraz się rozleci! – zawołała groźnie, zanim zdążyłam otworzyć usta.
– Babciu, ja tylko sprawdzam, czy jest miękkie – odpowiedziała Hania, udając niewiniątko.
– Ja ci zaraz sprawdzę, jak się sprawdza łóżko. Chcesz spać na podłodze? – teściowa już była przy niej, rozkładając ręczniki na krześle.
Tymczasem młodszy syn, Szymek, grzebał w mojej torbie, szukając czekolady.
– Mamo, a mogę lizaka? – usłyszałam, zanim zdążyłam znaleźć klucze do łazienki.
– Najpierw rozpakujemy się wszyscy, potem będzie czas na słodycze – odparłam zmęczonym głosem.
– Szkoda, że Marcin nie mógł pojechać – teściowa westchnęła teatralnie, jakby miała zaraz się rozpłakać. – Z nim to chociaż człowiek miałby oparcie. On zawsze wiedział, jak ogarnąć dzieci, a ty… no, próbujesz, próbujesz, ja wiem.
Spojrzałam na nią z niedowierzaniem. W jednej chwili poczułam, jak narasta we mnie frustracja.
– A może po prostu pozwolisz mi zająć się dziećmi po swojemu? Przetrwaliśmy już niejedne wakacje bez pana domu.
– Nie podnoś głosu. Ja tylko chcę dobrze. Wnuki same się nie wychowają, jak się im odpuści, to potem masz, co masz – burknęła, ustawiając buty w równym rządku przy drzwiach.
Dzieci patrzyły na nas z niepewnością, jakby wyczuwały napięcie. Było jasne, że to dopiero początek – i że te ferie nie będą dla nikogo czasem relaksu.
Wiedziałam, że to nie ma sensu
Pierwszy poranek był wyjątkowo ciężki. Myślałam, że na feriach dzieci będą spały do oporu, ale już o szóstej rano Szymek obudził całą kwaterę wrzaskiem, bo nie mógł znaleźć swojej maskotki.
– Mamo, gdzie jest mój miś? – darł się, szarpiąc pościel.
Teściowa, już ubrana w szlafrok, nalewała sobie kawę. Zamiast pomóc, pokręciła głową z miną wyroczni.
– Widzisz? Gdybyś wieczorem posprzątała, nie byłoby zamieszania – rzuciła z przekąsem, nie patrząc mi w oczy.
– Gdybyś ty ich nie zagadywała do północy, może szybciej by zasnęli i nie roznieśli wszystkiego po pokoju – odpaliłam, próbując nie patrzeć na zegar.
Hania kręciła się po pokoju, jakby nie mogła znaleźć sobie miejsca.
– Babciu, idziemy na sanki? – zapytała.
– Najpierw śniadanie, potem obowiązki. U mnie nie ma biegania po śniegu na pusty żołądek – odpowiedziała teściowa z taką powagą, że nawet dzieci się spoważniały.
– To ja nie chcę być u babci – wymamrotał Szymek i przytulił się do mnie.
– Oj, nie histeryzuj – westchnęła babcia, parząc herbatę. – Twoja mama zawsze miała miękkie serce. A potem płacz, bo dzieci rozpuszczone.
Poczułam, jak ciśnienie mi rośnie.
– Czy my możemy spędzić te ferie bez ciągłego podsumowywania moich błędów? – syknęłam, wlewając sobie kawę do kubka.
– Tylko mówię, jak jest – wzruszyła ramionami. – Nikt tu nie chce nikogo pouczać.
Nie odpowiedziałam. Wiedziałam, że to nie ma sensu – bo przez najbliższy tydzień, i tak wszystko będzie po jej myśli.
Świdrowała mnie wzrokiem
Śnieg sypał cały dzień, a dzieci nie mogły doczekać się wyjścia na dwór. Teściowa jednak uznała, że najpierw „trzeba się porządnie ubrać”, więc przez kolejne pół godziny trwała walka o rękawiczki, czapki i szaliki.
– Nie wychodź tak, przecież zmarzniesz i potem będziesz kaszlał! – teściowa zablokowała drzwi, jakby chroniła fortecy.
– Babciu, ja nie chcę tej grubej kurtki, w niej nie mogę się ruszać! – jęknął Szymek, który już spocił się z nerwów.
– Dziecko, jeszcze mi podziękujesz, jak nie wrócisz z zapaleniem płuc – odparła teściowa tonem nieznoszącym sprzeciwu.
– Mamo, pozwól mu samemu wybrać. Przecież to nie Syberia – próbowałam łagodzić sytuację, ale na próżno.
– Tak się właśnie wychowuje dzisiejsze dzieci, wszystko im wolno, a potem płacz. U nas w domu nie było takich dyskusji. Rób, co chcesz, ale ja ostrzegam.
Ostatecznie ruszyliśmy na górkę. Dzieci przez chwilę naprawdę się bawiły, ale teściowa czuwała jak sokół.
– Hania, nie stój tak blisko tego chłopca z niebieską czapką! – wołała, jakby przewidywała koniec świata.
– Babciu, on tylko pokazał mi, jak się ślizgać – odkrzyknęła Hania, przewracając oczami.
