„Spotkałem nieznajomą w pociągu i nieśmiało myślałem, że to miłość. Zafundowała mi uczuciową jazdę bez trzymanki”
„Siedzieliśmy obok siebie, każde z własnymi myślami, ale niezupełnie osobno. Kiedy wysiadała, na chwilę spojrzała w moją stronę, jakbyśmy się umówili na coś, choć żadne z nas nic nie powiedziało. W pracy tego dnia nie myślałem o kodzie, projektach czy spotkaniach. Myślałem o tej ciszy i o niej”.

- Redakcja
Pracuję w dziale IT dużej korporacji, noszę swetry w stonowanych kolorach i zawsze mam przy sobie zapasowe słuchawki. Ludzie mówią o sobie różne rzeczy, ale ja wiem jedno, że jestem introwertykiem z krwi i kości. Nie dlatego, że nie lubię ludzi. Po prostu... większość z nich to dla mnie za dużo. Tego poranka, jak zwykle, obudziłem się o 5:45. Chłód zawisł w powietrzu, a przez okno ledwie przebijała się mgła. Woda leciała za wolno, kawa była trochę zbyt gorzka, a włosie od szczoteczki do zębów jakby za twarde. Rutyna. Kubek termiczny w dłoń, szalik pod samą szyję, kurtka, rękawiczki – na stację szedłem znanym sobie tempem, mijając puste jeszcze sklepy i otwarte tylko dla światła przystanki autobusowe.
Pociąg przyjechał jak zawsze z jękiem hamulców i bladym światłem. Usiadłem losowo, nie przy oknie, bo za nim i tak tylko szarość. Po chwili ktoś przysiadł się obok. Z początku nie spojrzałem, bo byłem przekonany, że nikt nie będzie się interesował cichym facetem w szarym płaszczu. Ale po chwili kątem oka zauważyłem... książkę. Grubą. Z kolorową zakładką.
– Przepraszam, to Zadie Smith, prawda? – zapytałem, zanim mózg zdążył mnie zatrzymać.
– Tak. Jej „Białe zęby”. Czytał pan? – odpowiedziała cicho, ale pewnie.
– Nie, ale zawsze mijałem w księgarnii i chciałem kupić. Może powinienem.
– Może. Ale to niełatwa lektura na senność – uśmiechnęła się lekko.
Później zapadła cisza. Dobra cisza. Taka, w której można oddychać bez ciężaru konieczności. Siedzieliśmy obok siebie, każde z własnymi myślami, ale niezupełnie osobno. Kiedy wysiadała, na chwilę spojrzała w moją stronę, jakbyśmy się umówili na coś, choć żadne z nas nic nie powiedziało. W pracy tego dnia nie myślałem o kodzie, projektach czy spotkaniach. Myślałem o tej ciszy i o niej. To była tylko jedna krótka podróż. Ale zupełnie inna niż wszystkie.
Rozpoznałem ją od razu
Minęło kilka dni. Moje poranki wyglądały tak samo jak zwykle, ale coś się zmieniło. Kiedy wsiadałem do pociągu, szukałem wzrokiem tej jednej twarzy. Nie wiedziałem, co bym jej powiedział, gdybym ją zobaczył, ale mimo to wypatrywałem. Tego dnia przyszła chwilę po mnie. Rozpoznałem ją od razu. Miała spięte włosy i tę samą książkę, ale inną zakładkę. Uśmiechnęła się lekko i usiadła obok, jakbyśmy znali się od zawsze.
– Dzień dobry. Mamy szczęście, znów razem – powiedziałem, trochę zbyt entuzjastycznie jak na siebie.
– Albo to pociąg zna nasze preferencje – odparła spokojnie.
– Ma pani zarezerwowane miejsce?
– Nie, ale chyba już tak zostanie – odpowiedziała i spojrzała w okno.
