Reklama

Był luty. Taki prawdziwy, biały luty – rzadkość ostatnimi czasy w Warszawie. Śnieg przykrył wszystko grubą warstwą ciszy. Nawet tramwaje zdawały się jeździć wolniej, jakby bały się ją przerwać. I ja też potrzebowałam ciszy. Chciałam się w niej zanurzyć po same uszy, bez telefonu, bez powiadomień, bez ludzi, bez siebie. Spakowałam torbę w godzinę. Ciepłe swetry, stary termos, książka, której od miesięcy nie mogłam dokończyć. Zarezerwowałam pokój w pensjonacie w Zakopanem. Nie dla Krupówek – dla bocznych uliczek, gdzie psy śpią na przystankach, a domy pachną drewnem i starym kurzem. Nie planowałam niczego. Może trochę oddychać. Może trochę zapomnieć.

– Sama pani będzie? – zapytała właścicielka pensjonatu, gdy odbierałam klucz.

– Tak. Sama – odpowiedziałam z tym uśmiechem, który ma udawać, że to wybór.

– No to ciszy pani nie zabraknie. Wszyscy teraz wolą zagranicę, pusto mamy.

Uśmiechnęłam się znowu, grzecznie, jak trzeba. Ale w środku zakłuło. Pusto mamy. Jakby mówiła o mnie. W drodze tu myślałam o różnych rzeczach. O tym, że kiedyś, w moich dwudziestych latach, śnieg pachniał jak zapowiedź czegoś nowego. Że czekało się na ferie jak na święto. Teraz śnieg jest tylko zimny. I mokry. I robi bałagan. Tomasz przyszedł mi do głowy dopiero w okolicach Piotrkowa. Nie tęsknota – raczej wspomnienie, jak zapach starego płaszcza w szafie. Cichy, nieinwazyjny. I tylko przez chwilę. A potem zniknął, jak zawsze.

– Czego ja właściwie tutaj szukam? – zapytałam siebie wieczorem, siedząc pod kocem z herbatą w dłoniach. – Ciszy czy hałasu wspomnień?

Nie znałam odpowiedzi. Może jedno i drugie.

Uśmiechnął się lekko

Nie miałam planu na ten dzień. Włożyłam gruby szal, wełnianą czapkę i wyszłam z pensjonatu, nie wiedząc, dokąd chcę iść. Zaczęłam od Krupówek, choć obiecywałam sobie, że ich uniknę. Wszystko tam pachniało smażonym serem i dźwięczało głośnym śmiechem ludzi, którzy przyjechali tu z zupełnie innych powodów niż ja. Przeszłam obok kawiarni, spojrzałam na sklep z pamiątkami, potem w prawo, w lewo, znów prosto. I wtedy go zobaczyłam. Szliśmy z naprzeciwka. On mnie minął, po czym się odwrócił. Ja też. Stanęliśmy jednocześnie, zupełnie jakbyśmy się umówili. Był trochę starszy, niż go zapamiętałam, ale miał ten sam wyraz twarzy, ten sam sposób patrzenia, jakby wszystko, co widział, już kiedyś przeżył.

– Agnieszka? – zapytał. Jego głos był dokładnie taki sam jak kiedyś. Ciepły. Trochę zaskoczony, ale spokojny.

– Tomasz – powiedziałam tylko.

Uśmiechnął się lekko. Zrobił krok w moją stronę.

– Nie spodziewałem się… Jestem tu przelotem. Służbowo. Mam chwilę. Może pójdziemy gdzieś?

Nie zapytałam, co znaczy „służbowo” ani dlaczego akurat teraz. Skinęłam głową i ruszyliśmy razem, najpierw w milczeniu, potem w stronę parku, który znałam z czasów, gdy jeszcze tu bywałam z rodzicami. Śnieg skrzypiał pod butami. Szliśmy powoli, jakbyśmy bali się iść za szybko i coś urwać.

– Co u ciebie? – zapytał w końcu.

– Pracuję zdalnie. Trochę piszę. Nic specjalnego.

Masz kogoś?

– Nie – odpowiedziałam zbyt szybko.

Nie dopytywał. Wziął oddech, jakby też miał coś powiedzieć, ale zmienił zdanie. Zamiast tego zapytał:

– Pamiętasz jeszcze tamten koncert? Ten, po którym poszliśmy nad Wisłę i marzliśmy do drugiej w nocy?

– Pamiętam – powiedziałam.

Milczeliśmy chwilę.

– Wtedy myślałem, że wszystko będzie łatwe – dodał cicho.