– Lepiej się nie zadawaj z obcymi, nie wiesz, kto to jest. – Teściowa patrzyła na mnie z pretensją, jakbym dopuściła się rażącego zaniedbania.
– A może po prostu pozwolisz dzieciom pożyć własnym życiem? – spytałam cicho.
– A może ty choć raz posłuchasz starszej osoby, zamiast wszystko kwestionować? – odparła, świdrując mnie wzrokiem.
Tego dnia wróciliśmy do pokoju zmęczeni bardziej niż po całym tygodniu pracy. Dzieci padły bez protestów, a ja byłam wykończona i zirytowana.
Zaskoczyła mnie szczerością
Zamiast rodzinnego ciepła coraz częściej czułam chłód – i to nie tylko przez nieszczelne okno w pensjonacie. Po południu dzieci domagały się kolejnych atrakcji, a ja miałam ochotę po prostu zaszyć się w łazience z książką. Oczywiście, teściowa miała na to inny pomysł.
– Zamiast siedzieć, może pójdziesz z dziećmi ulepić bałwana? – rzuciła.
– Może i pójdę, jeśli ty chociaż raz popilnujesz ich sama – mruknęłam.
– Już byłam z nimi na sankach, teraz twoja kolej. Nie są twoje? – spojrzała na mnie znacząco, ścierając blat kuchenny.
– No pewnie, bo jak dzieci są grzeczne, to „moje wnuki”, a jak coś zbroją, to nagle „twoje dzieci”.
– O, widzisz. Matka powinna umieć poprosić o pomoc, a nie tylko się obrażać – odpowiedziała, nawet nie patrząc mi w oczy.
– Prosiłam o pomoc. Właśnie po to tu jesteśmy. Tylko jakoś nie czuję się jak na wakacjach – wybuchłam.
– Bo ja mam oczy, nie zamykam ich jak ty na wszystko. Tak się właśnie dba o rodzinę. Czego byś się nauczyła, gdyby nikt cię nie krytykował? – teściowa przysiadła obok, zakładając ręce na piersi.
Na chwilę zamilkłam, nie wiedząc, czy śmiać się, czy płakać.
– To może sama powiedz, co twoim zdaniem robię źle? Może napiszesz mi listę i rozłożymy na czynniki pierwsze.
– Czasem wystarczy spojrzeć, zamiast szukać winnych. Ja też byłam kiedyś młodą matką, nie świętą, tylko zmęczoną i zagubioną. Więcej mamy wspólnego, niż myślisz – powiedziała cicho, pierwszy raz bez złośliwości.
Ten moment, zaskakująco ludzki i szczery, był chyba największą lekcją, jaką dostałam podczas tych ferii.
Nie udawałam twardzielki
Ostatni wieczór przed wyjazdem dzieci rozłożyły puzzle na całej podłodze, a ja siedziałam przy stole, patrząc przez okno na zaspany stok. Teściowa pakowała swoje rzeczy do walizki. Milczenie między nami trwało dłużej niż zwykle, ale tym razem nie było w nim napięcia – raczej coś na kształt rozejmu.
– Jutro już wracamy, co? – rzuciła w końcu teściowa, stawiając przede mną kubek herbaty.
– Tak. W sumie nawet się cieszę. W domu jednak łatwiej o oddech – powiedziałam szczerze, nie próbując już udawać twardzielki.
– Zawsze myślałam, że jak się pomaga, to wszyscy powinni być wdzięczni. Może i trochę za bardzo się wtrącam, ale to tylko dlatego, że się martwię. Dla mnie dzieci, wnuki, rodzina – to całe życie – powiedziała, siadając naprzeciwko.
– Może gdybyśmy obie trochę odpuściły… Ty swoje rady, ja swoją dumę… byłoby łatwiej wszystkim. – Pokusiłam się o coś, co w naszej relacji mogło uchodzić za akt odwagi.
– Masz rację. Nie zawsze muszę mieć ostatnie słowo – uśmiechnęła się krzywo, biorąc mnie z zaskoczenia.
Chwilę patrzyłyśmy na siebie w milczeniu. Po raz pierwszy widziałam w niej kogoś innego niż tylko wymagającą teściową – zobaczyłam kobietę, która też czasem miała dość, która się bała i nie zawsze wiedziała, jak pomóc.
– Wiesz co? Może zrobimy razem kakao dla dzieci, zanim znowu zaczną się kłócić? – zaproponowałam.
– No nareszcie rozsądny pomysł – mruknęła z tym swoim specyficznym uśmieszkiem.
Siedziałyśmy chwilę razem przy stole, popijając gorące kakao, a dzieci śmiały się w tle. Może nie polubiłyśmy się bardziej, ale nauczyłyśmy się przynajmniej odpuścić. Czasem to wystarczy, żeby nie zwariować.
Justyna, 33 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Były mąż pojechał z naszym synem na ferie do Szczyrku. Żałuję, że się zgodziłam, bo było o włos od tragedii”
- „Po 20 latach małżeństwa uciekliśmy z miasta na wieś. Mąż, zamiast pielić rabatki, zadbał o ogródek sąsiadki”
- „Córka po feriach w Austrii nie chciała wracać do szkoły. Dopiero po tygodniu teść przyznał, co się wydarzyło”