Pociąg ruszył, a mnie zaskoczyło, że zamiast znanej mi ciszy, tym razem znowu rozmawialiśmy. O książkach, o tym, że jesień w tym roku przyszła szybciej niż zwykle, że wieczory są za długie, a poranki… czasem za ciche. Mówiła, że poranki bywają samotne, ale wtedy spojrzała na mnie i dodała, że niektóre są wyjątkowe. Zanim się zorientowałem, byliśmy już blisko jej stacji. Zamilkliśmy. Tak po prostu. Ale to milczenie było inne niż to pierwsze – mniej nieśmiałe, bardziej oswojone. Kiedy wysiadła, nie odwróciła się. Ja zostałem, trochę zaskoczony tym, jak szybko nauczyłem się jej obecności.
Zacząłem zauważać, że wieczorami myślę o jutrzejszym poranku. Czekałem na nie tak, jak się czeka na coś drobnego, ale ważnego. Nie wiedziałem jeszcze, kim dla mnie jest, ale rozmowa z nią była czymś, co zostawało ze mną na długo. Dziwiło mnie tylko jedno, czemu z nią tak łatwo się rozmawiało, skoro z większością ludzi tak bardzo mi nie po drodze.
Myślałem o niej non stop
Minął miesiąc. Przez ten czas nie opuściliśmy ani jednego poranka. Zawsze ten sam wagon, ten sam przedział. Z czasem nasze miejsca stały się czymś więcej niż tylko siedziskami obok siebie. Były jak punkty na mapie, które tylko my znaliśmy. Zaczęliśmy przynosić sobie rzeczy. Ona pewnego dnia przyniosła mi herbatę, ja dzień później kupiłem jej słodką bułkę z jej ulubionej piekarni. Kiedyś przyszła z drugim kubkiem kawy i powiedziała, że dodała cynamon, bo tak podobno lepiej się zaczyna dzień.
– Przyniosłem dziś Murakamiego. Obiecałem – powiedziałem, wyciągając książkę z torby.
– A ja zrobiłam dodatkową kawę. Z cynamonem – odpowiedziała, wyjmując dwa papierowe kubki z reklamówki.
– Zaczynam sądzić, że poranki mogą być czymś więcej niż tylko wstępem do dnia – rzuciłem półżartem, choć w środku czułem, że powiedziałem coś ważniejszego, niż chciałem.
Uśmiechnęła się i zamilkła. Zaczęła czytać. Ja też otworzyłem książkę, ale słowa nie chciały się ułożyć. Myślałem o niej. Właściwie trudno mi było teraz wyobrazić sobie ten czas bez niej. Nie pytaliśmy siebie o nic, co mogłoby to zepsuć. Nie znaliśmy szczegółów ze swoich żyć poza pociągiem. Nie wiedziałem, co robi po pracy, ona nie wiedziała, gdzie mieszkam. I chyba tak miało być.
Raz powiedziała, że pociąg to najlepsze miejsce na rozmowę, bo ma swój koniec. Że dzięki temu ludzie nie zdążą powiedzieć o kilka słów za dużo. Może dlatego było mi z nią tak dobrze. Była obecna, ale nie przytłaczała. Ciepła, ale nie nachalna. Prawdziwa. Zacząłem się zastanawiać, co by było, gdyby któregoś dnia się nie pojawiła. Czy dałbym radę przejechać tę trasę sam, tak jak dawniej? Czy znowu zacząłbym słuchać muzyki na słuchawkach i udawać, że to mi wystarcza? Ale jej brak byłby jak pęknięcie w schemacie, które wciąż by uwierało, choć niewidoczne dla innych. I choć nie chciałem się do tego przyznać, ta myśl wracała coraz częściej.
Nagle się nie pojawiła
Tego ranka obudziłem się z niepokojem, którego nie umiałem nazwać. Może był to sen, którego nie pamiętałem, a może coś innego. Mgła była gęstsza niż zwykle, a powietrze chłodniejsze. Na stacji czułem, że wszystko jest jak trzeba, ale jednocześnie coś się nie zgadzało. Wsiadłem do wagonu, odruchowo przeszedłem do naszego przedziału i usiadłem na swoim miejscu. Miejsce obok było puste. Z początku to mnie nie zaskoczyło. Zdarzało się, że wpadała w ostatniej chwili. Sprawdzałem zegarek co chwilę, nasłuchiwałem odgłosów kroków, dźwięku otwieranych drzwi, szelestu torby z książką. Ale pociąg ruszył, a jej nadal nie było.
Całą drogę patrzyłem w okno, choć nic za nim nie widziałem. Głosy pasażerów były zbyt głośne, światło zbyt ostre. Ale jej brak był donośniejszy niż ten hałas. Przyłapałem się na tym, że zacząłem układać możliwe wersje wydarzeń. Może się rozchorowała. Może pojechała wcześniej. Może zaspała. Może… po prostu już nie chciała przyjść. Kolejnego dnia było tak samo. I jeszcze kolejnego. Nasze miejsce było zajmowane przez innych ludzi, którzy nie wiedzieli, że przysiadają się do czegoś, co już nie istnieje. Patrzyłem na ich twarze z dziwnym rozdrażnieniem. Chciałem im powiedzieć, żeby usiedli gdzie indziej, że to nie ich miejsce. Ale milczałem.
Zdałem sobie sprawę, że tęsknię. Naprawdę. Tęskniłem za jej obecnością, za spokojem, który wprowadzała, za tą rozmową, która niczego nie wymagała, ale znaczyła więcej niż wszystkie inne. Przez długi czas sądziłem, że jestem odporny na takie przywiązania. Że wystarczy mi moje spokojne, ciche życie. A jednak… Może to grypa. Może się spóźniła. Może… może to ja się za bardzo przyzwyczaiłem? Czy to normalne, tęsknić za kimś, kogo się nie zna do końca? Nie potrafiłem sobie odpowiedzieć. Ale cisza, która wcześniej była dobra, teraz zaczęła mnie denerwować. Słyszałem w niej siebie. A to nie było już takie proste.
Wszystko się zmieniło
Było po weekendzie. Mgła znowu opadła na miasto, a ja jak co rano szedłem na stację bez większych oczekiwań. Po tylu dniach sam w wagonie, zacząłem przyzwyczajać się do myśli, że to już koniec. Nawet książka przestała mnie wciągać. Zmieniłem tytuł, autora, styl, ale wszystko smakowało tak samo nijako. Wsiadłem do pociągu, przeszedłem obok kilku osób i z rozpędu skierowałem się do naszego przedziału. I wtedy ją zobaczyłem. Siedziała dokładnie tam, gdzie zwykle. Miała rozpuszczone włosy i nową książkę na kolanach. Spojrzała na mnie, jakby nic się nie wydarzyło. Usiadłem obok bez słowa, ale moje serce waliło jak przed rozmową kwalifikacyjną. Pachniała tak samo jak zawsze, a mimo to wszystko wydawało się inne.
– Myślałem, że już się nie zobaczymy – powiedziałem w końcu.
Spojrzała na mnie z lekkim uśmiechem, ale w oczach miała coś, czego wcześniej nie było.
– Ja też się bałam, że wszystko się zmieni – odpowiedziała cicho. – Musiałam wyjechać na kilka dni. Sprawy rodzinne. Nie miałam kiedy i jak dać znać. Może też nie wiedziałam, czy... powinnam.
Wziąłem głęboki oddech, zanim powiedziałem kolejne zdanie. Nie chciałem zabrzmieć zbyt poważnie, ale nie potrafiłem już dłużej udawać, że to tylko poranne rozmowy.
– Zmieniło się. Już wiem, że to dla mnie ważne.
Ona skinęła głową. Przez chwilę wyglądała, jakby coś chciała powiedzieć, ale zamiast tego po prostu odwróciła się w stronę okna.
– Dla mnie też – powiedziała po dłuższej chwili.
Nie padły żadne deklaracje. Nie ustaliliśmy niczego. Ale coś się przesunęło. Coś niewidzialnego. Jakbyśmy oboje zrobili krok do przodu i nie do końca wiedzieli, co dalej. Byliśmy dalej w pociągu, w tej samej przestrzeni, w tym samym czasie. A jednak to już nie było to samo.
Następnego dnia nie przyszła
Nie planowałem tego. Przez całą drogę w pociągu powtarzałem sobie, że nie warto niczego zmieniać. Że jest dobrze tak, jak jest. Ale kiedy usiedliśmy obok siebie tamtego ranka, a ona podała mi kawę i zaczęła opowiadać o książce, którą właśnie kończyła, poczułem, że już nie wystarcza mi to, co mamy. Znałem ten moment. Cisza między słowami była napięta, choć oboje udawaliśmy, że wszystko jest jak zwykle. Przestaliśmy mówić o książkach, o pogodzie, o przepisach na kawę. Słowa nie chciały przejść przez gardło, ale w końcu je wypchnąłem.
– Natalia… może dziś wieczorem? Kawa? Bez przedziałów i rozkładów jazdy?
Odwróciła głowę i spojrzała na mnie tak, jakby pierwszy raz mnie naprawdę widziała. Długo nic nie mówiła. W końcu odezwała się cicho, jakby ważyła każde słowo.
– Nie wiem, Michał. To, co mamy, jest… takie kruche.
Chciałem zapytać, co to znaczy. Czy chodzi o nią, czy o mnie. Ale nie zapytałem. Przez resztę drogi już się nie odezwała. Na swojej stacji po prostu wstała i wyszła. Nie spojrzała za siebie. Następnego dnia nie przyszła. I kolejnego też nie... W przedziale siedziała starsza kobieta z gazetą i chłopak w słuchawkach. Nikt się do nikogo nie odzywał. Patrzyłem na ich obojętne twarze i czułem, jak w środku robi się pusto. Nie chodziło tylko o jej nieobecność. Chodziło o to, że nasz świat z pociągu się rozmył. Została po nim tylko cisza. Tym razem ta niedobra i ciężka jak ołów. Myślałem, że wystarczy, jeśli będziemy po prostu obok. Ale teraz wiedziałem, że to było złudzenie. Nasze rozmowy miały swój rytm, swoją wagę. A teraz nie miałem już nawet jej milczenia obok.
Poczułem znowu spokój
Wróciła w środę. Nie spodziewałem się tego. Przyszedłem jak zwykle, bez żadnych oczekiwań. Wsiadłem, usiadłem i spojrzałem w okno. Nie zauważyłem jej od razu. Dopiero, kiedy usiadła obok i otworzyła książkę, dotarło do mnie, że to ona.
– Dzień dobry – powiedziała cicho.
Skinąłem głową, odwzajemniając powitanie. Nie zapytałem, gdzie była. Nie wspomnieliśmy o kawie, ani o tamtej propozycji. Znowu byliśmy w naszym przedziale. Dwa miejsca obok siebie, dwie książki, dwie kawy. Ale coś się zmieniło. Tym razem milczeliśmy inaczej. Jakbyśmy oboje wiedzieli, że wyciągnięcie tej chwili poza pociąg mogłoby ją rozmyć. Tu była prawdziwa. Tylko tu.
Mgła za oknem przesłaniała świat. Widziałem tylko zarysy drzew, rozmazane kontury budynków. Ale czułem spokój. Taki, który wraca rzadko, ale zostaje na długo. Nie musiałem jej już znać lepiej. Nie musiałem wiedzieć, co robi po pracy. Wystarczyło, że była. Patrzyłem na nią ukradkiem, jak czytała. Jej palce trzymały książkę lekko, jakby mogła jej w każdej chwili wypaść, ale nigdy nie wypadała. Nie musieliśmy nic mówić. Nasz świat był cichy i nienazwany. A jednak trwał. Może niektóre relacje są nieuchwytne jak mgła, ale zostają z nami na długo.
Michał, 30 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż, zamiast zdobywać szczyty, badał krągłości czekoladowej brunetki. Jego kryzys wieku średniego odebrał mi wszystko”
- „Zachwycałam się życiem siostry za granicą. Po podróży do Stanów zrozumiałam, że o wiele bardziej wolę się kisić na działce”
- „Rzuciłam piekło w korpo i uciekłam do raju na wsi. Trafiłam z deszczu pod rynnę, bo wiejskie życie to nie była bajka”