Nie odpowiedziałam. Nie było we mnie zgody na ten rodzaj wspomnień, które pachną żalem. Ale nie potrafiłam się od nich odciąć. Przez moment czułam, że chciałby mnie dotknąć. Nie zrobił tego. Spojrzał na mnie tak, jak kiedyś, gdy nie wiedzieliśmy jeszcze, jak bardzo się poranimy. „Czy on zawsze tak pachniał?” – pomyślałam. „Czy to ja chcę tego zapachu znów?” Nie powiedzieliśmy sobie za dużo. Ale każde zdanie miało w sobie więcej, niż było wypowiedziane. Gdyby ktoś nas wtedy obserwował, zobaczyłby dwoje ludzi, którzy znają się zbyt dobrze, by zapytać, jak się mają, i zbyt mało, by naprawdę się dotknąć.

Dotknął mojej dłoni

Mogliśmy się pożegnać. Wypowiedzieć kilka bezpiecznych słów, życzyć sobie wszystkiego najlepszego i rozejść się w swoje życia. Ale on spojrzał na mnie i powiedział:

– Znam miejsce, gdzie kawa jest znośna, a ludzie nie wrzeszczą. Chodź.

Nie zaprotestowałam. Weszliśmy do małej kawiarni schowanej na uboczu. Pachniało w niej czymś znajomym i ciepłym, ale nie umiałam tego nazwać. Usiadł naprzeciwko mnie, ściągnął rękawiczki, potem czapkę. Ręce miał lekko zmarznięte, wciąż długie palce pianisty, choć przecież nigdy nie grał.

– Czasem mam wrażenie, że żyję nie swoim życiem – powiedział. – Że ktoś mi je przypisał, zanim zdążyłem wybrać.

Patrzyłam na niego. Na tego mężczyznę, który miał żonę, dzieci, dom. Ułożony, przewidywalny, poukładany świat.

– To znaczy, że nie jesteś w nim szczęśliwy?

– Jestem. Po swojemu. Ale czasem tęsknię za prostymi emocjami. Za tym, co wtedy.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Nie miałam prawa komentować jego wyborów. Nie pytałam o żonę, o dzieci, o święta i wakacje. Nie byliśmy już dla siebie tacy, jak kiedyś. A jednak... jego spojrzenie nie zbladło. Ciągle patrzył na mnie tak, jakby znał każdy detal mojej twarzy.

– Wtedy było łatwiej – powiedziałam.

– Może po prostu byliśmy naiwni.

– Albo mniej wystraszeni.

Śnieg zaczął padać, wolno, gęsto. Zza szyby wyglądał prawie miękko. Nie chciało się wychodzić. Kawiarnia powoli pustoszała. Kelnerka zaczęła zbierać kubki. Tomasz wyjął telefon, spojrzał, po czym schował go z powrotem. Wtedy pierwszy raz dotknął mojej dłoni. Nie jak kochanek. Jak ktoś, kto znał moją dłoń wcześniej niż ja sama.

– Przepraszam – powiedział, ale nie cofnął ręki.

Nie cofnęłam też swojej. To nie było coś, co można było nazwać. Ani czułość, ani zdrada, ani nostalgia. Coś między. Coś niebezpiecznie ludzkiego. „Nie jestem rozwiązaniem jego życia” – pomyślałam. „Ale może jestem jego wspomnieniem”. Zostaliśmy tam jeszcze długo po tym, jak nasza kawa wystygła. Gdy wyszliśmy, śnieg był już głęboki, świat cichy, a między nami coś, czego lepiej było nie nazywać.

Telefon od niej

Była środa, trochę po piętnastej. W Warszawie śnieg leżał już szósty dzień bez przerwy, a chodniki wyglądały jak ścieżki wydeptane przez tych samych ludzi, idących wciąż w kółko. Wróciłam do swojego rytmu. Praca, ekran, cisza. Telefon milczał. I ja też. Zadzwonił, kiedy nie byłam na to gotowa. Numer nieznany. Odebrałam bez myślenia.

– Dzień dobry. Nazywam się Aneta.

Nie odpowiedziałam. Wiedziałam. Jej głos był spokojny, kontrolowany, ale podszyty czymś twardym, jakby każde słowo musiała trzymać na smyczy.

Nie będę krzyczeć. Nie jestem z tych. Po prostu chciałam zapytać: czy to było coś prawdziwego?

Zamknęłam oczy. Chciałam się wycofać. Wybielić. Ale coś we mnie odmówiło współpracy.

– Nie. To nie była miłość – powiedziałam. – I myślę, że pani o tym wie.

Po drugiej stronie przez moment nie było nic.

– Znałam go, zanim mnie pokochał. I znałam go też, gdy przestał. – Jej głos zadrżał, ale nie złamał się. – Niech pani nie myśli, że nic nie zauważyłam.

Rozłączyła się. Siedziałam długo bez ruchu. Telefon zsunął mi się z kolan. Za oknem świat był biały i głuchy. Warszawski śnieg niczym nie różnił się od zakopiańskiego. Tylko ja byłam inna. Albo może bardziej naga.

„Czułam, jakby ktoś we mnie umarł” – pomyślałam. „Ale nie z winy. Z pustki.”

Nie byłam smutna, ani zła

Wyszłam z domu bez celu. Bez makijażu, w za dużym płaszczu, z czapką naciągniętą na uszy. Nie obchodziło mnie, jak wyglądam. Zresztą, nikogo nie obchodziło, że istnieję. Na osiedlu mijali mnie ludzie z siatkami, z dziećmi, z naręczem codziennych spraw. Ich świat był ciasny, domknięty, logiczny. Mój rozłaził się jak stary szew. Przechodziłam obok sklepu, gdzie czasem kupowałam wino. Ekspedientka spojrzała na mnie beznamiętnie.

– Dzień dobry – rzuciła. Nic więcej.

– Dzień dobry – odpowiedziałam i wyszłam, nie kupując niczego.

Nie byłam smutna. Nie byłam zła. Byłam pusta. Jak pudełko po prezentach. Jak pokój po wyprowadzce. Nic mnie nie bolało i to właśnie było najgorsze. Zatrzymałam się przy śmietniku, spojrzałam na oszronione gałęzie, na światło lampy odbijające się od lodu. Myślałam o sobie sprzed dziesięciu lat.

O dziewczynie, która jeszcze wierzyła, że bliskość to coś, co można dostać za czułość. Albo za obecność. Albo za bycie „wystarczająco dobrą”. To nie Tomasz był mi potrzebny. Nawet nie jego ciepły głos ani dotyk dłoni. Tęskniłam za sobą. Tą, która jeszcze potrafiła czekać. Tą, która potrafiła się śmiać z głupot, bez układania w głowie planu ewakuacji.

– Są ludzie, których nie kochamy, ale za którymi tęsknimy – powiedziałam do siebie na głos. – A może po prostu za sobą z tamtego czasu.

Zimno wdarło mi się pod ubranie. Zadrżałam, ale nie zawróciłam od razu. Dopiero gdy ktoś obcy potrącił mnie ramieniem, ocknęłam się i ruszyłam w stronę domu. Weszłam, zdjęłam buty. W przedpokoju pachniało kurzem i herbatą, którą zapomniałam wypić dzień wcześniej. Otworzyłam szufladę. Na dnie leżała kartka – nieistotna już. Wrzuciłam ją do kominka. Patrzyłam, jak ogień zjada słowa, które kiedyś znaczyły coś więcej.

Nie miałam żalu, ani ulgi

Usiadłam przy oknie, tak jak robiłam to kiedyś, zanim zaczęłam udawać, że nie potrzebuję nikogo. Śnieg padał cicho, równo. Osadzał się na parapecie i balustradzie, jakby próbował przykryć wszystko, co działo się wcześniej. W tle sączyła się muzyka – nie za głośna, nie z tych, które mają rozedrzeć serce. Taka, która po prostu jest. Wzięłam notes. Taki zwykły, szary. Zaczęłam pisać. Nie wiem, co. Może to był list, może zapis dnia, może jakieś przemyślenia, które nie chciały już siedzieć w środku. Pióro sunęło po papierze, a ja czułam, że coś we mnie próbuje się uspokoić. Nie uleczyć. Ułożyć w nowy kształt.

Nie czekałam na telefon. Nie sprawdzałam powiadomień. Tomasz nie był częścią mojej przyszłości. Był cieniem czegoś, co kiedyś miało sens. I to musi mi wystarczyć. Nie miałam w sobie żalu. Nie miałam też ulgi. Nie było we mnie wielkich emocji, tylko cisza. Taka, która nie boli, ale też nie daje oddechu. „Byłam z nim przez jeden dzień” – zapisałam w notesie. „A z sobą samą nie potrafię być nawet godzinę”. Zamknęłam zeszyt. Zgasiłam światło. Zostałam w półmroku, patrząc, jak śnieg dalej zasypuje wszystko, co jeszcze rano było widoczne. Śnieg padał dalej, ale już nie pachniał wspomnieniami. Pachniał ciszą.

Agnieszka, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama